poniedziałek, 20 listopada 2017

Dla zadośćuczynienia sprawiedliwości warto odrapać lakierki - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE!


Po co człowiek wyjeżdża na urlop? Po to, rzecz jasna, by przede wszystkim odpocząć od pracy, tym bardziej jeśli należy ona do gatunku tych, od których nie można się uwolnić, przekroczywszy próg firmy po ośmiu godzinach wykonywania wymaganych czynności. A nikt nie zaprzeczy, że taka właśnie jest praca prywatnego detektywa, działającego na własny rachunek; co prawda nikt nie każe mu podpisywać listy obecności ani nie zabrania wyjść na obiad w trakcie zbierania informacji, ale za to bywa, że prowadzone sprawy zajmują jego myśli całymi dniami, bez względu na to, czy właśnie siedzi nad aktami, czy spożywa posiłek, robi zakupy, kładzie się spać. Potrzeba mu zatem możliwości całkowitego oderwania się od środowiska, w którym zazwyczaj pracuje, od wszystkiego, co w jakiś sposób z jego pracą się wiąże; w tym celu warto wybrać się daleko, daleko, im dalej, tym lepiej... 

Herkules Poirot dobrze to wie, od czasu do czasu spędza więc wakacje poza Wyspami Brytyjskimi, najchętniej na Bliskim Wschodzie, gdzie po pierwsze, jest zawsze ciepło, a po drugie, można zobaczyć coś ciekawego, nie zmieniając jednak zasadniczo swoich codziennych przyzwyczajeń. No, bo nie oszukujmy się, nie jest on przecież typem poszukiwacza przygód, który, odziany w nietwarzowe drelichy i nieeleganckie buciory na grubych podeszwach, będzie przemierzał konno lub pieszo jakieś niezdobyte pustkowia, kładąc się do snu na improwizowanej pryczy i odżywiając się, quelle horreur, konserwami z puszki! Na szczęście brytyjskie firmy turystyczne zapewniają takiemu podróżnikowi zakwaterowanie w odpowiedniej klasy hotelach, a gdyby mu przyszło na myśl wybrać się na wycieczkę po pustyni, stwarzają – z pomocą niezliczonej rzeszy personelu – maksymalnie komfortową namiastkę tego, czego oczekuje. Niestety, sęk w tym, że z ich usług korzystają praktycznie wszyscy zamożni Europejczycy i Amerykanie, którym przyjdzie na myśl wybrać się w te regiony. Również ci, co mają jakieś nieczyste zamiary albo są tak przepełnieni złymi emocjami, że byle jaka zmiana może ich sprowokować do gwałtownych czynów. Nic więc dziwnego, iż gdziekolwiek by się mały Belg znalazł, zawsze może się okazać, że jego szare komórki będą miały co robić... 

Na przykład w Ziemi Świętej, na terytoriach chwilowo zarządzanych przez Brytyjczyków, gdzie prócz niego spędza wakacje zamożna Amerykanka z kilkorgiem dorosłych dzieci i przyjacielem rodziny, światowej sławy francuski psychiatra oraz trzy Angielki: młoda lekarka, parlamentarzystka i emerytowana niańka. Już pierwszego dnia udaje mu się niechcący posłyszeć fragment rozmowy, zawierający "ciekawe zdanie! W sam raz dla uszu słynnego detektywa"[1]. Nie ma jednak zbyt wielu okazji do dociekań, bo cała gromada hotelowych gości – w tym rodzina, która zwróciła jego uwagę nietypowym zachowaniem – właśnie opuszcza Jerozolimę, udając się na tygodniową wycieczkę do Petry. Lecz już wkrótce prosi go o pomoc niejaki pułkownik Carbury, odpowiednik szeryfa w ówczesnej Transjordanii; oto bowiem na jego terytorium zmarła nagle sześćdziesięcioparoletnia turystka. "Męcząca podróż, upał, niezwykły o tej porze roku, choroba serca (...). Śmierć naturalna, idealnie łatwa do uzasadnienia"[2] – a jednak sumienny wojak jakoś nie może się pozbyć wrażenia, że rodzina nieboszczki za mało boleje nad jej zgonem, na dodatek w relacji towarzyszącego wyprawie lekarza dostrzegł parę zastanawiających informacji. A kiedy okazuje się, że właśnie Boyntonów spotkał Poirot parę dni wcześniej w holu hotelu "Salomon", i kiedy rozpoznaje on głos, który pierwszej nocy usłyszał przez okno – jest już pewien, że to sprawa dla niego... 

Czy uda mu się w ciągu jednej doby dociec prawdy, w to może wątpić co najwyżej Carbury; my wiemy, że nie takich rzeczy do tej pory dokonywał, więc jeśli ktoś z tego nie wyjdzie z honorem, na pewno nie będzie to on, lecz osoba, która – czy celowo i z rozmysłem, czy tknięta jakimś nagłym impulsem, sprowokowana tą jedną kroplą jadu przepełniającą czarę goryczy – pomogła starszej pani przenieść się na drugi świat. 
Uznanie dla jego daru obserwacji i dedukcji to jedno; sympatia, jaką go darzymy bez względu na pewne niedoskonałości jego charakteru, wliczając w to przesadną pedanterię i niejaki egocentryzm, to drugie. Ale jest i trzeci powód, że "Rendez-vous ze śmiercią" odbieramy inaczej niż przeciętny kryminał – mianowicie świetne portrety psychologiczne postaci. Zwłaszcza rodziny Boyntonów. Pięcioro dorosłych ludzi, kompletnie sterroryzowanych i ubezwłasnowolnionych przez złośliwą, despotyczną kobietę, która tylko dla jednego z nich jest rodzoną matką – sytuacja, zdawałoby się, nieprawdopodobna. Ale czy rzeczywiście? Czy niemożliwe jest zdominowanie kilkuletnich dzieci poprzez niemal całkowite odizolowanie ich od otoczenia i wpajanie im fałszywych poglądów? Zapytajmy psychologów i psychiatrów... chociaż właściwie nie musimy, wystarczy uważnie przysłuchać się dyskusji Jeffersona Cope'a z doktorem Gerardem i dialogom, w których biorą udział młodzi Boyntonowie. Nikt z tej piątki nie pracuje, oficjalnie dlatego, że cała rodzina może wygodnie żyć ze schedy po ojcu, ale także dlatego, że żadne z nich, odebrawszy tylko pobieżne domowe wykształcenie, nic nie umie (może poza Nadine, która co prawda, poślubiwszy Lennoxa, nie zdołała już ukończyć szkoły pielęgniarskiej, jednak jakichś umiejętności nabyła) i nie ma pomysłu, czego by się mogło nauczyć. A nawet gdyby pomysł miało, i tak go nie zrealizuje, bo matka nie da na to pieniędzy. Zaś bez pieniędzy od matki nie da sobie rady, bo przecież nic nie umie, a skoro nie umie, nie może podjąć pracy... I błędne koło się zamyka. Są od niej zależni, więc muszą tańczyć tak, jak ona im każe, choćby kazała na komendę chodzić spać i zachowywać się niegrzecznie wobec znajomych. Ich stłamszone osobowości bronią się, jak potrafią. Lennox, mimo perswazji żony (która jako jedyna nie dała się teściowej do końca sterroryzować i wykonując jej życzenia, jednak w swoim umyśle pozostaje wolna), pogrąża się w mentalnym letargu; Carol i Raymond cierpią na ataki lęku przy kontaktach z obcymi; Ginevra, najmłodsza, zdradza objawy psychozy reaktywnej (doktor Gerard podejrzewa ją nawet o schizofrenię, ale, jak się potem dowiemy, na szczęście dla niej podejrzenie to okaże się mylne). 


Przeciwwagę dla tego dramatycznego portretu zbiorowego stanowią sylwetki innych bohaterów, nakreślone z mniej lub bardziej widocznym zacięciem humorystycznym. Lady Westholme, oczywista karykatura pewnego – innego niż pani Boynton – typu kobiety silnej i dominującej, która bywa "ogólnie szanowana i prawie powszechnie nie lubiana"[3]. Wstydliwa, bojaźliwa i szczebiotliwa panna Pierce, łatwowierna i tak podatna na sugestię, że gotowa przysięgać, iż widziała to, czego nie widziała. Sara King, młoda lekarka, która w obecności atrakcyjnych mężczyzn ma skłonności do zachowań nieco egzaltowanej pensjonarki. Doktor Gerard – jak przystało na Francuza, naigrawający się z angielskiej powściągliwości i bezceremonialnie komentujący szykowność stroju poszczególnych dam. Ba, nawet zabierający głos tylko w jednej scenie dragoman Mahmud, który tak wyrzeka na swojego pecha i na podległych mu służących... No i oczywiście sam Poirot, zawsze pewny siebie, zawsze zadowolony z siebie, choć niekoniecznie z okoliczności, mogących, nie daj Boże, niekorzystnie rzutować na jego wymuskaną aparycję, od starannie wypielęgnowanych wąsów po czubki lakierków (ach, zwłaszcza tych nieszczęsnych lakierków, zakurzonych i odrapanych podczas przechadzek po kamienistej pustyni!). 

Zagłębiając się w studiowanie tych sylwetek, niemal się zapomina o kryminalnej fabule, która tym razem zawiera zagadkę, zdawałoby się, nie do rozwiązania: tyle osób ma motyw, tyle osób ma niezbite alibi, a jeszcze do tego prawie każda z nich gotowa jest wziąć winę na siebie, by chronić kogoś innego... Ale czy to wada? Chyba nie, skoro ciągle tak chętnie sięgamy po nieśmiertelne powieści lady Agathy, nie zawsze znajdując dla nich alternatywę w wypuszczanych na rynek setkach współczesnych kryminałów... 


--- 
[1] Agatha Christie, „Rendez-vous ze śmiercią”, przeł. Jan Tadeusz Dehnel, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 6. 
[2] Tamże, s. 91. 
[3] Tamże, s. 66. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką opinii jest Dot59.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz