wtorek, 15 maja 2018

Nie ma zbrodni, jest prawda o ludzkiej naturze


Dawno temu ktoś wyraził przy mnie zdanie, że powieści, które Agatha Christie pisywała pod pseudonimem Mary Westmacott, to kiepskie romansidła tworzone dla pieniędzy i wobec tego nie należy po nie sięgać, żeby sobie nie popsuć wrażeń pozostałych po „Dziesięciu Murzynkach” czy „Morderstwie w Orient Expressie”. Przez wiele lat nie próbowałam sobie wyrobić własnego zdania na ten temat – aż do chwili, gdy wpadła mi w ręce pozbawiona okładki „Róża i cis”, po którą sięgnęłam sądząc, że biorę się za kolejny kryminał. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że czytam powieść psychologiczno-obyczajową, wciągającą może i bardziej niż niejeden okaz literatury sensacyjnej. Ani ten, ani żaden z kilku kolejnych tytułów sygnowanych przez Mary Westmacott nie okazał się tak słaby, żebym czas poświęcony na lekturę uznała za stracony, a na przykład „Samotna wiosną” była jednym z największych odkryć czytelniczych danego roku. Zostało mi ich już niewiele, w tym „Chleb olbrzyma”, który w międzyczasie zdążono powtórnie przełożyć i zmienić mu tytuł na „Cenę geniuszu”, co brzmi może wymowniej i jaśniej, lecz nie ma nic wspólnego z oryginalną koncepcją autorki (zrozumiałą dla każdego, kto przeczyta prolog). 

Bohaterem tej powieści jest Vernon Deyre, potomek podupadłego ziemiańskiego rodu. Jego ojciec, pragnąc ratować majątek, poślubił dziewczynę ze środowiska bogatych mieszczan, za co przyszło mu zapłacić brakiem małżeńskiego szczęścia, bo Myra to osoba ograniczona, histeryczna i małostkowa; prawda, że i Walter nie jest bez winy, ale jeśli komuś robi się bez powodu paskudne sceny zazdrości, ten ktoś w końcu postara się o powód… Chłopiec dorasta w warunkach pozornie sielskich – ten piękny stary dwór, ten ogromny ogród, ta liczna służba, dzięki której Vernon ma zawsze wysprzątany pokój, wyprane i wyprasowane ubrania, podane pod nos posiłki! – ale im jest starszy i im więcej rozumie, tym głośniejsze staje się echo rozdźwięku w małżeństwie rodziców i tym dokuczliwsza samotność, którą stara się zapełnić z pomocą swojej bujnej wyobraźni. Prawdziwych, żywych towarzyszy zyskuje dopiero w osobach syna nowych sąsiadów, Sebastiana, i swojej kuzynki Joe, przygarniętej przez Deyre'ów po śmierci siostry Waltera. W sąsiedztwie jest jeszcze jedna dziewczynka, Nell, lecz sposób, w jaki jej matka kreuje ją na damę, uniemożliwia jej dołączenie do tego przyjacielskiego triumwiratu, którego zawarcie poprzedza wyjazd Waltera na wojnę. Ojciec już nie wróci, a słowa wypowiedziane przez niego przed odjazdem staną się dla Vernona drogowskazem na najbliższe lata… aż do chwili, gdy sam będzie musiał chwycić za broń i opuścić kraj. Ale jeszcze zanim to nastąpi, wydarzy się wiele rzeczy, które zmącą spokój dziecięcej przyjaźni. Młody Deyre odkryje w sobie talent muzyczny, pozna smak miłości i porażki. Sebastian będzie udawał obojętnego, wiedząc, że ta, którą pokochał, nie zwróci na niego uwagi. Joe zatraci się w nierozsądnej fascynacji. Na scenę ponownie wkroczy Nell, nadal krucha i dystyngowana, ale już w pełni kobieca, a do tych czworga dołączy Jane, o kilka lat od nich starsza śpiewaczka operowa. Każde z nich będzie musiało dokonać niejednego wyboru, przy czym bynajmniej nie zawsze między dobrym a lepszym… 

Na ile taki obrót spraw, jaki autorka obmyśliła dla Vernona, jest prawdopodobny, trudno orzec. Całkowita amnezja po poważnym urazie głowy się zdarza, co do tego nie ma wątpliwości. Szansa, że człowiek w takim stanie zawędruje akurat tam, gdzie znajdują się osoby zdolne go rozpoznać, a co więcej, przekonać, by poddał się terapii, która mu przywróci pamięć – cóż… zapewne też istnieje, choć jest to rozwiązanie nazbyt melodramatyczne, by w nie uwierzyć. Lecz w gruncie rzeczy nie jego los jest w tej historii najciekawszy, tylko ludzie i relacje między nimi. 

Myra, urządzająca mężowi kabotyńskie sceny zazdrości. 
Walter, uciekający przed jej napastliwością i przez to tracący szansę zbliżenia się do syna. 
Nell, wahająca się między wyborem bezpiecznej stabilizacji u boku niekochanego bogacza a nieprzewidywalnością i biedą, jakich może się spodziewać, gdyby poślubiła tego, którego darzy uczuciem. 
Drapieżna, ironiczna Jane, skrywająca pod tą nieprzyjemną skorupą ból doznanej wcześniej krzywdy, tłumiąca w sobie chęć rywalizacji o mężczyznę, w którym jest zakochana, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli go zdobędzie, to nie dlatego, że on ją wybierze, tylko dlatego, że tamta go odrzuci. 
Sebastian, który ucieka w pracę i ze stoickim spokojem czeka na niemożliwe, nie chcąc zadowalać się namiastkami. 
Vernon, zbyt wrażliwy i zbyt bierny, by samemu wpływać na innych. 
Joe, zbyt wrażliwa i zbyt impulsywna, by dać się komukolwiek przekonać do zmiany decyzji. 
Spokojny, o nieskomplikowanej psychice George, któremu nagle jakieś obce osoby robią w życiu straszny zamęt… 

Ileż napięcia jest w scenach, w których ważą się ich losy! W niektórych partiach tekstu napięcie to nieco słabnie; momentami wydaje się, że autorka pragnie jak najszybciej streścić wybrany etap historii danej osoby, w innych znów chwilach – że zbytecznie rozwleka wątek poboczny (jak epizod ochotniczej pracy Nell w szpitalu, bez wątpienia stanowiący ciekawy przyczynek historyczno-obyczajowy, ale nic nowego do wątku zasadniczego niewnoszący). Można się też zastanawiać, czy dobrym rozwiązaniem jest zastosowanie prologu, który początkowo zdaje się kompletnie nie mieć związku z opisywaną w pierwszych rozdziałach historią, jednak z chwilą, gdy zorientujemy się w tożsamości ukazanych w nim postaci, zdradza coś, czego inaczej jeszcze długo bylibyśmy niepewni. Ale cóż, w końcu i tak nas czeka niejedno zaskoczenie, wybaczmy więc autorce ten chwyt, bo cała reszta – i konstrukcja postaci, i nakreślenie tła historycznego, i styl – udała jej się bez zarzutu. 
Autorką recenzji jest Dot59, opinia pochodzi z serwisu BiblioNETka.