wtorek, 27 lutego 2018

Czy morderstwo, czy kradzież, Poirot sobie radzi - Morderstwo w zaułku



Przed lekturą jakoś umknął mojej uwagi fakt, że „Morderstwo w zaułku” nie jest powieścią, lecz zbiorkiem opowiadań, których ze sobą nie łączy nic prócz jednej, za to ważnej postaci, czyli oczywiście Herculesa Poirota. Wolę co prawda dłuższe fabuły, gdzie mały Belg ma więcej okazji do wykazania się zmysłem obserwacji i zdolnością formułowania trafnych wniosków, a inni bohaterowie – do wyeksponowania swoich zalet i przywar, ale skoro już mi książka wpadła w ręce, nie było sensu szukać innej, tym bardziej że i tak mam zamiar przeczytać wszystkie. 



W skład zbioru wchodzą cztery dłuższe teksty. W tytułowym opowiadaniu i w trzecim w kolejności „Lustrze nieboszczyka” detektyw musi rozwiązać sprawy morderstw stosunkowo do siebie – przynajmniej na pierwszy rzut oka – podobnych. Obie ofiary zostają znalezione w zamkniętych pomieszczeniach, z raną postrzałową głowy i z bronią palną obok, co wydaje się niewątpliwym dowodem samobójstwa. A jednak ani wyemancypowana kobieta koło trzydziestki, która dopiero co zaręczyła się z obiecującym politykiem, ani zamożny arystokrata, mimo zaawansowanego wieku cieszący się doskonałym zdrowiem i żywiący mocno rozbudowane poczucie wyższości własnego rodu nad resztą świata, nie mieli żadnego powodu, by nagle poczuć chęć odebrania sobie życia. Gdyby na miejscu wypadku znalazła się tylko policja, pewnie by jednak ten brak motywów zignorowała. Ale jest i Poirot, a on zawsze dostrzeże jakieś drobiazgi, które zaczynają budzić wątpliwości… Krąg podejrzanych w przypadku Barbary Allen składa się z zaledwie trzech osób, z których dwie wydają się mieć niezbite alibi; jeśli chodzi o sir Gervase’a Chevenix-Gore’a, podejrzanymi są prawie wszyscy domownicy i goście obecni w rezydencji w dniu jego śmierci. Po drodze pojawiają się dodatkowe zagadki i utrudnienia, mogące zmylić co najwyżej czytelnika albo któregoś z policjantów, ale na pewno nie jednego z najsłynniejszych detektywów świata… 


Trzecie morderstwo, o którym mowa w „Trójkącie na Rodos”, to sprawa zupełnie innego gatunku. Tu nikt nie prosi Poirota o pomoc – on sam dostrzega niebezpieczeństwo grożące komuś spośród współtowarzyszy wakacji na greckiej wyspie i sam podejmuje pewne kroki, które, jak mu się zdaje, zapobiegną popełnieniu zbrodni. Gdy mimo to do niej dochodzi, a ofiarą pada nie ta osoba, jaką byśmy sami wytypowali, sprawa się komplikuje… ale nie dla Poirota, on już dawno wszystko przewidział, przy tym tak dokładnie, że wie, komu i kiedy patrzeć na ręce! Aż szkoda, że utwór jest tylko opowiadaniem, i to niezbyt długim – wyobraźmy sobie, jak byłby wyborny, gdyby pisarce zachciało się szerzej rozbudować relacje panujące w małżeństwach Goldów i Clantrych! 

W ostatnim (drugim w kolejności) z tekstów w tym tomie ma miejsce nie morderstwo, lecz „Niewiarygodna kradzież”. Z gabinetu lorda Mayfielda, ministra obrony, z zawodu inżyniera, giną plany nowego typu bombowca, za które to czy owo mocarstwo byłoby skłonne słono zapłacić. Ów zuchwały rabunek, dokonany niemalże na oczach właściciela i jego przyjaciela generała, tak ich wzburza, że wyciągają Poirota z łóżka w środku nocy. Detektywowi udaje się jednak zachować wystarczającą trzeźwość umysłu, by jeszcze przed końcem weekendu odgadnąć, kto i dlaczego porwał cenny dokument. To opowiadanie, jak zresztą chyba wszystkie, w które Lady Agatha wpakowała jakieś intrygi polityczne, jest trochę słabsze od pozostałych. Żeby nie było nudne, musiało być krótkie, a ponieważ musiało być krótkie, nie było szans na szersze przedstawienie paru postaci, czyli na to, co w kryminałach Christie najsmakowitsze. 


Najciekawszą galerię typów ludzkich i chyba również najmisterniejszą intrygę znajdziemy w „Lustrze nieboszczyka”. Ale sam Poirot – z tym swoim łagodnym sarkazmem, z tą nutką wyższości pobrzmiewającą w głosie czasem dlatego, że naprawdę czuje się lepszy od swoich rywali, a czasem dlatego, że struga pyszałkowatego ważniaka, by ugruntować winnego w przekonaniu, iż taki przemądrzały obcokrajowiec widzi tylko czubek własnego nosa i da się łatwo przechytrzyć – przepyszny jest od początku do końca. 

Autorem recenzji jest Dot59, a tekst pochodzi z portalu BibloNETka.