poniedziałek, 22 stycznia 2018

Dom zbrodni - film. Intueri zaprasza na recenzję


Agata Christie stworzyła kilka charyzmatycznych postaci, które szturmem wkroczyły do literatury światowej, zapisując się w pamięci czytelników. Nic dziwnego, że bardzo szybko podbiły też serca widzów, zarówno na dużym, jak i małym ekranie. Herkules Poirot, jak i panna Marple doczekali się swoich filmów i seriali. Również takie pojedyncze perełki, jak „I nie było już nikogo”, doczekały się już swojej filmowej adaptacji. Jednakże „Dom zbrodni” nie cieszył się jak dotąd zainteresowaniem filmowców, choć sama autorka uważała pisanie tej powieści za przyjemność.
Umiera Arystydes Leonides, twórca imperium gastronomicznego, posiadacz wielkiej fortuny. Jego wnuczka, Sophia, podejrzewa jednak, że dziadek został zamordowany. Kiedy hipoteza ta zostaje potwierdzona przez policję, Sophia najmuje swojego dawnego kochanka, prywatnego detektywa, Charlesa Hayworda, by rozwiązał tę zagadkę. Młody detektyw jedzie więc do rodowej posiadłości Leonidesów, by rozpocząć śledztwo. Na miejscu poznaje kolejnych członków rodziny, a każdy z nich jest bardziej ekscentryczny i tajemniczy od drugiego.


Znawcom twórczości Agathy Christie od razu rzuci się w oczy, że „Dom zbrodni” jest w pewnej mierze kalką, napisanego dekadę wcześniej, „Morderstwa w Boże Narodzenie”. W obu książkach mamy ten sam schemat. Całą rodziną trzęsie okrutny, despotyczny dziadek. Wszyscy, choć niechętnie, tańczą jak im zagra, licząc na pieniądze i jak najszybszy zgon delikwenta. Podobnie, jak w „Morderstwie” mamy tu dwóch synów – jednego uzależnionego od ojca i jego miłości, z oddaną żoną, która całe lata czeka, aż opuszczą upiorny dom i zaczną żyć własnym życiem, jak i drugiego, któremu udało się uniezależnić, a jego głównym problemem stała się wymagająca żona. Jest też stare domostwo, w którym wszyscy zostają uwięzieni. Choć więc koncept jest bardzo podobny, rozwiązanie okazuje się jednak zupełnie inne. Trzeba przyznać, że w „Domu zbrodni” schemat skłóconej rodziny, zamkniętej w upiornym starym domostwie został dużo lepiej wykorzystany.
Obsada „Domu zbrodni” nie pozostawia nic do życzenia. Glane Close łączy w sobie niepokój i tajemnicę, Gillian Anderson świetnie sprawdza się w roli przegranej aktorki, Amanda Abbington jest świetna w roli kobiety o mocnym charakterze będącej żoną życiowego nieudacznika, natomiast Stefanie Martini to chodzący seksapil i niebezpieczeństwo. Gra aktorska stoi tu na bardzo wysokim poziomie, choć uczciwie trzeba przyznać, że ze względu na mnogość bohaterów, aktorzy nie mieli wielkiego pola do popisu, bo charaktery i sylwetki postaci zostają jedynie zarysowane. Na ich pogłębienie w toku rozwoju akcji zabrakło już czasu.


Nie można ukryć, że „Dom zbrodni” robiony jest w starym stylu. Nie uświadczymy tu pościgów ani wartkiej akcji. Wszystko toczy się powoli. Rozwiązywanie zagadki polega głównie na przeprowadzaniu rozmów z podejrzanymi. Jednocześnie film ma bardzo gęstą atmosferę. Ostatecznie bohaterowie utknęli w sytuacji, w której zamknięci są w położonym na odludziu domu, a wśród nich znajduje się morderca. Atmosferę potęgują także klimatyczne zdjęcia, przepuszczone przez filtry szarości i granatu. Ponadto oko cieszą przepiękne kostiumy z epoki oraz doskonale dobrana muzyka.

„Dom zbrodni” to świetny film. Trzymający w napięciu, klimatyczny. Przyznaję szczerze, bardzo bałam się o zakończenie. Wszak kryminał opiera się na zakończeniu. Jeśli jest ono do dupy, cała historia bierze w łeb. Tym razem Agatha Christie naprawdę zaskakuje. Zakończenie okazuje się fenomenalne i jest tylko wisienką na tym, jakże smakowitym, torcie.

8 komentarzy:

  1. Film naprawdę jest dobry, choć ja sama musiałam do niego podchodzić dwa razy, bo niestety za pierwszym razem po prostu przysypiałam.
    Za drugim razem (bardziej wyspana i wypoczęta) wiedziałam, z czym je się podobne produkcje i przepadłam ;)
    Cieszę się, że powstają takie filmy w dawnym stylu. Aczkolwiek trzeba mieć do nich humor i nastrój.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, czy porównałbym sytuację z "Domu zbrodni" do tej z "Morderstwa w Boże Narodzenie". Arystydes Leonides nie tyranizował rodziny - inaczej niż Simeon Lee.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to nie tyranizował? Nie zgodzę się. Przecież cała sytuacja wydarzyła się dlatego, że dziadek powiedział dziewczynce, że nie pozwoli jej pobierać lekcji tańca.

      Usuń
    2. Może masz rację, kiedy będę powtarzał sobie "Dom zbrodni", zwrócę na to uwagę.

      Usuń
    3. Intueri, a czy Ty czytałaś książkę? Czy znasz "Dom zbrodni" tylko z filmu?

      Obejrzałem dziś ekranizację. Rzeczywiście, zdumiewająco dobra (zwłaszcza w porównaniu z gniotowatym "Orient Expressem"). Mam parę zastrzeżeń, ale drobnych. Jedyne, co mi naprawdę nie pasowało to Gillian Anderson w roli Magdy - ta książkowa była zupełnie inna, dużo ciekawsza.

      Usuń
    4. Akurat "Domu zbrodni" nie czytałam. Rzeczywiście, znam tylko film. Być może w powieści akcenty "terroryzowania rodziny" rozłożone są inaczej. Tutaj wypowiadać się nie mogę. W naszej dyskusji odnosiłam się jedynie do świeżo obejrzanego filmu. Czy w powieści powody zamordowania dziadka są inne?

      Usuń
    5. A widzisz. Przejrzałem książkę. Tak, w powieści despotyzm dziadka ujęty jest w cudzysłów. Padają nawet słowa "on nie był tyranem". Trzymał przy sobie rodzinę z miłości. Dlatego porównywanie go z Simeonem Lee, który był wstrętnym człowiekiem, uważam za bardzo krzywdzące.

      Tak, powód jest ten sam, czyli - na zdrowy rozum - żaden. Wiesz, co mam na myśli.

      Usuń
    6. Jednakowoż w kontekście obejrzanego filmu, nie można powiedzieć, że nie zaprezentowano tam Arystydesa jako domowego despoty, prawda? Co do książki, przeczytam i porównam. Wielkie dzięki za zwrócenie na to uwagi.

      Usuń