wtorek, 13 czerwca 2017

Kto zabił lorda? - Śmierć lorda Edgware'a

"Wie pan, to całkiem niezły tytuł. Lord Edgware umiera. Dobrze by wyglądał na księgarskich półkach"[1].
Początek "Śmierci lorda Edgware'a" – powieści Agathy Christie wydanej w 1933 roku – może przywodzić na myśl czarne kryminały amerykańskie w stylu Erle'a Stanleya Gardnera czy Rossa Macdonalda (to luźne skojarzenie – zdaję sobie sprawę, że podbiły one rynek wydawniczy dopiero później). Oto piękna, choć zarazem nieco ograniczona aktorka Jane Wilkinson prosi Herculesa Poirota o specyficzną interwencję. Chce, aby słynny detektyw odwiedził jej męża – George'a Alfreda St. Vincenta Marsha, czwartego barona Edgware – i namówił go do dania jej rozwodu. Poirot czuje, że Jane grozi bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo  

("Tak, niebezpieczeństwo. Ponieważ taka kobieta widzi tylko jedno: samą siebie. Nie dostrzega zagrożeń i ryzyka, jakie ją otaczają – tysięcy sprzecznych interesów i życiowych układów. Widzi wyłącznie własny cel. Tak więc prędzej czy później czeka ją katastrofa"[2]). 
Choć z początku czuje się zmieszany, przystaje na jej prośbę. Odwiedza Edgware'a – i okazuje się, że ten zgodził się na rozwód, o czym powiadomił żonę listownie.

Sprawę można by uznać za zakończoną, gdyby nie to, że mężczyzna niebawem zostaje zamordowany. Co więcej, okazuje się, że w wieczór śmierci odwiedziła go właśnie była żona – a przynajmniej sekretarka Edgware'a i jego lokaj są o tym przekonani, bo się przedstawiła. Poszła do biblioteki, gdzie siedział lord i niebawem stamtąd wyszła – on zaś był martwy. Tylko jak Jane Wilkinson mogła dokonać tej zbrodni, skoro w tym czasie przebywała na proszonym przyjęciu, o czym może zaświadczyć dwanaście osób? Przypadek początkowo banalnie prosty wikła się, a wina aktorki przestaje być oczywista.

Okazuje się, że podejrzanych jest więcej. Kto wbił sztylet w szyję Edgware'a? Piękny lokaj, który się ulotnił? Córka lorda, Geraldine Marsh, rzekomo po brytyjsku opanowana, w istocie zaś będąca na granicy załamania nerwowego? A może jego niefrasobliwy bratanek Ronald Marsh, który dziedziczy po wuju sporą część majątku i tytuł lordowski? Pojawia się kolejna ofiara. Kto zabija?

"Śmierć lorda Edgware'a" powstała w najlepszym okresie twórczości Agathy Christie. To klasyczny kryminał detektywistyczny w bardzo dobrym stylu – z pozornie zawikłaną intrygą (która ostatecznie okazuje się całkiem prosta), wieloma mylnymi tropami i dramatycznymi zwrotami akcji. Ta powieść trzyma w napięciu. Christie miała świetne pomysły na wyprowadzanie czytelnika w pole – ale zawsze robiła to uczciwie. Innymi słowy, dostajemy te same "puzzle" co detektyw, a zatem mamy też szansę ułożyć je wcześniej. Każdy jej kryminał to intelektualna zagadka, sprawdzian bystrości i spostrzegawczości odbiorcy. Jak mówi Poirot do wiernego Arthura Hastingsa, kronikarza tego przypadku:

"– Zauważyłem, że kiedy razem pracujemy nad jakąś sprawą, zawsze nakłaniasz mnie do działań fizycznych. Chcesz, bym badał ślady stóp, analizował popiół z papierosów, tracił zdrowie, poszukując detali. Nie rozumiesz, że siedząc wygodnie w fotelu, z przymkniętymi oczyma, można po stokroć bardziej zbliżyć się do rozwiązania problemu. Gdyż wtedy patrzy się oczyma umysłu.
– Nie ja – powiedziałem. – Kiedy ja siedzę wygodnie w fotelu z zamkniętymi oczami, przydarza mi się tylko jedno.
– Zauważyłem – odparł Poirot. – To dziwne. Przecież w takich chwilach mózg powinien gorączkowo pracować, a nie tonąć w rozleniwieniu. Aktywność umysłowa jest tak ciekawa i stymulująca! Uruchomienie małych szarych komórek to przyjemność czysto intelektualna"[3].

Jest to także powieść, która mówi wiele o Anglii wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku. Widzimy zatem przedstawicieli śmietanki towarzyskiej, usłużne pokojówki, dystyngowanych lokajów, zblazowanych, zepsutych młodzieńców, arystokrację spędzającą wieczory w operze, intelektualistów spotykających się w teatrach, ekskluzywnych hotelach i na wystawnych przyjęciach. Z jednej strony rządzą konwenanse – wiktoriańska spuścizna – z drugiej pojawia się coraz większa swoboda obyczajowa. Panuje dyskretny antysemityzm. To świat dużych pieniędzy, sławy, wielkich możliwości. Bohaterowie czują się w nim pewnie, tak jak pewnie czuła się autorka we wrześniu 1933 roku, kiedy "Śmierć lorda Edgware'a" trafiła do rąk czytelników. Wówczas nikomu nie śniło się, że
za parę lat stary porządek zostanie zmieciony przez wojnę.

Ten porządek został jednak ocalony – właśnie w powieściach Agathy Christie. I również dlatego warto po nie dzisiaj sięgać – nawet jeśli czyta się je przede wszystkim ze względu na błyskotliwe zagadki kryminalne.
---
[1] Agatha Christie, "Śmierć lorda Edgware'a", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005, s. 118-119. Swoją drogą zastanawiające, dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na ten tytuł, skoro tak "dobrze by wyglądał"… Muszę zaznaczyć, że jest to książka wydana dosyć niechlujnie – zdumiewa liczba literówek. Tłumaczenie też pozostawia wiele do życzenia.
[2] Tamże, s. 10.
[3] Tamże, s. 12.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz