piątek, 28 lipca 2017

Świadek oskarżenia - Królowa Kryminałów i duchy


Wydany po raz pierwszy w 1933 roku zbiorek opowiadań Agathy Christie "Świadek oskarżenia" to książka w jej dorobku szczególna. 

Opowiadanie tytułowe (zbliżone w punkcie wyjścia do powojennej powieści Christie – "Pani McGinty nie żyje") jeszcze tego nie zapowiada. Błyskotliwa Królowa Kryminału bawi się z czytelnikiem i zaskakuje go na ostatnich stronach nieoczekiwanym rozwiązaniem. Głównym bohaterem jest tu pan Mayherne, wzięty prawnik, który broni swego klienta. Leonard Vole uparcie powtarza, że to nie on dokonał brutalnego morderstwa na dobrotliwej, bogatej staruszce, pannie Emily French, fakty sprzysięgły się przeciwko niemu, a on sam czuje się jak w sieci, z której nie może się wydostać. Sytuacja się pogarsza. Okazuje się, że austriacka konkubina Vole'a, Romaine Heigler jest gotowa złożyć obciążające go zeznania. Zdaje się, że nie prawda liczy się dla tej kobiety, a własny interes. 

Rozpoczynamy wędrówkę przez zbiorek. I okazuje się, że pozostałe utwory znacznie odstają od pierwszego. Bliżej im do horrorów niż do klasycznych kryminałów (choć często przekonujemy się, że coś, co wydawało się horrorem – jest w gruncie rzeczy thrillerem, a za tym, co niewyjaśnione stoi ludzka ingerencja i nierzadko niecne zamiary). 

Większość opowiadań jest naprawdę zaskakująca. W "Ogarze śmierci" uznana za obłąkaną zakonnica widzi inne światy, lawirując między przeszłością a przyszłością. W "Czerwonym sygnale" duch pewnego Japończyka ostrzega zgromadzonych mężczyzn przed powrotem do domu – ale który z nich zginie? W "Tym czwartym" podczas podróży pociągiem prawnik, kanonik i lekarz (a zatem przedstawiciele prawa, Kościoła i medycyny) omawiają osobliwy przypadek "rozszczepienia duszy". Czwarty pasażer w przedziale opowiada trzem pozostałym mrożącą krew w żyłach historię o wielkiej mocy zrodzonej z równie wielkiej nienawiści. W "Lampie" pewna rodzina wprowadza się do nawiedzonego domu – a w nocy rozlega się płacz dziecka, które umarło w tym miejscu z głodu. Główna bohaterka "Radia", staruszka Mary Harter przygotowuje się na śmierć, którą zapowiedział jej nieżyjący mąż. "W tajemnicy błękitnej wazy" Jack Hartington regularnie słyszy przerażający krzyk kobiety: "Morderstwo! Ratunku! Morderstwo!"*, jednak do nikogo innego nie dociera to wołanie o pomoc. Artur Carmichael z innego opowiadania z dnia na dzień zapada na chorobę psychiczną – nie ma z nim kontaktu. Narrator tego opowiadania dostrzega szarego kota, który niedawno umarł. W innym tekście Simone, pełna złych przeczuć, przygotowuje się do ostatniego seansu spirytystycznego. Później ma zacząć nowe życie u boku ukochanego mężczyzny. W "S.O.S.", wieńczącym zbiór, Mortimer Cleveland po awarii samochodu trafia do stojącego na uboczu domu Dinsmeadów. Gospodarze są bardzo serdeczni, ale Cleveland nie może oprzeć się wrażeniu, że nie wszystko jest w porządku. Ogarnia go niepokój. Jaką tajemnicę skrywa ta rodzina?



Te jedenaście opowiadań zaskakuje – nie tak jak kryminały, ale nie można odmówić autorce pewnej pomysłowości. Są tu więc seanse spirytystyczne (bardzo modne przed wojną – również w powieściach Christie z tamtego okresu ta moda znalazła swe odbicie. To ważny czynnik w "Tajemnicy Sittaford" czy "Niemym świadku"), osoby obdarzone zdolnościami mediumicznymi, nawiedzone domy, groźne zwierzęta, męczące sny, płacz dzieci rozlegający się w pustych korytarzach, choroby psychiczne, osobowości wielorakie, reinkarnacje, jasnowidzenie, telekineza, duchy, alternatywne rzeczywistości. Nie brakuje zagadek, zbrodni. 

Oczywiście, dziś mało które opowiadanie wzbudzi w nas – ludziach z XXI wieku – strach. Niektóre mogą razić pewną naiwnością rozwiązań, inne pewnie wydadzą się cokolwiek przekombinowane. Jednak warto pamiętać, że na tych motywach, z których skorzystała Christie, opierają się w dużej mierze i dzisiejsze horrory. Trzeba przyznać, iż mają one swój urok w takim dawniejszym anturażu. 

Ta książka bywa lekceważona przez czytelników. Po pierwsze, zawiera opowiadania; po drugie – są one zupełnie nietypowe w dorobku Agathy Christie. Ale jeśli nie nastawimy się na kolejną kryminalną ucztę, lektura tego zbiorku może się okazać całkiem przyjemną rozrywką. Myślę także, że próbowanie sił pisarskich w różnych gatunkach przynosi autorce chwałę - nawet jeśli do historii przeszła przede wszystkim jako Królowa Kryminałów. Nietuzinkowy "Świadek oskarżenia" to w jej bogatej twórczości zaledwie ciekawostka – ale warto poznać taką Christie: w zupełnie innym literackim wcieleniu. 

--- 
* Agatha Christie, "Świadek oskarżenia", przeł. Grażyna Wojda, Dorota Malinowska, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 142.

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, autorem jest Misiak297.

sobota, 22 lipca 2017

Greenway House - w gościnie u Agathy Christie

Greenway House - letni dom Agathy Christie [fot. Jason Ballard]

 Trwa lato, zatem zapraszamy Was do letniego domu Agathy Christie. Na początek fragment "Autobiografii":

"Tego lata gościliśmy Guilforda w Torquay. Pewnego dnia zauważyłam, że wystawiono na sprzedaż dom, który zapamiętałam z dawnych lat - Greenway House nad rzeką Dart: zdaniem mojej matki, moim zresztą też, najpiękniejsza posiadłość w tej okolicy.
- Chodźcie, obejrzymy - zaproponowałam. - Strasznie dawno tam nie byłam. Ostatni raz
z matką, w dzieciństwie.
Wybraliśmy się zatem na inspekcję. Dom wyglądał równie urokliwie jak dawniej. Biały, w stylu georgiańskim, zbudowany około roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego, otoczony lasem sięgającym rzeki poniżej, gęstwą cudownych drzew i krzewów - idealny, wymarzony dom. Dla porządku zapytałam o cenę, choć bez szczególnej ciekawości. Zdawało mi się, że się przesłyszałam.
- Szesnaście tysięcy, tak?
- Sześć tysięcy.
- Sześć? - Nie wierzyłam własnym uszom. W drodze powrotnej rozmawialiśmy tylko o
tym."




A oto jak wygląda obecnie Greenway House, a także, jak wyglądał dawniej:



W Greenway House miały miejsce ważne wydarzenia. Kolejny fragment "Autobiografii" Agathy Christie:

"Hubert Prichard, Walijczyk, służył w stopniu majora w regularnej armii. Przyjaźnił się z moim siostrzeńcem, Rosalind [córka A. Ch.] poznała go u Madge. Kiedyś odwiedził nas w Greenway. Bardzo lubiłam tego chłopca. Ciemnowłosy, małomówny, wybitnie inteligentny, trzymał całą sforę chartów. Od jakiegoś czasu spotykał się z Rosalind, zdążyłam jednak zwątpić, czy coś z tego wyniknie.
- Pewnie chcesz być na ślubie? - podjęła.
- Oczywiście!
- Tak myślałam... Ale słuchaj, moim zdaniem to zupełnie niepotrzebne zamieszanie. To znaczy, nie byłoby dla ciebie prościej, wygodniej, gdybyś nie przyjeżdżała? Pobieramy się w Denbigh, bo Hubert nie dostanie urlopu.
- Nic nie szkodzi - zapewniałam. - Przyjadę do Denbigh.
- Na pewno chcesz? - spytała w ostatnim przebłysku nadziei.
- Na pewno - potwierdziłam tonem nie znoszącym sprzeciwu. Po czym dodałam: - Właściwie to się dziwię, że mnie informujesz o swoich planach teraz, a nie dopiero po fakcie.
Zaczerwieniła się. Widać trafiłam w dziesiątkę."

Poniżej film, w którym wnuk Rosalind i Huberta opowiada o Greenway House:



Podczas wojny, Greenway House został zarekwirowany najpierw jako ochronna dla dzieci, a potem dla wojska.

"A potem zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Otrzymałam listowne zawiadomienie, że
Admiralicja rekwiruje Greenway, praktycznie od zaraz.
Natychmiast do nich pobiegłam. Przyjął mnie uprzejmy młody porucznik marynarki. Nie mogą zwlekać ani chwili, oświadczył. Nie przejął się losem pani Arbuthnot, która po pierwszych protestach teraz próbowała zyskać na czasie, dopóki się nie naradzi z Ministerstwem Zdrowia, dokąd przenieść dzieci. W starciu z Admiralicją Ministerstwo Zdrowia nie wskórało dokładnie nic. Ochronka musiała się wyprowadzić, a ja zostałam z domem pełnym mebli, które należało gdzieś umieścić. Szkopuł w tym, że nie było gdzie. Wszelkie przechowalnie, składy, magazyny pękały w szwach. Ostatecznie panowie z Admiralicji pozwolili mi skorzystać z salonu - tam się wstawi wszystkie meble - a także z
pokoiku na piętrze.
(...)
Chociaż negocjacje prowadziła Admiralicja, Greenway przydzielono flocie Stanów Zjednoczonych. W naszym domu zamieszkają oficerowie, prości marynarze natomiast w Maypool, sporej posiadłości na szczycie wzgórza.
Brak mi słów podziwu i wdzięczności dla Amerykanów. Opiekowali się Greenway jak własnym domem. Naturalnie, część kuchenna mocno ucierpiała, tego nie dało się uniknąć - musieli gotować dla czterdziestu osób, wstawili więc okropne, kopcące piece - za to ogromnie uważali na nasze mahoniowe drzwi. Dowódca wręcz kazał je wyłożyć dyktą. Umieli także docenić piękno posiadłości. Wielu chłopców z tej flotylli pochodziło z Luizjany, toteż okazałe magnolie, zwłaszcza magnolia grandiflora, sprawiały, że czuli się jak u siebie.
Od zakończenia wojny odwiedziło nas mnóstwo krewnych tamtych oficerów, przyjeżdżali obejrzeć miejsce, gdzie stacjonował syn, kuzyn czy kto tam jeszcze. Opowiadali, z jakim zachwytem opisywał Greenway w listach. Czasami spacerowaliśmy po ogrodzie, staraliśmy się odszukać zakątki, które szczególnie sobie upodobał. Niełatwe zadanie - od tamtej pory wszystko tak urosło."

Na kolejnym, krótkim filmie, możemy posłuchać, co o Greenway mówi sama.... Agatha: 


"W Greenway mam prywatny pomnik upamiętniający lata wojny. W bibliotece, która służyła za mesę, nieznany artysta ozdobił szczyty ścian freskiem. Przedstawia ów fresk rozmaite porty, dokąd zawijała flotylla, poczynając od Key West przez Bermudy, Nassau, Maroko, i tak dalej, kończąc zaś na cokolwiek zbyt pochlebnym obrazie lasów wokół Greenway oraz białego domu wyzierającego spośród drzew. Obok pyszni się cudnej urody nimfa, niezupełnie dopracowana, za to całkiem goła - owo pocztówkowe dziewczę symbolizuje, jak mniemam, rozkosze seraju oczekujące u kresu podróży, kiedy wojna się skończy. Dowódca przysłał mi list z pytaniem, czy życzę sobie, aby zamalowano fresk, przywrócono ścianie pierwotny wygląd. Spiesznie odpisałam, iż traktuję to dzieło jak pamiątkę historyczną i jestem szczęśliwa z jego posiadania. Nad gzymsem kominka widnieją z grubsza naszkicowane głowy Winstona Churchilla, Stalina i prezydenta Roosevelta. Szkoda, że nie znam nazwiska artysty.
Opuszczając Greenway byłam pewna, że dom zostanie zbombardowany i że już nigdy go nie zobaczę, lecz na szczęście się myliłam. Wyszedł bez szwanku. W miejsce spiżarni pojawiło się wprawdzie czternaście klozetów i musiałam stoczyć z Admiralicją srogi bój, zanim je usunęli."

Tym, którzy swobodnie posługują się językiem angielskim, polecam godzinny film dokumentalny o ogrodach w życiu Agathy i jej biografii:


niedziela, 16 lipca 2017

Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni - życie na znaczkach pocztowych (film)




Życie Agathy Christie na znaczkach pocztowych!



Agatha Christie jest jedną z najbardziej znanych pisarek. Rusted Post Box upamiętniło jej tajemnicze zniknięcie oraz karierę poprzez różne serie filatelistyczne. Książki Agathy zostały przetłumaczone na ponad 64 języków. Takim wynikiem pochwalić się mogą jedynie dzieła Szekspira i Biblia. Najwyraźniej Agatha jest Królową Kryminału! [Queen of Crime]. Nieprawdaż?Nakładem Rusted Post Box wydano znaczki, monety i banknoty, związane za znaczącymi wydarzeniami historycznymi. Z pomocą nowo utworzonego muzeum online www.mintageworld.com, te serie mają na celu przekazywanie wiedzy i szerzenie zainteresowania historią, w obrębie szerokiej publiczności, kolekcjonerów, zarówno studentów i uczonych, za pomocą filatelistyki czy numizmatyki.


wtorek, 11 lipca 2017

Jared Cade „Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni”


Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni
Jared Cade
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie Małgorzata Glasenapp
tytuł oryginału Agatha Christie and the Eleven Missing Days
data wydania 30 października 2014
ISBN 9788328009820
liczba stron 432

Czekająca już dość długo na swoją kolej książka, okazała się rzetelną i bardzo ciekawie napisaną biografią Agaty Christie. Tytuł może wprowadzać potencjalnych czytelników w błąd, sugeruje przecież, że autor skupi się wyłącznie na owych 11 dniach.  Wydawało mi się, jeszcze przed lekturą, że skoro czytałam „Autobiografię” Christie i znam trochę jej twórczość, to autor nie będzie w stanie mnie niczym specjalnym zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. „Autobiografia” w świetle informacji  z książki Jared`a Cade okazała się szalenie wybiórczą pozycją, na dodatek pomijającą bardzo ważne fakty z życia pisarki. Książkę czyta się wręcz świetnie, bo Agata miała życie bardzo interesujące, mam na myśli nie tylko wydarzenia z życiorysu, ale też głębokie życie wewnętrzne.
           Autor opowiada praktycznie o całym życiu pisarki, a owe 11 dni są wyeksponowane w tytule z tego względu, że uznał je za bardzo ważne i dla późniejszego życia, i dla twórczości. Mowa jest o 11 dniach, kiedy to w 1926 r. pisarka zniknęła bez śladu, a w kraju trwały zakrojone na szeroką skalę i barwnie opisywane w mediach poszukiwania. Agata, w okresie poprzedzającym owe „zaginięcie” przeżywała najgorsze w swoim życiu dni - zmarła jej matka, z którą była bardzo głęboko związana, a mąż, w którym była zakochana do szaleństwa i z którym miała dziecko, Archibald Christie, zdradzał ją, a potem porzucił. Agata chcąc się na nim odegrać zaszyła się w luksusowym hotelu w jednym z kurortów wypoczynkowych i nie dawała znaku życia, zaś całą sytuację zaaranżowała tak, żeby pojawiły się przypuszczenia, iż  to właśnie Archie ją zamordował. Prasa angielska huczała o tych wydarzeniach, a gdy Agata się odnalazła, wybuchła jeszcze większa sensacja. Dla ceniącej prywatność pisarki cała sytuacja była koszmarem, a jej wspomnienie w połączeniu z wspomnieniem śmierci matki i porzucenia przez męża, stały się do końca życia traumą. Z biegiem lat te 11 dni stały się dla niej wręcz obsesją, do tego stopnia, że był przypadek, że gdy ktoś o tym wspomniał, to nie chciała utrzymywać z nim kontaktu.  Tę swoistą obsesję podzieliła także, już po śmierci pisarki, jej rodzina, która  utrudnia nawet współcześnie każdemu zainteresowanemu badanie tego wątku i publikowanie o nim informacji. Spotkało to też i J. Cade, co zresztą opisał. 

Artykuł prasowy o zaginięciu Agathy Christie [link]

      Autor nie tylko opisuje życie Królowej Kryminału, ale zamieszcza też sporo nawiązań do jej twórczości, łącznie z cytatami. Wiąże poza tym pewne książki z konkretnymi wydarzeniami z jej życia i opisuje, w jaki sposób zostało ono wplecione w konkretną powieść. Jest też trochę zdjęć oraz bardzo obszerna bibliografia, która obejmuje, co bardzo rzadkie, nie tylko dane o konkretnych książkach - typu, kiedy się ukazały. Bibliografię opracowało aż 4 polskich autorów i ujęło w niej dane o „pierwodrukach w czasopismach, pierwszych wydaniach oryginalnych, premierach sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych oraz pierwodrukach książkowych przekładów polskich. Uwzględnili adaptacje i przeróbki utworów A. Christie, dokonane przez innych autorów”.  Tego rodzaju bibliografia kończy się na roku 2014. 
Samochód, w którym znaleziono ubrania i dokumenty Agathy, po zniknięciu  [link]
           A co do konkretów, okazało się, że życie pisarki wcale nie było tak szczęśliwe, jak wynikało z „Autobiografii. ”Drugie małżeństwo, z Maxem Mallowanem, młodszym o 14 lat, było szczęśliwe tylko przez lat kilka. Małżonek bowiem zaczął zdradzać żonę ze studentkami, a potem nawiązał trwały romans z jedną wybranką, która na dodatek bywała często w domu państwa Christie.  Max żył niczym bigamista, a Agata, jak sam autor to określił, w czymś w rodzaju trójkąta. Wiedziała o romansie, każdy wiedział, ale nie mogła znieść myśli, że mogłaby zostać porzucona po raz drugi. O porzuceniu męża zaś najprawdopodobniej nie myślała w ogóle.  Nie można wykluczyć, że Max ożenił się z nią dla pieniędzy, tylko i wyłącznie, tak chociażby uważała jej przyjaciółka. Niemal całe życie był  utrzymankiem Agaty. Miał pracę jako archeolog, ale też nie wiadomo, czy gdyby nie stały za nim pieniądze Agaty i możliwość finansowania wyjazdów na wykopaliska, i w ogóle wykopalisk jako całości, dostałby tę pracę i propozycje. Jest wielce prawdopodobne, że Max mógł mieć romans z córką Agaty. Agata, z nerwów z powodu tej sytuacji dostała łuszczycy, z którą borykała się do końca życia. Trudno jest mi wyobrazić sobie kobietę we współczesnych czasach, która mogłaby tolerować coś takiego. Teraz z pewnością jest łatwiej, kobiety w wieku 50 lat i więcej  rozwodzą się i wychodzą ponownie za mąż, rozwód czy zdrada nie są stygmatyzacją. Może ona uznała, że po ewentualnym pozbyciu się Maxa, z racji wieku, już nigdy nie wyjdzie za mąż…?  I może przez to nie zdecydowała się na ten krok…? Może z racji wiktoriańskiego wychowania,  w ogóle nie rozważała takiego wariantu…?  A może zadecydowały względy religijne, była głęboko wierząca… Autor opisując te kwestie nie goni za sensacją, stara się sięgnąć głęboko, poznać motywy, skutki itp. 

       
Agatha i Archiebald Christie [link]

       Z bardziej budujących kwestii, to okazało się, że jedną z najbliższych osób dla Agaty była jej przyjaciółka Nan, z którą zbudowały trwałą, szczerą przyjaźń na całe życie. I równie bliskim dla pisarki był jej pies, którego kochała jak człowieka. Miłośnicy zwierząt i opiekunowie będą wiedzieć, o co chodzi. Wszystko wskazuje na to, że Agata mogła całe życie kochać Archiego, a drugi mąż okazał się nieudanym remedium na zranione uczucia.
          Niektóre zachowania pisarki wydały mi się wręcz absurdalne. Przykładowo w trakcie małżeństwa z Archiem Christie, Agata zaczęła już bardzo dobrze zarabiać na swojej twórczości, jej mąż zaś odwrotnie. Miał, jako były lotnik, problemy ze znalezieniem pracy i bywały okresy, że nie miewał w ogóle pieniędzy. Ona, chcąc chyba go zmotywować do szukania zajęcia, odmawiała mu kieszonkowego. Ubóstwiany przez nią mąż znajdował się więc w mocno upokarzającej sytuacji. Do tego Agata sprowadziła w bezpośrednie ich sąsiedztwo swoją matkę, z którą zaczęła spędzać sporo czasu. Nie ma chyba co się dziwić, że małżeństwo się rozpadło.
       Gdy spojrzy się na wydarzenia z jej życia, bez problemów już można znaleźć nawiązania do nich lub różne ich reminiscencje w twórczości. W kilku powieściach przewija się motyw amnezji, prawdziwej, bądź udawanej. Agata, po odnalezieniu jej w hotelu, nawiązuję tu oczywiście do słynnych 11 dni, obwieściła, że  niczego nie pamięta. Autor biografii obalił tą tezę na wszelkie możliwe sposoby i udowodnił, że wszystko było starannie zaaranżowane. Jego argumentacja całkowicie mnie przekonała, a inni czytelnicy mogą wrobić sobie zdanie po lekturze. Jared Cade wskazuje też pierwowzory niektórych bohaterów jej książek, jak również rzeczywiste rezydencje, opisane w tych książkach. W powieściach Agaty zdarzają się postacie morfinistów. Tego też nie wymyśliła z powietrza. Z tego rodzaju problemem borykał się jej rodzony brat. Takich przykładów można byłoby przytoczyć wiele. 

Artykuł informujący o odnalezieniu Agathy [link]

       Myślę, że książka ta może zainteresować nie tylko wielbicieli twórczości A. Christie. Można ją też potraktować jako opowieść o osobie, która niemal całe życie nie potrafiła uporać się z traumą po zdradzie i porzuceniu, mimo dobrego zdrowia, przyjaciół, bogactwa,  samodzielności i spełnienia na wszystkich niemal polach, nie potrafiła stać się, tak naprawdę, szczęśliwa.  Dla mnie było to zaskakujące.

wtorek, 4 lipca 2017

Brzemię czyli "Siostrzane uczucia"


Tegoroczną edycję akcji „Rendez-vous z Agathą Christie” rozpoczęłam od pozycji najmniej chyba reprezentatywnej dla twórczości tej pisarki, bo nie dość, że niebędącej kryminałem, to jeszcze odstającej trochę od jej podobnych utworów. Wpadła mi w ręce, a raczej… została tam złożona przez innego członka fanklubu lady Agathy, poszłam więc na łatwiznę i zamiast się rozglądać za którąś z powieści z Poirotem lub panną Marple, wzięłam, co było na podorędziu, nie odczuwając zresztą z tego powodu specjalnego dyskomfortu, jako że moje doświadczenia z niekryminalnymi powieściami autorki były dotąd zupełnie pozytywne.

„Brzemię” opowiada historię dwóch sióstr, z których starsza, Laura, przeżywa w dzieciństwie zbyt wielu rzeczy, jakich dziecko przeżywać nie powinno. Nie, to nie to, o czym pomyśleliby odruchowo ci, co czytali zbyt dużo współczesnej literatury psychologiczno-obyczajowej; dziewczynka nie jest molestowana ani maltretowana – po prostu trafia w niekorzystną dla siebie konstelację wypadków i ludzkich uczuć. Pierwszą dekadę życia spędza w cieniu starszego brata; on to pierworodny syn, urodziwy, błyskotliwy, rezolutny, otwarty w kontaktach z ludźmi; ona jest szarą myszką pozbawioną wszystkich dziecięcych wad – ani niejadek, ani mała złośnica, ani beksa, ani wiercipięta – ale też ani specjalnie ładną, ani nieprzeciętnie ujmującą, inteligentną co prawda, lecz nieumiejącą się tą inteligencją popisać: ot, takie dziecko, którego nikt nie zauważy, jeśli się ciężko nie rozchoruje. Mimo wątłej konstytucji to nie ona jednak zapada na poważną chorobę zakaźną, lecz Charles, oczko w głowie i nadzieja obojga rodziców. I to Charlesa, nie ją, zabiera śmierć, co Arthur i Angela uważają za tragiczną pomyłkę losu; jeśli nawet wstydzą się otwarcie przyznać, że raczej Laurę niż jego woleliby ujrzeć w trumnie, okazują to dostatecznie wyraźnie, by nie umknęło uwagi córki. Ale przecież żałoba w końcu przeminie, a Laura zostanie, i może wtedy doczeka się tego, co powinna była od rodziców otrzymać wcześniej: odrobiny zainteresowania i czułości? Niestety. Rodzi się nowe dziecko. Nie chłopiec co prawda, lecz takie ładne i takie bezradne, a Laura przecież jest już duża, więc nikt się o nią troszczyć nie musi… Stary przyjaciel rodziny próbuje Franklinom unaocznić problem córki, ale i on nic na to nie poradzi, że w sercu dziewczynki lęgną się zgoła niepozytywne uczucia. Potem jednak wydarza się coś, co sprawia, iż Laura przewartościowuje swój stosunek do siostry o sto osiemdziesiąt stopni. Wkrótce zastąpi jej matkę i ojca, najchętniej zastąpiłaby także męża, gdyby to tylko było możliwe. A co będzie, gdy Shirley zechce pójść własną drogą?...



Wierny fan twórczości Lady Agathy zauważy tu z pewnością niejakie podobieństwo do sytuacji opisanej w „Córka jest córką”; ta głęboka więź między dwiema najbliższymi sobie kobietami (tam – matką i córką, tu – starszą i młodszą siostrą) – tak głęboka, że przeradzająca się w żywiołową zazdrość i/lub sublimująca w patologiczną wręcz nadopiekuńczość – to zjawisko dobrze znane psychologom, a także zwykłym ludziom, którzy potrafią wnikliwie innych obserwować (i do których bez wątpienia autorka należała). Jak Sara usilnie próbuje sprawić, by Anna nie poślubiła Richarda, a Anna gotowa na głowie stanąć, żeby tylko Sara nie wyszła za Gerry’ego – tak Laura dokłada wszelkich starań, by zapobiec małżeństwu Shirley i Henry’ego lub przynajmniej jak najbardziej je opóźnić. I nie bez racji; ale posądzenie o celowe rzucanie zakochanej parze kłód pod nogi – czy raczej o samą motywację do takiego postępowania, jaką wedle Henry’ego jest zazdrość i obawa przed uniezależnieniem się siostry – tak boli, że w końcu wbrew sobie Laura pozwoli temu prawie jeszcze dziecku, które sama wychowała, pójść za głosem serca. Bo co by dał jej upór? To, że Shirley miałaby nieustający żal do siostry i wierzyłaby niezachwianie, iż ta z niskich pobudek udaremniła jej zaznanie małżeńskiego szczęścia! Finał tej historii, ukazujący, kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) zyskał, a kto stracił, rozegra się dopiero po kilkunastu latach. Znów analogia do „Córka jest córką”. Wydawałoby się więc, że "Brzemię" udało się autorce równie dobrze. 


I tu zaskoczenie: niestety, nie. O ile część pierwsza, ukazująca uczucia i dylematy Laury z jej punktu widzenia, i część druga, w której od czasu do czasu narrator przenosi swoją uwagę na Shirley, dotrzymują kroku pozostałym powieściom psychologicznym Westmacott, o tyle część trzecia wydaje się z zupełnie innej bajki. Oto niczym diabeł z pudełka wyskakuje na scenę zupełnie obca postać: Llewellyn Knox, nawiedzony kaznodzieja i, jak by dziś powiedziano, celebryta, któremu nawracanie ludu w świetle reflektorów i fleszy tak nadwerężyło organizm, że musi biedak szukać ratunku na tropikalnej wyspie. Dotarłszy tam, poczyna zanudzać przypadkowo poznanych ludzi przydługimi perorami natury etyczno-metafizycznej. „Co jest, u licha” – mówimy początkowo – „a ten cóż tu robi?”. Niemniej jednak, jeśli uważnie przeczytaliśmy część drugą, dość rychło domyślimy się, z kim los zetknął nieszczęsnego teologa, choć po co go w ogóle tenże los pchał do akcji, zostanie ujawnione dopiero w finale. A wtedy z niedowierzaniem przetrzemy oczy: nie dość, że problemy jednej z sióstr zostają wytłumaczone w sposób niekoniecznie przekonujący (przynajmniej w świetle tego, co wcześniej o niej wiedzieliśmy), to jeszcze drugiej autorka funduje taką „receptę na szczęście”, że nawet Danielle Steel by się zastanowiła, zanimby podobny pomysł przelała na papier.

To potknięcie konstrukcyjne razi na tyle, że na nic język i styl, na nic wrażenie, jakie pozostało po doskonałych scenkach rodzajowych i świetnych analizach psychologicznych z części pierwszej i drugiej: z bólem serca ocenę obniżamy co najmniej o jedno oczko. Jeśli już dość dobrze znamy twórczość lady Agathy, jakoś się z tym dysonansem pogodzimy – w końcu każdemu pisarzowi może się trafić niewypał – ale gdybyśmy od "Brzemienia" zaczęli, zapał do poznawania innych jej utworów mógłby być nierównie mniejszy.

Autorką recenzji jest Dot59, a tekst pochodzi z portalu BiblioNETka.