niedziela, 11 marca 2018

Poirot gra, siostra Amy sądzi po pozorach

Wielotomowe cykle powieściowe przeważnie się nam nudzą, najczęściej bodaj dlatego, że autorowi kończą się pomysły na nowe sytuacje, w których bohater(-owie) mógłby(mogliby) się sprawdzić. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z cyklem powieści kryminalnych z jedną tylko postacią w roli głównej. Liczba możliwych motywów i sposobów popełnienia zbrodni jest w końcu ograniczona, zawsze więc istnieje ryzyko, że przy lekturze któregoś z kolejnych utworów westchniemy zniechęceni: ach, znowu trup w pokoju zamkniętym na klucz! Znowu trucizna w czekoladce! Znowu chciwy pasierb albo zazdrosna była ukochana! I w dodatku ciągle ta sama osoba prowadząca śledztwo, za każdym razem w taki sam sposób! Na zdrowy rozum powieści o przygodach Herculesa Poirota lub panny Marple winny nam spowszednieć gdzieś w okolicach siódmego tomu, a jednak... jest w nich coś takiego, że wciąż po nie sięgamy i czytamy z przyjemnością, nawet jeśli już wcześniej skądś wiemy, jak się kończą. Jakiż to sposób znalazła Królowa Kryminału na uatrakcyjnienie tych paru tuzinów podobnych do siebie dzieł – podobnych nie tylko z racji gatunku, głównego bohatera i schematu fabuły, ale nawet środowiska, w którym toczy się akcja (bo bez względu na to, czy mamy do czynienia z mieszkańcami imponującego dworu, czy z londyńską socjetą, pasażerami pociągu, ekipą archeologów odkopującą antyczne ruiny spod piasków pustyni – na scenie wydarzeń zawsze dominuje brytyjska klasa średnia i/lub wyższa)? 


Sposobów takich miała kilka, a jednym z nich było powierzenie narracji nie bezimiennemu, patrzącemu na wydarzenia z dystansem narratorowi zewnętrznemu, lecz którejś z powieściowych postaci. W cyklu z Poirotem najczęściej bywa nią kapitan Hastings, przyjaźniący się z małym Belgiem od niepamiętnych czasów pierwszej wojny światowej. Jakże nas bawią te jego próby udowodnienia, że bystrością umysłu dorównuje swemu słynnemu towarzyszowi! Ale nie tylko on zabiera głos, by udokumentować dokonania wielkiego detektywa, bo oto w „Morderstwie w Mezopotamii” wydarzenia relacjonuje ktoś, zdawałoby się, zupełnie do tego niepowołany... ale czyż nie to właśnie jest jednym z atutów powieści? 

Tym kimś jest trzydziestoparoletnia pielęgniarka Amy Leatheran. Jej stałe zajęcie nie obejmuje wprawnego posługiwania się piórem, a i pozazawodowo nie ciągnie jej specjalnie do pisania; jednakże, jak powiada lokalny autorytet – doktor Reilly, panna Amy „reprezentuje wysoki poziom etyki zawodowej, nie ma żadnych uprzedzeń i nie stoi po niczyjej stronie”[1], ma zatem predyspozycje do opisania zdarzeń, które rozegrały się na jej oczach. 


Na miejsce zbrodni zawiódł ją właściwie przypadek: już miała wyjeżdżać z Iraku, dokąd zawitała jako eskorta damy podróżującej z Anglii z niemowlęciem, gdy akurat nadarzyła się okazja przedłużenia pobytu i zarobienia dodatkowych pieniędzy. Towarzyszenie cierpiącej na jakieś nieokreślone lęki żonie szefa ekipy archeologicznej nie wydawało jej się zbyt ciężkim zadaniem, bo też cóż to takiego w porównaniu na przykład z asystowaniem przy operacji przeprowadzanej w domu pacjenta! Niebawem jednak okazało się, że obawy pani Leidner nie wynikały z chorych nerwów: ktoś naprawdę na tę nieszczęsną niewiastę czyhał, i to skutecznie, bo w kilka dni po przybyciu Amy do bazy archeologów jej nowa podopieczna zginęła śmiercią tragiczną. Nietrudno było się zorientować, że z kilkunastu osób otaczających denatkę co najmniej kilka nie darzyło jej pozytywnymi uczuciami, a był jeszcze tajemniczy autor anonimowych listów z pogróżkami... Lokalni przedstawiciele brytyjskich władz długo by się mogli głowić nad rozwiązaniem zagadki, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, który zaprowadził w te okolice nie kogo innego, jak tylko Herkulesa Poirota. Pilnie obserwując prowadzone przezeń śledztwo, siostra Leatheran musiała chcąc nie chcąc przyznać, że ten „śmieszny, stary, gruby człowieczek z wielkimi wąsami i jajowatą głową”[2], który „nawet nie mówi przyzwoicie po angielsku”[3], „to bardzo mądry człowiek”[4]. Zwłaszcza gdy przewidział, że może dojść do jeszcze jednej zbrodni, bo „morderstwo wchodzi w nałóg”[5]. 


Relacja panny Amy jest w tej powieści elementem co najmniej tak atrakcyjnym, jak sama intryga kryminalna (dość zmyślna, swoją drogą; właściwe podejrzenie nasunęło mi się dopiero pod sam koniec, tuż przed zdemaskowaniem sprawcy, ale uznałam je za nieprawdopodobne). Prostoduszna i szczera kobieta, ignorantka w każdej praktycznie kwestii prócz fachowych spraw swego zawodu, spisuje zapamiętane obserwacje i wrażenia językiem miejscami zupełnie potocznym, a przez to niezmiernie wyrazistym i podnoszącym wiarygodność kreacji jej postaci. O jednym z trzech młodzieńców wchodzących w skład zespołu badawczego powiada: „wcale bym się nie zdziwiła, gdyby nagle wywalił język i zaprezentował psi ogon, którym zacząłby machać”[6], o innym – „że musiał być uroczy jako niemowlę, teraz nie było na co patrzeć. Właściwie to przypominał prosiaka”[7]. Bez zażenowania demonstruje rozczarowanie, iż w pałacu „sprzed trzech tysięcy lat (…) do oglądania jest tylko glina! Murek z brudnej gliny na trzy czwarte metra wysoki i to wszystko!”[8], wątpi w wartość wydobytych z ziemi „skorup” i wyznaje, że ją „rozśmieszyli tutejsi robotnicy. Trudno wprost wyobrazić sobie taką bandę straszydeł. W koszulinach i jakichś szmatach, głowy zaś mieli tak obwiązane, jakby ich bolały zęby”[9]. Za to kiedy Poirot pozwala sobie z niej dobrodusznie zażartować, z całą powagą oznajmiając, iż w trakcie swych dociekań dopuszczał myśl, że jest ona mężczyzną w przebraniu, nie znajduje w tym nic zabawnego; wręcz przeciwnie, już po zakończeniu całej sprawy stwierdza z impulsywnością godną urażonego podlotka (pamiętacie Anię Shirley rozwścieczoną nietaktowną uwagą pani Linde?): „ale mu nie wybaczę, że mi taki kawał zrobił udając, że mnie podejrzewa. Myśleć, że ja mogę być zamieszana w morderstwo, i że nie jestem prawdziwą pielęgniarką!”[10]. To tak barwna i żywa postać, że bledną przy niej pozostałe, może jedynie z wyjątkiem panny Johnson, prezentującej dość typowy co prawda, ale nasycony wyjątkowo mocnymi emocjami obraz podwładnej pogrążonej w cichym uwielbieniu dla szefa. No i oczywiście małego detektywa, który daje tutaj pokaz swoich aktorskich zdolności. Czytelnik już wie, że Poirot mieszka (i pracuje, a jednym z narzędzi tej pracy jest wszak mowa!) w Anglii od blisko dwudziestu lat, ale bohaterowie ledwie o nim słyszeli. Więc kiedy zaczyna przemawiać kulawą angielszczyzną („Jest możliwe (...) że żadna z waszych osób w kontakcie z morderstwem jeszcze nigdy nie była, tak?”[11], wszyscy myślą podobnie jak siostra Leatheran: „I ten człowiek miał odkryć, kto zamordował panią Leidner?”[12], tak go w duchu lekceważąc, że nawet nie zauważają, iż coraz rzadziej przekręca idiomy i przestawia szyk wyrazów. On tymczasem pyta coraz bardziej dociekliwie, coraz wnikliwiej analizuje odpowiedzi, a kiedy wreszcie przychodzi do finału, wygłasza oskarżycielską mowę zgrabnym i płynnym językiem, w którym tylko nieliczne francuskie wtręty mogą świadczyć o jego cudzoziemskim pochodzeniu. 

Świetnie się Lady Agacie udała ta powieść – o nudzie nie ma mowy! 
--- 
[1] Agatha Christie, „Morderstwo w Mezopotamii”, przeł. Jan Zakrzewski, Ewa Krasnodębska, wyd. Prószyński i S-ka, 2000, s. 5. 
[2] Tamże, s. 89. 
[3] Tamże, s. 90. 
[4] Tamże, s. 244. 
[5] Tamże, s. 127. 
[6] Tamże, s. 26. 
[7] Tamże, s. 33. 
[8] Tamże, s. 48. 
[9] Tamże, s. 50. 
[10] Tamże, s. 244. 
[11] Tamże, s. 90. 
[12] Tamże, s. 89. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest Dot59.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz