środa, 6 grudnia 2017

Morderstwo w Orient Expressie - książka vs. film z 2017?

  
W związku z premierą filmu, która sprawiła, że doczekałam się nowej odsłony graficznej dobrze znanej mi powieści Agaty Christie przez Wydawnictwo Dolnośląskie, postanowiłam przygotować na dziś coś innego niż zawsze. Odświeżyłam sobie Morderstwo w Orient Expressie i zaraz po tym odwiedziłam Multikino. Dzięki temu udało mi się wyłapać podobieństwa (chyba aż jedno) i różnice pomiędzy książką a ekranizacją! Zainteresowani? Mam nadzieję! Zapraszam.

Jak już wiecie po mojej recenzji, film bardzo odstaje od niektórych wydarzeń z książki. Jeżeli ktoś nie chce sobie sobie zepsuć niespodzianki - niech nie czyta tego posta albo zajrzy do niego po lekturze i seansie. Wymienię te najbardziej istotne szczegóły - te, które najbardziej rzucają się w oczy. Dlatego też potraktujcie ten post jako swego rodzaju ciekawostki!

1. Te wąsy!


Zapewne nie tylko ja zwróciłam największą uwagę na wąsy głównego bohatera. Bo jak tu je przeoczyć?! Początkowo twierdziłam, że już gorszych nie mogli wybrać i przyrównałam je do belgijskiego detektywa granego przez Davida Suchet. Bo cóż to za ogromne wąsiska on to ma nad wargami?!

Przejrzał się w lustrze. Oto współczesny Herkules, jakże odmienny od tego niesmacznego wizerunku nagiego osobnika z przerostem mięśni, wywijającego maczugą. Ot, mała, zwarta postać, tak bardzo na miejscu, w wielkomiejskim ubraniu i z wąsem – wąsem o zapuszczeniu jakiego antyczny Herkules nie mógłby nawet marzyć, wąsem wspaniałym, a zarazem wyszukanym.
 [Dwanaście prac Herkulesa, str. 10] 
 
Chylę głowę. Mój błąd! Przecież Christie niejednokrotnie podkreślała, że Herkules Poirot był posiadaczem najbardziej imponującego wąsa na całym świecie (albo chociaż w samej Wielkiej Brytanii). Chyba każdy przyzna, że ozdoba Kennetha robi wrażenie, prawda?


2. Ach, ten Poirot... taki wybuchowy! 


Film - a właściwie postać odgrywana przez Brangha - chce nas przekonać, że Poirot był osobą uwielbiającą symetrię, a przy tym naprawdę energiczną oraz wybuchową. Z tym pierwszym faktem się zgadzam. W 100%. Dzięki porządkom Herkules był w stanie rozwiązać pierwsze śledztwo wymyślone przez Christie (Tajemnicza historia w Styles), więc rozumiem podobny zabieg. Ale co do dwóch kolejnych aspektów...

W ekranizacji Belg zachowuje się nadzwyczaj wybuchowo, podczas gdy w książce spokojnie siedzi cicho i analizuje każdy szczegół. W filmie zabrakło tych momentów, podczas których Poirot był Poirotem - oczywiście została podkreślona jego pycha, ale jedynie w słowach, już mniej w czynach.  Choć muszę oddać pokłon w kierunku jego galanterii!



3. Żydzi?


Zastanawia mnie, czemu podkreślono odmienność rasy, która raczej nie wniosła niczego do wydźwięku ekranizacji... a której w ogóle nie było w książce. Mam tutaj na myśli kwestię żydowską (jak to brzmi!). W powieści Agaty Christie - o ile mnie pamięć nie myli i szybki research - nie ma ani jednego Żyda. Więc czemu nagle stał się nim jeden z bohaterów? 

Jak również czemu nagle pojawiło się nazwisko Pilar Estravados, skoro w książce występuje ta sama bohaterka o imieniu Greta Ohlsson? Szwedka - tak propo.

Poza tym twórcy pozamieniali także pokrewieństwo między postaciami i samą ich rolę - Bóg wie czemu. Księżna była matką chrzestną matki Daisy a nie samej Daisy (swoją drogą... nie miała żadnego psa). 

Dlaczego konduktor znalazł się w pociągu? Ponieważ zamordowano jego jedyną córkę Suzanne - córkę, nie siostrę. 

Pułkownik Arbuthnot był - jak już się domyślacie - pułkownikiem, a nie lekarzem (do tego w końcu mamy doktora Constantine). 

No i ostatnie - McQueen był osobą, która oprowadzała po świecie Rachetta, ponieważ znał wiele języków obcych, co nawet nie zostało wspomniane.


4. Lawina, przepaść i pościg


Czyli typowe zagrania, bez których Hollywood nie byłoby Hollywoodem. A przynajmniej oni tak sądzą. Wprowadzać podobne efekty specjalne z lawiną i wypadnięciem pociągu poza tory jest typowym wymysłem - w książce nie występującym. 

Orient Express po prostu nie mógł przejechać przez grubą warstwę śniegu. I wcale nie utknął AKURAT na torach nad przepaścią. A tym bardziej nikt nagle nie chciał na siłę ukryć pewnego dowodu, czym samym narazić się na niepotrzebne podejrzenia. 

No ale cóż... mówimy tu o takich drobnostkach, gdy już na początku widzimy nieścisłości. I to SPORE! Poirot nie odkrył zwłok (czym bardziej nie wyważył klamki... swoją laską), nikt nie celował w niego pistoletem, a tym bardziej nikt nie zapragnął się zasztyletować, ponieważ ów sztylet spokojnie znajdował się w kosmetyczce. Absurdy kina amerykańskiego nadają zupełnie innego znaczenia klasyce angielskiego kryminału.



5. Kolejność dochodzenia, poznania i nieścisłości



Ja wiem, że filmowcy nie mieliby nawet tyle czasu, aby powoli i z równie wielką gracją detektywistyczną przedstawić  kolejność wydarzeń, więc do tego punktu odniosę się jedynie na zasadzie ciekawostek. 

Pierwsze spotkanie Poirota z Rachettem nie miało miejsca w pociągu, lecz już w Stambule.

Groźby były pisane odręcznie przez każdego mordercę z osobna, a nie poprzez powyklejane litery z gazety - wg mnie akurat ten aspekt jest bardzo istotny. 

To, jak Herkules odczytał pozostawioną wskazówkę, zawdzięcza drutom od kapeluszników jednej z pań podejrzanych (nie wiem skąd wziął on w pociągu prowizoryczny lampion, czy co to tam było). 

Strój konduktora był w walizce, która nie była zamknięta na klucz ale... owinięty w ręcznik. Zagubiony guzik od kombinezonu znajdował się natomiast na książce, a nie w łóżku bohaterki.

Zegarek był w koszuli na piersi, a nie na stoliku. 

No i oczywiście... przesłuchania miały miejsce w wagonie restauracyjnym, a nie w pokojach podejrzanych.

6. Miłość Poirota 


No i najważniejsze... Katherine! A dokładnie Katherine z obrazu, ze wspomnień. Katherine, Katherine, Katherine... Kto to, do jasnej ciasnej, jest? Skąd nagle pomysł twórców, by wprowadzić wątek miłosny zatytułowany: nieszczęśliwa miłość Herkulesa Poirota?  No kto?

Przecież Poirot nigdy - i to już nie chodzi o Morderstwo w Orient Expressie, ale o wszystkie powieści mu poświęcone - nie miał ukochanej. No wybaczcie, sama chciałam, żeby nagle się okazało coś innego, ale niestety Christie pozostała przy swoim początkowym pomyśle. Był lekko pokręconym, pełnym wad i pychy geniuszem. W czym przypominał chociażby Sherlocka Holmesa. Więc czemu, ach czemu, nagle ktoś zdecydował się w pojedynczej ekranizacji wprowadzić motyw miłości? 

I czemu mam wrażenie, że w Śmierci na Nilu pociągną ten wątek dalej?

~~*~~

Ale to takie ciekawostki. Film nie odda wszystkiego tak dobrze jak książka, dlatego - błagam! - jeżeli choć w minimalnym stopniu zainteresował Was film... sięgnijcie po oryginalne dzieło Agaty Christie. Morderstwo w Orient Expressie nie bez powodu jest tak rozchwytywaną powieścią i klasyką samą w sobie. To doskonale napisana opowieść o ofiarach i zabójcach, której zakończenie zaskakuje (ale tylko w książce). Dlatego czytajcie!

W tej rozgrywce - a jakże! - wygrywa książka! Także pędźcie do księgarń i czytajcie!
 

Porównanie pochodzi z bloga Wymarzona Książka.