piątek, 11 stycznia 2019

W "Wesołym Rogerze" nie było tak wesoło WRZESIEŃ Z AGATHĄ

Jak wszystkim wiadomo, prywatny detektyw nie ma normowanego czasu pracy; nad jedną sprawą potrzebuje pracować przez trzy dni po kilkanaście godzin, nad inną – przez trzy tygodnie po dwie godziny, a między nimi, jeśli mu tylko finanse i zobowiązania pozwalają, sprawić sobie dowolnej długości urlop. Hercules Poirot – to również wiemy – preferuje wypoczynek w ciepłych krajach. Bywa na francuskiej Riwierze („Zagadka Błękitnego Ekspresu”), w Grecji („Trójkąt na Rodos”), na Bliskim Wschodzie („Morderstwo w Orient Expressie”, „Morderstwo w Mezopotamii”, „Rendez-vous ze śmiercią”), w Egipcie („Śmierć na Nilu”), ale od czasu do czasu zdarza mu wybrać miejsce o mniej upalnym klimacie, za to wymagające odbycia o wiele krótszej podróży. 

Na przykład hotel „Wesoły Roger”, położony na uroczym wybrzeżu Devonu, nieopodal słynnego wczasowiska St. Loo, w niepowieściowym świecie znanego jako Torquay. Spośród gości zajmujących kilkanaście pokoi tego przybytku większość korzysta z uroków plaży i morza na pełną skalę (nie bardzo sobie wyobrażam, że można się opalać i kąpać tam, gdzie średnia temperatura powietrza w sierpniu nie przekracza dwudziestu stopni Celsjusza, a temperatura wody, jak należy domniemywać, jest jeszcze niższa, ale widać przyzwyczajeni do chłodu Brytyjczycy zadowalają się takimi warunkami), pozostali – tak jak i nasz mały Belg, leżakujący na tarasie „w swym białym płóciennym ubraniu, z nasuniętym na oczy słomkowym kapeluszem i wspaniale podkręconymi wąsami” [1] – po prostu wypoczywają. 
Czuliby się wręcz idealnie, gdyby nie pewne drobiazgi, psujące kojącą atmosferę: a to nieokrzesany biznesmen, niejaki pan Blatt, usiłuje za wszelką cenę wejść w rolę duszy towarzystwa, zrażając do siebie niemal wszystkich wczasowiczów, a to hałaśliwy i rubaszny major Barry zanudza ich wspominkami z czasów swej indyjskiej kariery. 
Ale prawdziwe kłopoty zaczynają się, gdy do hotelu zjeżdża kapitan Kenneth Marshall z rodziną. Arlena Marshall, była aktorka, to rasowy wamp, doskonale świadom swej urody; kiedy wkracza na plażę w pięknie skrojonym, dopasowanym kostiumie, wszystkie kobiety – nie tylko jej szesnastoletnia pasierbica Linda, jeszcze po dziecięcemu niezgrabna i patykowata, nie tylko żylasta i niemłoda panna Brewster, ale naprawdę wszystkie, nawet te wcześniej uznane za ładne – stają się przy niej „wyblakłe i nieważne” [2], zaś mężczyźni rozpływają się w zachwytach. Jej urokowi w sposób aż nadto widoczny ulega zwłaszcza młody i przystojny Patrick Redfern, co z kolei doprowadza do rozpaczy jego żonę Christine. Ta zawiązuje cichy sojusz z Lindą Marshall, która w swej permanentnej niepewności okresu dojrzewania jednego jest jednak pewna: nie cierpi swojej macochy! Sam zaś kapitan, choć na tle małżonki wydaje się niemal niewidzialny, także jest powodem czyjegoś niepokoju. Nie mógł przecież przewidzieć, że właśnie tu i teraz będzie wypoczywała jego przyjaciółka z dzieciństwa, panna Rosamund Darnley. 



Poirot nie musi nawet zbyt mocno wprawiać w ruch swoich szarych komórek, by wywnioskować, że ta kobieta sukcesu najwyraźniej z radością oddałaby swój dochodowy butik i swoją renomę doskonałej projektantki mody za powrót w przeszłość, w czas, zanim Ken, „to kochane stworzenie”, zademonstrował swą „skłonność do nieudanych małżeństw” [3].Jednak ani męczące towarzystwo, ani uczuciowe perturbacje poszczególnych letników to przecież nie powód do zbrodni, dlaczego więc nasz detektyw przypomina pełnej optymizmu pannie Brewster, że „wszędzie pod słońcem żyje zło” [4], dlaczego jego opinię wyolbrzymia jeszcze nawiedzony pastor Lane, który w dodatku nawet potrafi zlokalizować owo zło w osobie uwodzicielskiej Arleny? 


Tak, słusznie się domyślamy. Zło wkrótce da o sobie znać w najbardziej spektakularny sposób: pozostawiając na zacisznej plaży w osłoniętej zatoczce ciało jednej z wypoczywających w hotelu osób. I zanim prowadzący śledztwo policjanci – wspomagani, rzecz jasna, przez Poirota – zejdą z błędnego tropu, wyciągnie swą zachłanną łapę po kolejną ofiarę. 
Czy ją dosięgnie, czy nie, i w jaki sposób zostanie ostatecznie zdemaskowane, niech chwilowo pozostanie tajemnicą: na zaskoczenie zawsze czas. Zwłaszcza, gdy czytelnik od początku jest przekonany, że równie ważne dla powieści, jak intryga kryminalna, jest staranne naszkicowanie tła. Wnikliwym portretom psychologicznym Marshallów, Redfernów i panny Darnley towarzyszą wyborne scenki rodzajowe z udziałem pomniejszych postaci: bufonowatego, nachalnego Blatta, nudziarza Barry’ego, fanatycznego Lane’a, nieustannie trajkoczącej pani Gardener i jej małżonka, chyba rozmyślnie – dla świętego spokoju – przyjmującego pozę pantoflarza, który, miast wyrażać własne zdanie na jakikolwiek temat, „na wezwanie małżonki składał od czasu do czasu krótkie oświadczenia”[5]. 

Zagłębiwszy się w ten gąszcz osobowości, można się nawet przestać zastanawiać nad prawdopodobieństwem całego wątku kryminalnego… Sprowokowanie takiej reakcji nie było raczej zamiarem autorki, ale tak wyszło, nie po raz pierwszy zresztą – i chyba z korzyścią dla recepcji jej twórczości, bo zwykłe kryminały, bez tej kunsztownej obudowy, nie pozostają w pamięci czytelnika aż tak długo. 

[1] Agatha Christie, „Zło, które żyje pod słońcem”, przeł. Marian Stawiński, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie 2000, s. 8. 
[2] Tamże, s. 20. 
[3] Tamże, s. 29. 
[4] Tamże, s. 17. 
[5] Tamże, s. 9. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest Dot59.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz