niedziela, 28 stycznia 2018

Kto groził, a kto zabił? - Śmierć lorda Edgware'a




Poirot bez wąsów? NIE! W ekranizacji z 1985 roku David Suchet grał inspektora Jappa. W roli Jane Wilkinson / Carlotty Adams - Faye Dunaway
Wydawałoby się, że liczba motywów morderstwa i sposobów, jakimi sprawca usiłuje uniknąć sprawiedliwości, jest ograniczona; jeśli do tego akcja zawsze toczy się w tym samym środowisku, zaś rozwiązania poszukuje ta sama osoba lub grupa osób, należałoby przypuszczać, że po kilku, najdalej kilkunastu odsłonach ten schemat czytelnikowi spowszednieje. A jednak są cykle kryminalne, nawet kilkudziesięciotomowe, gdzie te stałe elementy, zamiast drażnić i nudzić, stanowią dodatkową zachętę do lektury, ba, czasem nawet główny powód sięgania po kolejne pozycje. Świadomość tego musiała mieć Agatha Christie, tworząc niezapomnianą postać Herculesa Poirota, który – czy działa w pojedynkę, czy w duecie z Hastingsem, czy w tercecie z nim i inspektorem Jappem – samą swoją obecnością czyni zagadkę bardziej interesującą. Bo jego małe szare komórki potrafią przechytrzyć nawet wyjątkowo perfidnego zbrodniarza… Tak jest i w tej historii, gdzie – jak praktycznie w każdej powieści Królowej Kryminału – niemal wszystkie postacie wplątane w intrygę wywodzą się spośród angielskiego ziemiaństwa, arystokracji i artystów. 

W roli Herkulesa Poirot - Peter Ustinov (1985)

Oto podczas kolacji w hotelu zagaduje Poirota piękna i charyzmatyczna aktorka; właśnie przed chwilą rozmawiał o niej z Hastingsem, obejrzawszy spektakl, w którym inna artystka ją parodiowała. Jane Wilkinson jest żoną znacznie od niej starszego lorda Edgware'a, lecz ich związek trwa już tylko na papierze. I o to właśnie chodzi: młoda kobieta bezceremonialnie nagabuje detektywa, by jej pomógł uwolnić się z małżeńskich kajdan. Nie, nie wymaga od niego żadnych czynów niezgodnych z prawem, po prostu prosi, aby skłonił lorda do podpisania papierów rozwodowych, byle szybko, bo na horyzoncie pojawił się już ciekawszy kandydat na męża. Daje przy tym niedwuznacznie do zrozumienia, że jeśli Poirot nic nie wskóra, jest gotowa zrobić wszystko, naprawdę wszystko. Po wizycie u Edgware'a detektyw ma wrażenie, że coś tu się nie zgadza, a to uczucie przybiera na sile następnego dnia, gdy okazuje się, że późnym wieczorem starszego pana zamordowano. Ostatnią osobą, jaka go odwiedziła, była kobieta do złudzenia przypominająca jego niewierną żonę, ta jednak, ku głębokiemu żalowi inspektora Jappa, ma niezbite alibi. Wkrótce pojawiają się kolejne znaki zapytania, a największym z nich jest zagadkowy zgon owej młodej aktorki, która parodiowała pannę Wilkinson. Mnożą się podejrzenia, ewentualne dowody okazują się co najmniej wątpliwe, a tymczasem bezwzględny morderca usuwa ze swej drogi jeszcze jedną osobę... 

Ekranizacja "Śmierci lorda Edgware'a" z roku 2000.  

Sama intryga kryminalna skonstruowana jest ciekawie, ale powiedzmy sobie prawdę: byłaby znacznie mniej warta bez wyśmienitej obudowy, jaką stanowią dialogi Poirota z Hastingsem oraz scenki rodzajowe z udziałem mniej i bardziej znaczących postaci, tworzących przepyszną galerię typów ludzkich. 

Popatrzmy na ten pierwszy element. Zaraz na wstępie mały detektyw wykłada przyjacielowi zasadę swojej strategii: 

"Ciekawi mnie psychologia postaci – odparł nieporuszony Poirot. – Nie można interesować się zbrodnią i lekceważyć psychologię. Nie chodzi przecież o sam akt zabójstwa. Do eksperta przemawia to, co kryje się za nim"[1]. 

Hastingsa to jego wymądrzanie się i przekonanie o słuszności własnych poczynań okrutnie irytuje. Czasem okazuje się na tyle błyskotliwy, by mu od razu dyskretnie przyciąć: 

"– Nie, nie mogłem zrobić tego, co proponujesz. Jako detektyw mam honor, o który muszę dbać. Honor to rzecz wielkiej wagi. – Cóż, na świecie jest zapewne wiele rodzajów honoru"[2], 

Częściej jednak swoje ironiczne uwagi wtrąca, dopiero relacjonując wydarzenia po fakcie: 

"Dawno temu zrezygnowałem z zadawania Poirotowi pytań zaczynających się od dlaczego. Jak w piosence lekkiej brygady: »Nie mnie pytać dlaczego, ja mam walczyć lub zginąć«. Choć na szczęście umieranie nie wchodziło, póki co, w grę"[3]; 


" – Poirot – odezwałem się, ponieważ znów pogrążył się w myślach – może lepiej chodźmy dalej? Wszyscy się na nas gapią. 
– Co? Ach, może i masz rację. Chociaż nie przeszkadza mi, że ktoś się na mnie gapi. W najmniejszym stopniu nie zakłóca to toku moich myśli. 
– Zaczynali się już podśmiewać – mruknąłem. 
– To bez znaczenia. 
Nie całkiem się zgadzałem. Przeraża mnie robienie czegokolwiek, co zwraca uwagę. Natomiast jedyną rzeczą, którą przejmuje się Poirot, jest to, jak na jego słynne wąsy może podziałać upał lub wilgoć"[4]; 

"Czasami czułem w sercu skrywaną urazę. Wydawało się, że niemal wychodzi z siebie, by zdyskredytować moje zdolności intelektualne. (...) Na końcu języka miałem odpowiedź, że prawdziwy pożytek, jaki Poirot ma ze mnie, polega na zapewnianiu mu towarzysza, przed którym może się chełpić"[5]. 
A teraz rozejrzyjmy się wśród ludzi, z którymi tym razem nasi bohaterowie mają do czynienia, i zbadajmy panujące między nimi relacje.

Oto piękna, zachłanna i próżna Jane Wilkinson, owijająca sobie wokół palca kolejnych mężczyzn – bo przecież "można wiele znieść od pięknej kobiety, przyjacielu – zauważył Poirot, mrugając okiem. – Gdyby miała perkaty nos, ziemistą cerę i tłuste włosy, wtedy… wtedy na pewno nie mogłaby »postawić na swoim«, jak pan to ujął"[6] – dobieranych wedle szczególnego klucza: "gdyby książę Merton nie miał tytułu ani majątku, jego romantyczne podobieństwo do rozmarzonego mnicha zupełnie by jej nie obchodziło"[7]. 

Oto jej nieboszczyk mąż, mężczyzna, który nie zdołał przy sobie utrzymać żadnej kobiety ani wzbudzić choćby sympatii, nie mówiąc o miłości, własnej córki; jakże trzeba dokuczyć najbliższej osobie, by po śmierci nie zasłużyć nawet na odrobinę żalu z jej strony! A jednak jest ktoś, kto nie uważa, by "lord Edgware był człowiekiem trudnym we współżyciu". "Między nami nigdy nie doszło do nieporozumień. Zawsze uważał, że można na mnie w pełni polegać"[8] – powiada jego sekretarka. Czy to tylko dbałość o pozory, które, jak się zdaje, panna Carroll pragnie zachować za wszelką cenę (jak wtedy, gdy mówi do córki swego chlebodawcy, gwałtownie eksponującej negatywne uczucia: "Doprawdy, Geraldine, nie sądzę, by trzeba było wchodzić w to wszystko. Między ojcem a córką często się nie układa. Im mniej się o tym mówi, tym lepiej. Dobrze to wiem"[9]), czy jednak coś więcej? 


Dalej mimowolny rywal lorda, książę Merton – młody człowiek o niepociągającej aparycji, odznaczający się dewocyjną religijnością, najwidoczniej zafascynowany piękną aktorką, ale równocześnie się tego wstydzący – i jego stanowcza matka, pojawiająca się tylko w jednej scenie, za to z impetem, którym mogłaby się podzielić ze swoim niemrawym potomkiem. 

A także Donald Ross, młodzieniec najwidoczniej dobrze urodzony, lecz niezbyt zamożny i raczej mało uzdolniony, nie na tyle jednak, by nie umiał ironicznie ocenić swojej życiowej sytuacji: 
"Ja jestem młodym człowiekiem z przyszłością, panie Poirot – i to tak dobrą, jak mieli nadzieję. Czy lubię operę? Szczerze mówiąc, wcale. Lecz cenię sobie wspaniałe obiady na Grosvenor Square przed przedstawieniem, a po nim równie wspaniałe kolacje gdzieś indziej, nawet jeśli rzeczywiście muszę tańczyć z Rachel Dortheimer i przez następne dwa dni chodzić ze sztywnym ramieniem"[10]. 

Śledzenie zachowań tych ludzi jest co najmniej tak samo frapujące, jak samodzielne dociekanie osoby sprawcy. I choć w polskim wydaniu trafiają się drobne potknięcia: 

– "lokaj zaniósł mu whisky z sodą do biblioteki"[11] ("soda" w zwrocie "whisky and soda" jako żywo nie oznacza sody, lecz wodę sodową), 
– książę Merton to raz "zagorzały anglikanin"[12], innym zaś razem jest "filarem kościoła katolickiego"[13], podczas gdy w oryginale i tu, i tam mowa o "Anglo-Catholic" (a anglokatolicy to odłam religii anglikańskiej, od zasadniczego nurtu tego wyznania różniący się naciskiem na zachowanie większości tradycji katolickich i wczesnochrześcijańskich), 
brak przypisu w scenie z gafą popełnioną przez Jane na przyjęciu (żeby zrozumieć, w czym rzecz, trzeba wiedzieć, że po angielsku zarówno nazwę miasta Paryż, jak i imię postaci mitologicznej Parys pisze się i wymawia identycznie – "Paris" – a przecież nie każdy czytelnik ten język zna),  to w sumie drobiazg w porównaniu z przyjemnością, jaką sprawia przeczytanie całości. 


---
[1] Agatha Christie, „Śmierć lorda Edgware’a”, przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 11.
[2] Tamże, s. 165.
[3] Tamże, s. 72
[4] Tamże, s. 92.
[5] Tamże, s. 130.
[6] Tamże, s. 33.
[7] Tamże, s. 27.
[8] Tamże, s. 71.
[9] Tamże, s. 111-112.
[10] Tamże, s. 119-120.
[11] Tamże, s. 68.
[12] Tamże, s. 17.
[13] Tamże, s. 254.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką opinii jest Dot59.