czwartek, 6 grudnia 2018

Nikt nie miał powodu, ale ktoś zabił...

Zastanawiam się, czy moje wrażenia z lektury byłyby takie same, gdybym wcześniej – dostatecznie dawno, by nie pamiętać większości postaci i całego przebiegu wydarzeń, ale na tyle niedawno, by móc sobie szybko przypomnieć najważniejszy element zagadki – nie obejrzała ekranizacji. Ale chyba tak, bo znajomość rozwiązania praktycznie nigdy nie psuje mi przyjemności czytania, a tego, co mi trochę przeszkadzało, z filmu zupełnie nie kojarzę. 

Ale do rzeczy: akcja rozgrywa się w dobrze nam znanym miasteczku St. Mary Mead, a sama zbrodnia ma miejsce w również już znanej z powieści „Noc w bibliotece” rezydencji pułkownikostwa Bantry, która jednakże już do nich nie należy: po śmierci męża pani Bantry sprzedała posiadłość wraz z większością gruntu, pozostawiając dla siebie mały „domek myśliwski” z kawałkiem ogrodu. Gossington Hall przez kilka lat przechodził z rąk do rąk, by w końcu stać się własnością amerykańskiej gwiazdy filmowej Mariny Gregg i jej kolejnego męża, reżysera Jasona Rudda. Aktorka, przeżywszy jakiś czas temu załamanie psychiczne, pragnie znaleźć tu spokój i równowagę. Nie przeszkadza jej nawet to, co irytuje starych, zasiedziałych tubylców, to jest powstanie w okolicy osiedla domków szeregowych. Wkrótce urządza w ogrodzie bankiet dobroczynny, na którym zjawia się większość mieszkańców miasteczka i garstka gości z zewnątrz; grupka wybranych trafia do środka, na prywatne przyjęcie – i tam właśnie wydarza się coś, co początkowo wszyscy biorą za feralne zdarzenie. Ale wkrótce staje się jasne, że to nie atak serca położył trupem nieszczęsną ofiarę, lecz trucizna (a dokładnie rzecz biorąc, lekarstwo; jest ono własnym wynalazkiem autorki, co prawdopodobieństwu nie wyszło na dobre – żaden z leków psychotropowych nie działa i nie działał w taki sposób, by w małej dawce wywierać efekt zbawienny, w większej zaś zabijać gwałtownie niczym cyjanek). Problem w tym, że absolutnie nikt nie miał motywu, by się pozbywać tej akurat osoby – a zatem może zbrodniczy akt wymierzony był w gospodynię przyjęcia? 

Któż wie, jakim torem poszłoby dochodzenie i co jeszcze mogłoby się wydarzyć, gdyby śledztwa nie przejął Scotland Yard i gdyby nadinspektor Dermot Craddock nie przypomniał sobie o mieszkającej w pobliżu starszej pani, której nadzwyczajne zdolności zarekomendował mu niegdyś ojciec chrzestny, sir Henry Clithering; już wtedy, w roku 1945 („Morderstwo odbędzie się”, inaczej niż większość kryminałów Lady Agathy, jest dokładnie datowane), opisywana jest jako staruszka – białowłosa, z twarzą pooraną zmarszczkami – a od tej pory upłynęło jeszcze nieco czasu (o wojnie wspomina jedynie pani Badcock, i to w taki sposób, jak zwykle mówimy o czymś, co dawno minęło – dziesięć, piętnaście lat temu?), więc teraz jest już naprawdę wiekowa, podobnie jak i doktor Haydock, z którym zaprzyjaźniona jest przynajmniej od czasu „Morderstwa na plebanii”. Umysł jednak ma nadal równie wnikliwy, a zmysł obserwacji równie sprawny jak przed laty, więc możemy być pewni, że zagadka zostanie należycie rozwikłana. I że będzie – jak zawsze – solidnie obudowana detalami obyczajowymi. Jednak w tej powieści tło zdaje się odrobinę bledsze; nieco bardziej wyraziście przedstawiają się tylko refleksje panny Marple na temat zmian zachodzących w samym miasteczku i obyczajowości jego mieszkańców oraz jej dialogi z (zaiste trudną do zniesienia!) panną Knight i Cherry Baker. A w najmocniejszej psychologicznie scenie nie występuje nikt z pierwszoplanowych postaci dramatu… tylko nadinspektor Craddock, opowiadający o pewnym dramatycznym przeżyciu z własnego dzieciństwa. 


Tłumaczce przydarzyła się tylko jedna wpadka: wynalezienie dania o nazwie „befsztyk Strogonoff”[1] (w oryginale „beef Stroganoff”, co oznacza „wołowina a la Stroganow”, u nas potocznie nazywana „strogonowem”; jeśli ktoś tej potrawy nigdy w życiu nie jadł, w każdej książce kucharskiej sprawdzi, że to żaden befsztyk, już raczej gulasz, bo mięso jest pokrojone i duszone w sosie); nie udało jej się też całkiem wybrnąć z pewnej pułapki, jaką tworzą nazwy chorób zakaźnych (czytelnikowi słabiej znającemu angielski może być trudno zrozumieć sens frazy „to była chyba odra… ale nie normalna odra, tylko różyczka”[2], bo na ogół nie wie, że różyczka w tym języku to „niemiecka odra” {„German measles”}), ale o to nie powinniśmy mieć pretensji, bo aby usunąć tę sprzeczność, trzeba by całkiem zmienić oryginalne brzmienie zdania. 

Dobra to powieść, ale do wcześniejszych części cyklu z panną Marple odrobinę jej brakuje. 

[1] Agatha Christie, „Zwierciadło pęka w odłamków stos”, przeł. Elżbieta Gepfert, wyd. Prószyński i S-ka 1998, s. 215. 
[2] Tamże, s. 219. 

Recenzję na portalu BiblioNETka opublikowała Dot59.