czwartek, 23 lutego 2017

Śmierć na Nilu - Christie Agatha

Morderstwo na pokładzie 
Czytelnik, który sięgnie po "Śmierć na Nilu", jeden z najsłynniejszych i niewątpliwie najlepszych kryminałów Agathy Christie, może poczuć się z początku zaskoczony. Przez dwanaście rozdziałów nie ma morderstwa. Dochodzi do przestępstw mniejszego (czy na pewno?) kalibru – część z nich zostanie odkryta dopiero w kolejnych rozdziałach. A jednak fabuła opiera się tu na specyficznej zbrodni. Zbrodni przeciwko miłości.

Wróćmy do początku. Poznajemy dwudziestoletnią Linnet Ridgeway, jedną z najjaśniejszych gwiazd kronik towarzyskich, dziedziczkę niewyobrażalnej fortuny. "To niesprawiedliwe, że niektórzy ludzie mają wszystko"[1], mówi z goryczą pewna młoda, stroskana dziewczyna, właśnie ją mając na myśli. I nie bez racji. Bo Linnet ma wszystko – jest piękna, arcybogata, niezależna, inteligentna, przedsiębiorcza, ze świetnymi perspektywami. Świat to dla niej pełna drogich zabawek kraina czarów. Z kolei ona dla świata jest jak niedostępna bogini, otoczona szacunkiem i podziwem wielkich oraz "maluczkich". Jednak wisi nad nią jakieś złowrogie fatum, sygnalizowane dyskretnie przez Christie już na pierwszych stronach w bzdurnej w zasadzie wypowiedzi jednego z epizodycznych bohaterów:
"– Moim zdaniem, to nie w porządku. (…) Pieniądze i uroda – tego za wiele! Bogata dziewczyna nie ma prawa być taka ładna. Bo to fakt, że jest ładna! Niczego jej nie brakuje. Coś tu jest nie w porządku"[2].

A przecież wtedy, gdy przyjaciel pana Burnaby'ego wypowiada te słowa, w życiu Linnet wszystko jeszcze układa się pomyślnie. Dziewczyna planuje nowe inwestycje, rozważa korzystne małżeństwo z pewnym lordem, znajduje swoje miejsce na ziemi w wiejskiej posiadłości Wode Hall. Mało tego, wkrótce poznaje mężczyznę, w którym zakochuje się naprawdę – Simona Doyle'a. Historia jak z "Kopciuszka" à rebours. Prosty administrator o chłopięcym uroku i księżniczka z milionami, wielka miłość, szybki ślub. A jednak nie jest to piękna baśń. Simon był wcześniej narzeczonym przyjaciółki Linnet – Jacqueline de Bellefort. Ta mści się na nowożeńcach, uprawiając – jak byśmy dziś powiedzieli – stalking. Kiedy państwo Doyle udają się w podróż do Egiptu, rusza za nimi. Napięcie rośnie. Linnet – reprezentantkę tych ludzi, którzy mają wszystko – dręczy sumienie. Czuje się także zagrożona:
"– Wszystko napawa mnie lękiem – rzekła. – Nigdy dotąd nie doznawałam podobnych uczuć. Te dzikie skały, straszne i ponure pustkowie. Dokąd płyniemy? Co będzie z nami dalej? Boję się, proszę mi wierzyć. Wszyscy mnie nienawidzą. Nie przeżywałam jeszcze czegoś podobnego. (…) To straszne uczucie być otoczoną ludźmi, którzy mnie darzą nienawiścią. (…) Czym się to wszystko skoczy? – dodała szorstko. – Jesteśmy zamknięci. Niczym w pułapce. Nie ma stąd wyjścia. Trzeba brnąć dalej. Sama nie wiem, gdzie teraz jestem…"[3]
Doyle'owie oraz Jacqueline spotkają się na statku wycieczkowym płynącym w rejs po Nilu. To właśnie tam bańka napięcia pęknie, długo tłumione konwenansami i angielską powściągliwością emocje wyjdą na wierzch. Padnie kilka strzałów. Jedna z kul – nie zbłąkana, a wymierzona z chłodną precyzją – zakończy życie Linnet Ridgeway Doyle - życie tak krótkie, życie jak z bajki, życie, które sprowadziło na nią śmierć.

Jeden z pasażerów "Karnaka", poniekąd zaangażowany w ten miłosny dramat – wypoczywający w Egipcie Herkules Poirot – podejmie się śledztwa. Szybko wyjdzie na jaw, że sprawa nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać. Jacqueline de Bellefort żadną miarą nie mogła zastrzelić swojej dawnej przyjaciółki. A zatem kto jest za to odpowiedzialny? Okazuje się, że motywów nie brakuje. Zgromadzeni na statku ludzie nie zawsze życzyli dobrze pięknej milionerce. Niebawem morderca zabije kolejną osobę.

"Śmierć na Nilu" nie bez przyczyny została uznana za jedną z najlepszych książek w dorobku Christie. Fabuła jest porywająca, intryga misterna, sporo tu zwrotów akcji i pełnokrwistych postaci (poza osobami miłosnego dramatu to na przykład autorka kipiących erotyką romansideł o przebrzmiałej sławie, jej znękana córka, Allertonowie – matka i syn połączeni chyba zbyt mocną więzią, trzymana pod swoistym kloszem Kornelia Robson czy Fergusson, radykalny komunista). Tło obyczajowe bywa zazwyczaj niedoceniane przez czytelników w powieściach kryminalnych Christie – jakże niesłusznie! Tu ciekawie została przedstawiona także przedwojenna klasa wyższa. To ludzie bogaci, zadowoleni z siebie, podlegający konwenansom, ale za fasadą dobrych manier kryjący małe brudne sekrety i nie do końca zgodne z prawem uczynki.

Warto wybrać się w rejs "Karnakiem" po Nilu. To niezapomniana podróż – również czytelnicza.
---
[1] Agatha Christie, "Śmierć na Nilu", przeł. Natalia Billi, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 83.
[2] Tamże, s. 6.
[3] Tamże, s. 68. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem jest Misiak297.

piątek, 17 lutego 2017

Agatha Christie „Nemezis”


  „Nemezis” jest tak bardzo oryginalną powieścią Christie, że nie sposób pomylić ją z innymi powieściami tej autorki. Panna Marple dostała tym razem zlecenie rozwiązania zagadki od … nieżyjącego już znajomego, niejakiego pana Rafiela. Licząc się z tym, że może szybko umrzeć, Rafiel, za pośrednictwem prawników zaproponował pannie Marple wycieczkę po brytyjskich ogrodach i posiadłościach, aby w jej trakcie zdobyła pewne informacje. Detektyw – amatorka szybko zorientowała się, że zagadka dotyczy Michaela Rafiela, syna zmarłego bogacza. Został on 10 lat wcześniej skazany za zabójstwo narzeczonej. Panna Marple zorientowała się, że zabójcą był ktoś inny. Najpierw, jej podejrzenia padły na uczestników wycieczki, ale ich było kilkunastu i ustalenie czegokolwiek w tak licznej grupie byłoby bardzo trudne.

W trakcie wycieczki na jednym z postojów panna Marple została zaproszona na nocleg do pobliskiego domostwa, które zamieszkiwały 3 starsze siostry. Jak się okazało, zamordowana przed laty dziewczyna mieszkała właśnie u nich. Wtedy stało się bardzo realne, że z zabójstwem nie miał nic wspólnego ani młody Rafiel, ani nikt z uczestników wycieczki, ale któraś z sióstr, może dwie, a może nawet trzy lub ktoś związany z ich rodziną. Jeżeli jedna z sióstr to która? Zrównoważona Clotilde, znerwicowana Anthea czy mało charakterystyczna Lavinia? Zrównoważenie może być pozorne, według panny Marple gdy ktoś nie ujawnia emocji nie oznacza to, że nic nie czuje, może być tak, że w związku z wcześniejszymi trudnymi przeżyciami, ten ktoś nauczył się już nie okazywać emocji. Anthea z kolei wydała się podejrzana z powodu dziwacznego roztrzepania, na które była za stara.


Wielokrotnie już pisałam, że Christie była mistrzem psychologii, a swoje obserwacje w tym zakresie przekazywała jako narratorka książek. Uosobieniem wnikliwości i zmysłu obserwacyjnego Christie uczyniła pannę Marple. Tym razem skupiłam się na tym, jak panna Marple ( vel Agatha Christie) postrzega rzeczywistość. W trakcie rozmowy jej uwagę przykuwa, gdy ktoś nagle zmienia temat rozmowy. Zastanawia się więc, dlaczego ten ktoś zrobił to w tym, a nie innym momencie, zapamiętuje, o czym była wówczas mowa. Potem zastanawia się, czy był to przypadek, czy też z nieznanych powodów określony temat jest komuś „nie na rękę”. Można później „przypadkiem” znów ten temat podjąć i sprawdzić, czy znowu dojdzie do zmiany tematu. Gdy ktoś o czymś zbyt często mówi, też zastanawia się, dlaczego, co się za tym kryje. Szybko orientuje się, kto z kilku osób jest dominujący. Jedna z osób gdy wypowiada jakaś tezę, to zerka na tego dominującego osobnika, szukając aprobaty, lub sygnału, że za dużo zostało powiedziane itp. Nie umyka jej uwagi, gdy ktoś zrobił coś bardzo charakterystycznego dawno temu, nawet w dzieciństwie, ma świadomość, że to już był wyraz charakteru, a ludzie generalnie nie za bardzo się zmieniają. Wierzy przeczuciom, zwraca uwagę na to, co np. czuła pierwszy raz wchodząc do określonego domu lub widząc daną osobę. To tylko oczywiście przykłady, nie sposób wymienić wszystkiego, musiałabym streszczać całą książkę.

        W każdej książce Królowej Kryminału jest pewna myśl przewodnia. W tej, na pierwszy plan wysuwa się życie przeszłością, permanentne jej rozpamiętywanie i brak możliwości pójścia naprzód. W ”Nemezis” rozpamiętywaniu przeszłości towarzyszy smutek, a nawet i rozpacz. Atmosfera jest duszna. Wyjście wydawałoby się proste, sprzedać dom, z którym kojarzą się różne straszne rzeczy i wyjechać, okazuje się to jednak za trudne. Jest to też niemożliwe, jak się później okazuje, chociaż nie dla wszystkich. To taka dziwna niemożność podjęcia walki o to, aby być szczęśliwym i poddanie się, wybranie apatii. To jest też świetny obraz tego, jak destrukcyjne mogą więzy rodzinne, gdy ludzie nawzajem unieszczęśliwiają się, a ci, którzy mogliby uciec, czują się zobowiązani aby zostać z resztą rodziny, chociaż wcale nie ma takiej potrzeby. Wszyscy stają się więc cierpiętnikami. Jedyną osobą, która zechce iść do przodu będzie młody Rafiel, który przesiedział niewinnie 10 lat w więzieniu. On mówi, że wszystko, co teraz zrobi, musi być nowe, że musi iść przed siebie. A panna Marple komentuje to w ten sposób, że najważniejsze, że nie stał się zgorzkniały.


Mottem książki mogłyby być słowa jednej z uczestniczek wycieczki: 
”Miłość to przerażające słowo”. 
Właśnie w „Nemezis” pokazane jest drugie, mroczne dno relacji rodzinnych.  Temat różnych anomalii w rodzinach jest często podejmowany także i we współczesnych powieściach kryminalnych. W tych współczesnych często jednak jest to traktowane schematyczne, np. eksploatowany do granic możliwości jest temat przemocy w rodzinie, ewentualnie pedofilia, często zaś dewiacjom tym towarzyszy alkoholizm. Skupienie się na tych zagadnieniach i czynienie z nich tematu niejako modnego powoduje, że wszystkie inne anormalne zachowania pozostają niezauważalne.  U Christie w „Nemezis” nie ma tego schematyzmu,  zbrodniarzami są ludzie wykształceni, obyci, majętni, bez nałogów, nie stosują przemocy, nie są pedofilami ani alkoholikami. Na czym konkretnie polegała przyczyna zbrodni w tej konkretnej powieści, napisać oczywiście nie mogę.  


5/6

sobota, 11 lutego 2017

Róża i cis - Mary Westmacott (Agatha Christie)

Książki obyczajowe, pisane przez Agathę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott, jeszcze bardziej niż kryminały, kreślą tło społeczne i obyczajowe w Anglii. "Róża i cis", napisana w 1947 roku pokazuje zmiany jakie zaszły w polityce oraz świadomości ludzi po drugiej wojnie światowej. 
Już sama postać Johna Gabriela, człowieka, który nie pochodzi z arystokracji, a pomimo tego kandyduje do parlamentu z ramienia konserwatystów pokazuje, jak dużo zmieniło się w świadomości mieszkańców Wysp Brytyjskich. Przed wojną, człowiek znikąd, a przede wszystkim bez pochodzenia, nie miałby czego szukać wśród torysów i nie pomogłyby mu w tym nawet zasługi wojenne, które były jego udziałem.
Johna Gabriela poznajemy z "drugiej ręki", poprzez opowieść o nim, snutą przez nieprzychylnego mu człowieka - Hugh'a Norreys'a. Główny bohater i narrator, był świadkiem wydarzeń, jakie miały miejsce podczas wyborów w kornwalijskiej wiosce St Loo, gdzie spędzał czas przykuty w wyniku wypadku do inwalidzkiego wózka. Mimowolnie stał się obserwatorem toczącego się dookoła życia i powiernikiem wielu osób. Uznał, że przejrzał Johna Gabriela na wylot. 
Oprócz polityki, lokalną społeczność żywo interesowały sprawy sercowe bliźnich. Hugh Norreys był zdecydowanie wielbicielem pewnego typu kobiet, zmagających się z wiecznym poczuciem winy, biorących "mężnie na swoje barki winy całego świata"[s.257], co najpierw uważał za jedną z ich najbardziej uroczych cech, by po czasie spostrzec, że jest to bardzo irytujące. 
O ile Gabriel sam odsłania się przed Hugh'em całkowicie, choćby w chwili gdy mówi: "Ostatnia rzecz potrzebna przy wyborach to społeczeństwo, które używa głów do myślenia."[s. 92], albo: "Nie chcę władzy. Nie mam ambicji władać swoim ludem ani całym światem. Człowieku, myślisz, że po co w tym wszystkim siedzę? Władza to bzdura. Ja chcę ciepłej posadki, to wszystko."[s. 134], to wielką niewiadomą pozostaje zarówno dla Hugh jak i dla czytelnika postać Isabelli. Młoda arystokratka zaskakuje wszystkich niespodziewaną, życiową decyzją. Jako czytelnika, aż mnie skręcało w środku z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co kierowało życiowym wyborem młodej damy. Niestety, nie mamy wglądu w jej myśli i wiemy tylko tyle, ile domyślił się Hugh i ile my sami domyśliliśmy się na podstawie przedstawionych wydarzeń. Jest to o tyle ciekawe, że Isabella stanowi kolejną postać obdarzoną przez autorkę elementami autobiograficznymi. 

"Róża i cis" to nie tylko ciekawa powieść z historycznym tłem, pokazująca jak wyglądało życie w Anglii 70 lat temu, ale także powieść ponadczasowa. Poruszone w niej problemy, dzisiaj są takie same jak wtedy. Jeśli do tego dodamy nowe, doskonałe tłumaczenie Macieja Grabskiego, w którym ani jedno słowo nie trąci myszką, to możemy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z bardzo dobrą powieścią w stylu retro, a nie autentykiem sprzed ponad pół wieku.
Zachęcam do lektury!


Róża i cis
Mary Westmacott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie:  Maciej Grabski
tytuł oryginału: The Rose and the Yew Tree
data wydania  9 września 2015
ISBN 9788324582075
liczba stron  320


niedziela, 5 lutego 2017

Sophie Hannah „Inicjały zbrodni”


„Wskrzeszanie” Poirot`a w wykonaniu Sophie Hannah okazało się dla mnie wielką klapą. Ta książka nie broni się ani jako odrębny byt, ani jako naśladownictwo Agaty Christie. Rodzina A. Christie wpadła na pomysł, jak na zmarłej prawie 40 lat temu pisarce zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Pod znakiem firmowym Agaty Christie, za pełną akceptacją rodziny pisarki, wydano tandetną podróbkę, kryminał z lat 20-tych z Herculesem Poirot w roli głównej, czyli „Inicjały zbrodni” S. Hannah.

    Poirot rozwiązuje tym razem zagadkę zabójstwa trzech osób, których zwłoki znaleziono w całkiem dobrym  hotelu w centrum miasta. Okazało się, że wszystkie te osoby przyjechały do hotelu poprzedniego dnia, zamieszkały w różnych pokojach, każdy został znaleziony w swoim pokoju hotelowym. Detektywowi pomaga niezbyt rozgarnięty policjant Catchpool. W dniu zabójstwa niczego nieświadomy Poirot pił kawę w jednej z kawiarni i był świadkiem niespotykanego zdarzenia, a mianowicie do kawiarni wbiegła niesamowicie zdenerwowana kobieta, Jannie. Po krótkiej rozmowie z Poirotem zakomunikowała mu, że jest w olbrzymim niebezpieczeństwie i że może zostać zamordowana. Detektyw, po ujawnieniu zbrodni w hotelu uznał,  że pomiędzy zachowaniem tej kobiety, a tym, co stało się w hotelu, musi być jakiś związek.

Sophie Hannah
         Akcja wraz z biegiem wydarzeń staje się coraz bardziej skomplikowana. Momentami czyta się tą książkę całkiem nieźle, ale często, zwłaszcza w drugiej połowie jest zwyczajnie nudna. Nawet sama zagadka zbrodni  staje się mało interesująca. Są oczywiście podobieństwa do powieści Agathy Christie, ale mają one charakter wyłącznie pozorny. Zasadnicza różnica tkwi w tym, że u Christie w każdej książce jest głębia psychologiczna postaci, pisarka miała niezwykły dar obserwacji charakterów ludzkich i zawsze czegoś ciekawego o różnych zachowaniach można było się dowiedzieć. U S. Hannah  żadnej głębi psychologicznej nie ma. Christie potrafiła opisywać człowieka w kilku zdaniach, po jakimś czasie w kolejnych kilku itd., nie było to nudne, zawsze opis był celny i wnikliwy, a często opisywała osoby o skomplikowanych  charakterach i pełne sprzeczności. W „Inicjałach zbrodni” w ogóle nie ma o czymś takim mowy.

Książkę wydano z okazji 125 urodzin A. Christie
       Christie z reguły stawiała na prostotę. Gdy akcja się zawiązywała i dochodziło do zabójstwa wiadomym było,  że sprawcą może być tylko i wyłącznie jedna np. z 5 czy 10 osób przebywających np. w domu, czy hotelu, czy jeszcze gdzieś indziej. Warunki z reguły są kameralne.  Można było obserwować zachowania tych potencjalnych sprawców, w tym również słyszeć to, co mówią oni wzajemnie o sobie. Można było snuć domysły, kto i dlaczego mógł to zrobić. Zawsze niemal konieczne było także sięganie do przeszłości, bo często właśnie tam kryły się motywy. Zagadką było kto i dlaczego zabił. A kluczem była osobowość i charakter. Przykładowo w „Kartach na stół” A. Christie cztery osoby grały w brydża, w rogu pokoju siedział zaś gospodarz domu, jeszcze parę innych osób było w domu. To właśnie gospodarz  został zamordowany. Wiadomo od razu było, jak zginął. Każdy z graczy kilkakrotnie odchodził od stołu w trakcie gry. Przy szukaniu zabójcy zbadano nawet, jak przebiegała gra, kto był zachowawczy, kto lubił ryzyko.

Książka miała premierę w kilku krajach równocześnie
         U Hannah zabójcą może być jedna z kilkudziesięciu osób, pracowników lub gości hotelowych, o  których nic się nie wie. Najważniejsze dla niej było skomplikowanie biegu wydarzeń. Już niemal się wydaje, że wiemy, kto i dlaczego to zrobił, okazuje się, że jest inaczej, potem znowu wydaje się, że wiemy i znowu jest inaczej, a potem przestaje nas to interesować. Postacie są średnio wiarygodne psychologicznie. Tak jak i u Christie na koniec wszyscy zbierają się i Poirot wygłasza mowę i oznajmia, kto zabił. W „Inicjałach zbrodni”  są dwie takie mowy, nie ma kameralności, odbywają się one w obecności około 100 osób, w trakcie spotkania detektyw zadaje różne pytania i nie bierze pod uwagę tego, że ktoś może nie znosić wystąpień publicznych. Hannah jest przegadana. Dyskusje Poirota z Catchpoolem są strasznie długie, mowy Poirota tez są długie. U Christie dłużyzny nie istnieją. Niezaprzeczalnym plusem jest tylko to, że szczególnie na początku jest kilka ciekawych momentów. I chyba tyle.
       Na okładce „Inicjałów zbrodni” jest informacja, że Hannah przeczytała w ciągu roku wszystkie powieści A. Christie. Powieści tych jest ponad 90. Daje to około 8 powieści w miesiącu. Jest to oczywiście możliwe o ile nie ma się nic innego do roboty. Ale w tym tempie czas na przemyślenia nie ma za wiele. Problem polega na tym, że Hannah nie jest przenikliwa i nie ma wykształconego zmysłu obserwacji, a talent literacki też ma mierny. A rodzina A. Christie chyba nie za bardzo pojęła, na czym polega wielkość jej twórczości, skoro zgodziła się na coś takiego.
2/6