środa, 9 maja 2018

Morderstwo w małym miasteczku

Nie ma w Anglii detektywa, który by mógł iść w zawody ze starą panną w nieokreślonym wieku, mającą dużo wolnego czasu”[1]. 

Opublikowane w 1930 roku „Morderstwo na plebanii” Agathy Christie to powieść, w której po raz pierwszy pojawiła się panna Jane Marple. Słynna detektyw-amator ma się tu czym wykazać! Oto w jej rodzinnej wiosce doszło do morderstwa. Lucjusz Protheroe – nielubiany, a przez wiele osób nawet znienawidzony mieszkaniec St. Mary Mead – zostaje zastrzelony, i to na plebanii. Ta sprawa budzi strach, zgorszenie, a zarazem sensację. Kto pociągnął za spust? Jak to możliwe, że nikt nie słyszał strzału? I wreszcie – dlaczego do zbrodni niezależnie od siebie przyznaje się dwoje ludzi: Anna Protheroe, nieszczęśliwa druga żona Lucjusza, oraz zakochany w niej (to jedna z tych smakujących skandalem historii, które zaciekawią całą społeczność) młody mężczyzna, pełen uroku malarz – Lawrence Redding? 

Dla Jane Marple prowadzenie śledztwa nie jest łatwym zadaniem. Nie dość, że okazuje się, iż znacznie więcej osób miało motyw, aby pozbyć się pułkownika Protheroe, to jeszcze inspektor Slack i pułkownik Malchett z lokalnej policji nie szanują ani jej, ani jej odkryć. Szufladkują ją jako zbzikowaną staruszkę, która zabija czas wymyślając niestworzone historie. Oto fragment rozmowy Malchetta z proboszczem Leonardem Clementem, narratorem powieści: 

„– Tej zasuszonej starej pannie zdaje się, że wszystkie rozumy zjadła. A przez całe życie pewnie ani razu nie wyjeżdżała z tego zabitego deskami miasteczka. Co taka może wiedzieć o życiu? Zauważyłem pojednawczo, że chociaż panna Marple nic prawie nie wie o życiu przez wielkie Ż, to jednak bez wątpienia wie o wszystkim, co się dzieje w St. Mary Mead”[2]. 

Oczywiście policjanci szybko muszą zweryfikować swoje zdanie – ich narastająca irytacja miesza się tu z tak samo narastającym podziwem. Sam pułkownik Malchett stwierdza: „– Niech ją diabli, tyle wie o tym zabójstwie, jakby sama je popełniła!”[3]. I rzeczywiście, ta sprawa okaże się spektakularnym sukcesem panny Marple – jednym z pierwszych detektywistycznych osiągnięć w jej karierze. Ona sama tak mówi o swoich metodach: 

„– Widzi ksiądz proboszcz – zaczęła wreszcie – kiedy się tak żyje, jak ja, samotnie, z dala od wielkiego świata, musi się mieć jakiegoś konika. Można się oczywiście zajmować robotami na drutach, harcerstwem, dobroczynnością, szkicowaniem pejzaży… ale moim konikiem jest – i zawsze była – natura ludzka. Taka różnorodna i taka fascynująca. No, a w małym miasteczku, gdzie nic człowieka nie odrywa, jest tyle sposobności do tego rodzaju studiów. Człowiek zaczyna klasyfikować ludzi jak ptaki, albo kwiaty – taki a taki rodzaj, taki a taki gatunek, taka a taka odmiana. Niekiedy oczywiście popełnia się błędy, ale z biegiem czasu coraz mniej”[4]. 
Agatha Christie – jak w wielu innych swoich powieściach – w „Morderstwie na plebanii” szeroko nakreśliła tło obyczajowe. Akcja rozgrywa się w St. Mary Mead i obserwowanie, jak ludzie żyją w tym małym miasteczku okazuje się tak samo interesujące, jak branie czytelniczego udziału w dochodzeniu. Tropienie lokalnych skandalików i ploteczek, wysłuchiwanie wszystkowiedzących starych panien narzekających na obecne czasy, obserwowanie miejscowych zwyczajów – to prawdziwa uczta! Narracja została poprowadzona ze swadą (pastor, jakkolwiek dobroduszny i nieco ograniczony – panna Marple powie: „jest człowiekiem tak prawym i nieświadomym otaczającego zła…”[5] – bywa też cudownie, po angielsku ironiczny), wzbogacona typowym angielskim humorem. Niektóre postaci są niezwykle barwne – jak młodziutka Gryzelda Clement, trochę areligijna, beztroska, antywzór żony pastora; jak miejscowe staruszki; jak nadęty inspektor Slack; wreszcie jak czarujący Lawrence Redding czy tajemnicza Anna Protheroe. Sporo tu – jako się rzekło – angielskiego humoru, w dialogach, w opisach postaci, w sytuacjach. Zobaczcie, oto trzy przykłady: 

„W drodze do domu spotkałem pannę Hartnell, która trzymała mnie co najmniej dziesięć minut, wyrzekając swoim basowym głosem na lekkomyślność i niewdzięczność niższych klas społeczeństwa. Chodziło głównie o to, że »nasi ubodzy« nie życzą sobie oglądać panny Hartnell w swoich domach. Sympatia moja była całkowicie po ich stronie”[6]. 

„– Mamy więc jeszcze jedną osobę, która miała z pułkownikiem na pieńku. 
– Nie podejrzewa pan chyba na serio tego człowieka? Jak on się nazywa? 
– Nazywa się Reeves i nie mówię, że go podejrzewam. Mówię tylko, że nigdy nic nie wiadomo. Facet nie podoba mi się. Jest zanadto układny i śliski. 
Ciekaw byłem, jakiego zdania jest Reeves o Slacku”[7]. 


I rozmowa panny Marple z jej światowym siostrzeńcem Raymondem (tu: Rajmundem – ach, ta maniera spolszczania imion!) Westem: 

„Rajmund West zatoczył koło ręką, w której trzymał papierosa. 
– Uważam St. Mary Mead za sadzawkę ze stojącą wodą – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu. Był przygotowany na to. że słowa jego wzbudzą gniew, jednakże ku jego zdziwieniu, a może i zmartwieniu, nikt nie zdradził najlżejszej irytacji. 
– Nie jest to trafne porównanie, kochany Rajmundzie – odparła wesoło panna Marple. – Pod mikroskopem nic chyba nie jest tak pełne życia, jak kropla stojącej wody. 
– Życia w swoim rodzaju – przyznał (…). 
– Wszelkie życie jest tego samego rodzaju – odrzekła panna Marple. 
– Przyrównujesz siebie do stworzenia z sadzawki, ciociu? 
- Mój drogi, sam w ostatniej książce napisałeś coś podobnego. 
Żaden młody intelektualista nie lubi, żeby używano cytatów z jego dzieł jako argumentów przeciw niemu. Rajmund West nie stanowił w tym względzie wyjątku. 
– To było zupełnie co innego – uciął. 
– Ostatecznie życie wszędzie jest takie samo – ciągnęła dalej panna Marple swoim spokojnym głosikiem”[8]. 


Dziś „Morderstwo na plebanii” ma do zaoferowania nie tylko wyśmienitą intrygę kryminalną, ale także świetne tło obyczajowe, odmalowane bardzo „po angielsku”. Być może to dlatego czytelnicy wciąż chętnie sięgają po tę powieść, tak bardzo w wielu aspektach współczesną! – choć od jej premiery minęło prawie dziewięćdziesiąt lat. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, przeł. Wacława Komarnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 37. 
[2] Tamże, s. 84. 
[3] Tamże, s. 260. 
[4] Tamże, s. 247-248. 
[5] Tamże, s. 23. 
[6] Tamże, s. 124. 
[7] Tamże, s. 144. 
[8] Tamże, s. 189-190. 
Recenzję napisał Misiak297, a pochodzi z portalu BiblioNETka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz