sobota, 11 maja 2019

Nie zawsze dobrze mieć bogatą ciotkę

Wykrycie przestępcy, który nie zostawił żadnych jednoznacznych śladów, to już dostatecznie trudna rzecz; ale oczyszczenie z zarzutów tego, na kogo wskazują niemal wszystkie poszlaki i udowodnienie, że zbrodnię popełnił ktoś zupełnie inny, to doprawdy zadanie dla mistrza! Ale Hercules Poirot przecież jest mistrzem w swoim fachu – wie to każdy czytelnik, który choć raz zetknął się z tą zabawną, a równocześnie budzącą podziw postacią. Więc poradzi sobie i ze sprawą pozornie oczywistą, w której jedynym argumentem za uniewinnieniem oskarżonej jest… cóż… zaangażowanie uczuciowe pewnego młodego człowieka, szczerze przekonanego, że nie mogła ona świadomie, z wyrachowaniem dokonać morderstwa. 

Czy rzeczywiście nie była do tego zdolna? Nawet nam, którym autorka pozwoliła patrzeć na bieg wydarzeń z perspektywy samej Elinor Carlisle, nie przyszłoby łatwo sformułowanie takiego wniosku. Bo przecież kiedy poznajemy Elinor, musimy się zorientować, że zależy jej na dwóch rzeczach: życiu na takim poziomie, do jakiego przywykła (a to kosztuje!) i ślubie z Roddym, ongiś towarzyszem dziecięcych zabaw. A te dwie rzeczy są ze sobą ściśle związane poprzez osobę ciotki Laury, schorowanej wdowy, która – jak się oboje spodziewają – zapisze swój pokaźny majątek albo jedynej własnej bratanicy, albo jedynemu bratankowi nieżyjącego męża, albo podzieli spadek na ich oboje, zatem tak czy siak najlepiej na tym wyjdą, jeśli połączą się węzłem małżeńskim. 





To spokojne oczekiwanie przerywa anonimowy list, przestrzegający Elinor przed osobą, która wkradła się w łaski ciotki i jest na najlepszej drodze do pozbawienia młodej pary należnej im schedy. Tą osobą jest Mary, córka odźwiernego w majątku Welmanów, rówieśniczka Elinor i Roddy’ego, którą Laura od dawna obdarzała wyjątkowymi względami: sfinansowała jej wykształcenie na poziomie znacznie wyższym, niż mogliby jej zapewnić rodzice, a teraz, przykuta do łóżka, trzyma ją przy sobie niemal dzień i noc, podczas gdy najbliższych krewniaków widuje raz na parę tygodni. Zaalarmowani młodzi udają się do Hunterbury, gdzie ciotka, wprawdzie częściowo sparaliżowana, ale jasno myśląca, upewnia ich w przekonaniu, że już niebawem będą mogli wspólnie zamieszkać w tej imponującej rezydencji. I być może zostałoby, gdyby… gdyby Roddy nie natknął się na Mary, której od kilkunastu lat nie widział, a która w tym czasie z niezgrabnego podlotka zmieniła się w pełną uroku młodą kobietę. 





A potem wszystko toczy się jak lawina: kolejny udar ciotki Laury, jej – oczekiwana, ale przecież nie tak szybko! – śmierć, ujawnienie rzeczywistego spadkobiercy, decydująca rozmowa, w czasie której Elinor zwraca Roddy’emu pierścionek zaręczynowy, a wreszcie szokujący nagły zgon Mary z przyczyn ewidentnie nienaturalnych i wkrótce potem aresztowanie Elinor. 

Oczywiście, miała motyw: nie byłaby ani pierwszą, ani ostatnią kobietą, która zabiła z zazdrości. Miała też sposobność zarówno zdobycia trucizny, jak i zaprawienia nią przyrządzonych przez siebie kanapek. Ba, tuż przed morderstwem zachowywała się co najmniej podejrzanie, jakby wiedziała, że jej rywalka niedługo już pożyje!... A jednak poczciwy doktor Lord, na którym młoda dziedziczka zrobiła ogromne wrażenie, nie wierzy w jej winę i błaga Poirota o ratowanie jej dobrego imienia. Co, oczywiście, genialny detektyw uczyni z całą swoją sumiennością, zastrzegłszy sobie jednak, jak zawsze, że nie będzie naginał prawdy pod czyjeś oczekiwania… 

W „Zerwanych zaręczynach”, jak rzadko u autorki bywa, nad scenkami rodzajowymi dominuje intryga kryminalna, dość wymyślna, a czy prawdopodobna… pewnie tak, założywszy, że ludzie są do wszystkiego zdolni, a niektórym przy tym szczęście tak sprzyja, że udaje im się ziścić zamiar z pozoru nierealny. Postacie są natomiast mniej wyraziste, za wyjątkiem jedynie samego Poirota i występującej epizodycznie pani Bishop. Nie jest to ani najlepsza, ani najsłabsza powieść Christie – ot, po prostu dobra lektura. 


Recenzja Dot59 pochodzi z BiblioNETki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz