czwartek, 22 czerwca 2017

'Morderstwo w Orient Expresie' z 1974 roku z Albertem Finney'em - recenzja filmu

Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney Jak wiecie bardzo lubię Agathę Christie. Ucieszyłam się więc widząc w programie TV na święta, a konkretnie w programie TV Metro, takiego nowego kanału, gdzie jest wiele starych filmów, 'Morderstwo w Orient Expresie' z Albertem Finneyem. Oglądałam to kiedyś w kiepskiej jakości  na niemieckim youtube, a film ten nie jest tak powszechnie dostępny,  więc radość moja była wielka, że mogę obejrzeć ten film normalnie, jak człowiek.
Wystąpiła w nim cała plejada świetnych aktorów, wśród których rzuciła mi się w oczy najbardziej Ingrid Bergman, Michael York oraz Sean Connery.  Zwróciłam też uwagę na postać grającą księżnę Dragomiroff:: Wendy Hiller i Lauren Bacall jako Pani Hubbard.
Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney
Kadr z filmu, źródło: https://pl.pinterest.com/pin/571675746427038118/
Najbardziej w tej całej plejadzie aktorskiej przeszkadzał mi sam Poirot, z którego postaci Albert Finney uczynił błazna, dziwaka i paranoika, który nie wiadomo kiedy ma te swoje przebłyski geniuszu. Zdecydowanie wolę interpretację Davida Sucheta. 
Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney
Albert Finney jako Poirot, źródło zdjęcia: http://film.org.pl/r/morderstwo-w-orient-expressie-2-62422/
Jednakże film posiada wiele zalet w porównaniu z wersją z Suchetem. W wersji, o której dziś piszę, kompletnie zrezygnowano z otoczki brytyjskiej, której jest pełno w późniejszym dla tego filmu serialu, w którym gra Suchet. Nie ma brytyjskiej maniery, nie ma tego picia herbaty, tego biegania miejscowej służby, postacie w ogóle nie są brytyjskie. I to jest dobre, bo widać, że Mistrzyni Kryminału stworzyła bohaterów, którzy są uniwersalni w sowim żalu, goryczy, pragnieniu zemsty. Uczestnicy podróży Orient Expresem to gromadka międzynarodowa, którą łączy żal i pragnienie zemsty, ale ich zachowanie w żadnym razie nie jest brytyjskie tak jak to jest w serialu. Zagadka kryminalna wciąga i chyba jest nie do odgadnięcia, gdy ktoś to ogląda pierwszy raz. 
Podróż Orient Expresem w tym filmie wydaje się ciekawą wyprawą, w której chciałoby się wziąć udział. 
Film oceniłam na 7 gwiazdek.
Ja czekam aż Metro wyemituje Poirota z Moliną, który to film jest kompletnie nie do znalezienia nigdzie!
A Was zachęcam do tej starej wersji. Widzieliście zapowiedzi nowej? Co o tym myślicie? Bo ja się nie spodizewam niczego dobrego... To tak jak Muszkieterowie w wersji z Yorkiem i  ta nowa adaptacja, kompletnie pozbawiona tego czegoś 'muszkieterowego'....
Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

niedziela, 18 czerwca 2017

Wielka Czwórka czyli Poirot ratuje świat - Dot o teoriach spiskowych

Pojęcia nie mam, czemu ludzkość jest tak łasa na wszelkie teorie spiskowe. Wołowej skóry by nie starczyło, żeby spisać, kogo i kiedy podejrzewano o chęć przejęcia władzy, czy to w skali mikro, czy makro. W dwudziestym stuleciu, w miarę doskonalenia środków rozpowszechniania informacji, szczególnie popularne stały się teorie o tajnych organizacjach dążących do zapanowania nad całym światem. Rzecz oczywista, że skoro nasiąkła nimi świadomość społeczeństw, musiało to znaleźć odzwierciedlenie w literaturze. Bo niewiele chyba jest bardziej chwytliwych tematów niż ten: kilkoro śmiałków (a czasem tylko para albo jeden) zasadza się na zbrodniczą szajkę, by ukrócić jej mocarstwowe zapędy; wydaje się wtedy, że taka akcja nie ma większej szansy na powodzenie niż porywanie się z motyką na słońce, a jednak…
Niektórzy autorzy popełniają takie dzieła niemal tuzinami, ale co, u licha, skłoniło znawczynię obyczajów i dusz angielskiego ziemiaństwa do wmanewrowania swoich bohaterów w podobnie absurdalną historię? 
Może dopiero próbowała, w którym z gatunków literatury sensacyjnej czuje się najlepiej, bo przed „Wielką Czwórką” stworzyła i parę klasycznych kryminałów, i powieść szpiegowską („Tajemniczy przeciwnik”), i swego rodzaju thriller polityczny („Tajemnica rezydencji Chimneys”)?
Może nie była pewna, czy dając Poirotowi do rozwiązania trywialne sprawy morderstw z zemsty lub zazdrości, uczyni go wystarczająco sławnym? Może nieświadomie wyprzedziła swój czas, nie mogąc przewidzieć, że dopiero za jakieś 70-80 lat tego rodzaju powieści będą się rozchodziły w kilkunastomilionowych nakładach, niemal natychmiast trafiając na warsztat reżyserów filmowych?

Oto, co obmyśliła:

Kiedy kapitan Hastings, od niedawna osiadły w Argentynie, przybywa z wizytą do ojczyzny, Poirot właśnie przygotowuje się do wyprawy w przeciwnym kierunku, skuszony propozycją pewnego amerykańskiego milionera. Hastings próbuje go namówić, by zaczekał z podróżą do jego powrotu, detektyw jednak oznajmia, że do złamania słowa mogłaby go skłonić jedynie kwestia czyjegoś życia lub śmierci. I jak to bywa, wywołuje wilka z lasu. Nim skończą rozmowę, do mieszkania Poirota dostaje się jakiś nieznajomy, wycieńczony i półprzytomny; można by było pomyśleć, że bredzi w malignie, gdyby nie to, iż jego słowa dotyczą organizacji przestępczej, o której istnieniu dopiero co mały Belg wspomniał Hastingsowi. Mózgiem owej Wielkiej Czwórki ma być Chińczyk nazwiskiem Li Chang Yen, następnym po nim w hierarchii – nieznany z nazwiska bogaty Amerykanin, trzecim ogniwem – jakaś Francuzka, o czwartym zaś wiadomo tylko tyle, że zasługuje na przydomek „Niszczyciel”. Więcej już się od nieszczęśnika nie dowiedzą, ale dawny urzędnik państwowy, dobrze obeznany w sprawach Chin, zapewni ich, że wspomniany Li Chang Yen stoi  
„za tym wszystkim (…). Za brakiem pokoju na świecie, za buntami robotników w różnych krajach i rewolucjami, które wybuchają to tu, to tam. Są ludzie (…), którzy wierzą, że tym wszystkim kieruje tajemnicza siła, mająca na celu zniszczenie naszej cywilizacji. Wie pan, że pewne fakty pozwalają przypuszczać, iż Lenin i Trocki wykonywali w Rosji czyjąś wolę”[1]. 
Utwierdzony w wierze w zbrodnicze zamysły chińskiego mandaryna i spółki, Poirot postanawia przeszkodzić straszliwej szajce w ich realizacji, nie zapominając o wciągnięciu do akcji poczciwego Hastingsa. W każdym z miejsc, w których przystąpią do poszukiwań, zostaną perfidnie wciągnięci w pułapkę – i z każdej z nich się jakoś wydostaną (przecież i tak wiemy, że muszą, by mogli pojawić się w późniejszych chronologicznie częściach cyklu – więc tyle można zdradzić). Ale czy zdołają wyśledzić cztery personifikacje zła, jakimi są filary Wielkiej Czwórki? I doprowadzić do ich ukarania?

Trzeba przyznać, że wyobraźnia nieźle poniosła Królową Kryminału. Wielka Czwórka zdaje się potężniejsza i bardziej demoniczna niż osławieni iluminaci Dana Browna, a równocześnie zdumiewająco nieskuteczna, jeśli chodzi o próby unieszkodliwienia bohaterów. Poirot bardziej tu przypomina skrzyżowanie Jamesa Bonda z Fantomasem niż samego siebie. I tylko Hastings pozostaje tym samym prostodusznym, nie zawsze bystro myślącym człowiekiem, jakim go poznaliśmy i jakim będziemy go znali aż do końca jego dni, czy raczej dni Poirota. To właśnie cudownie szczera i naiwna jego narracja jest przyprawą pozwalającą nam strawić niewiarygodnie wymyślną fabułę. Spójrzmy tylko na jeden z tych uroczych dialogów, jakie główni bohaterowie wiodą ze sobą na miejscu zbrodni:

„— To przecież niemożliwe, żeby Wielka Czwórka zainstalowała na strychu jakiś piekielny wynalazek… Coś, co opuściło się automatycznie i podcięło gospodarzowi gardło, po czym znów uniosło się do góry?
— Jak drabina Jakubowa? Wiem, Hastings, że masz bujną wyobraźnię, proszę jednak, żebyś ją nieco pohamował.
Poczułem się obrażony. Poirot kręcił się po domu, zaglądał do pokojów i szaf. Sprawiał wrażenie niezadowolonego. Nagle wykrzyknął z satysfakcją. Przypominał teraz podnieconego szpica. Podbiegłem do niego. Stał w drzwiach spiżarni z miną zwycięzcy. W ręce trzymał duży jagnięcy udziec.
— Drogi Poirot! — zawołałem. — O co chodzi? Czyżbyś oszalał?
— Popatrz na tę baraninę. Patrz uważnie!
Starałem się, ale nie widziałem nic niezwykłego. Był to zupełnie normalny jagnięcy udziec. Powiedziałem to, ale Poirot tylko spojrzał na mnie ze smutkiem.
— Nie widzisz tego… i tego…
Przy każdym »tego« dźgał palcem w udziec, odłupując kawałki lodu. Przed chwilą Poirot oskarżył mnie, że mam zbyt bujną wyobraźnię, chociaż nie przyszedł mi do głowy pomysł aż tak szalony jak jego. Czyżby rzeczywiście wierzył, że kawałki lodu to kryształki jakiejś śmiertelnej trucizny? Tylko to mogłoby tłumaczyć jego podniecenie.
— To mrożone mięso — powiedziałem spokojnie. — Importowane z Nowej Zelandii"[2].
I na tę żartobliwą kurtuazję, z jaką wielki detektyw stara się dowartościować przyjaciela, doskonale zdając sobie sprawę z jego ograniczeń, ale też doceniając poświęcenie byłego żołnierza, spieszącego mu z pomocą za każdym razem, gdy tej pomocy trzeba:

„Ach, to nie moja zasługa. To wielkie osiągnięcie kapitana Hastingsa. Wie pan, mój przyjaciel ukrywa swoją inteligencję, ale mu jej nie brakuje”[3].

Patent na kreację tych postaci okazał się strzałem w dziesiątkę, inaczej niż pomysł na intrygę Wielkiej Czwórki; całe szczęście, że autorka dokonała ostatecznie właściwego wyboru, rezygnując z obmyślania fabuł typu „zabili go i uciekł”, a koncentrując się na klasycznym kryminale, w którym ludzkie charaktery grają ważniejszą role niż bomby, wymyślne mechanizmy elektryczne i gazy usypiające! Całe szczęście, że tylko dla kokieterii włożyła w usta najwspanialszego ze swych bohaterów te słowa:

„Tak, czas odpocząć. Chyba zajmę się hodowlą dyń! Niewykluczone też, że wreszcie się ożenię i zacznę prowadzić spokojne, uporządkowane życie!”[4]

Jakiż niedosyt byśmy odczuwali, gdyby po tej nie do końca udanej powieści nie następowały z górą dwa tuziny innych, w których wielki mały człowiek z sumiastym wąsem robi właściwy użytek ze swych małych, szarych komórek, zamiast się uganiać po spelunkach i jaskiniach zasiedlonych przez diabolicznych zamachowców!

---
[1] Agatha Christie, „Wielka Czwórka”, przeł. Jolanta Bartosik, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 23.
[2] Tamże, s. 33.
[3] Tamże, s. 180.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest Dot59.

wtorek, 13 czerwca 2017

Kto zabił lorda? - Śmierć lorda Edgware'a

"Wie pan, to całkiem niezły tytuł. Lord Edgware umiera. Dobrze by wyglądał na księgarskich półkach"[1].
Początek "Śmierci lorda Edgware'a" – powieści Agathy Christie wydanej w 1933 roku – może przywodzić na myśl czarne kryminały amerykańskie w stylu Erle'a Stanleya Gardnera czy Rossa Macdonalda (to luźne skojarzenie – zdaję sobie sprawę, że podbiły one rynek wydawniczy dopiero później). Oto piękna, choć zarazem nieco ograniczona aktorka Jane Wilkinson prosi Herculesa Poirota o specyficzną interwencję. Chce, aby słynny detektyw odwiedził jej męża – George'a Alfreda St. Vincenta Marsha, czwartego barona Edgware – i namówił go do dania jej rozwodu. Poirot czuje, że Jane grozi bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo  

("Tak, niebezpieczeństwo. Ponieważ taka kobieta widzi tylko jedno: samą siebie. Nie dostrzega zagrożeń i ryzyka, jakie ją otaczają – tysięcy sprzecznych interesów i życiowych układów. Widzi wyłącznie własny cel. Tak więc prędzej czy później czeka ją katastrofa"[2]). 
Choć z początku czuje się zmieszany, przystaje na jej prośbę. Odwiedza Edgware'a – i okazuje się, że ten zgodził się na rozwód, o czym powiadomił żonę listownie.

Sprawę można by uznać za zakończoną, gdyby nie to, że mężczyzna niebawem zostaje zamordowany. Co więcej, okazuje się, że w wieczór śmierci odwiedziła go właśnie była żona – a przynajmniej sekretarka Edgware'a i jego lokaj są o tym przekonani, bo się przedstawiła. Poszła do biblioteki, gdzie siedział lord i niebawem stamtąd wyszła – on zaś był martwy. Tylko jak Jane Wilkinson mogła dokonać tej zbrodni, skoro w tym czasie przebywała na proszonym przyjęciu, o czym może zaświadczyć dwanaście osób? Przypadek początkowo banalnie prosty wikła się, a wina aktorki przestaje być oczywista.

Okazuje się, że podejrzanych jest więcej. Kto wbił sztylet w szyję Edgware'a? Piękny lokaj, który się ulotnił? Córka lorda, Geraldine Marsh, rzekomo po brytyjsku opanowana, w istocie zaś będąca na granicy załamania nerwowego? A może jego niefrasobliwy bratanek Ronald Marsh, który dziedziczy po wuju sporą część majątku i tytuł lordowski? Pojawia się kolejna ofiara. Kto zabija?

"Śmierć lorda Edgware'a" powstała w najlepszym okresie twórczości Agathy Christie. To klasyczny kryminał detektywistyczny w bardzo dobrym stylu – z pozornie zawikłaną intrygą (która ostatecznie okazuje się całkiem prosta), wieloma mylnymi tropami i dramatycznymi zwrotami akcji. Ta powieść trzyma w napięciu. Christie miała świetne pomysły na wyprowadzanie czytelnika w pole – ale zawsze robiła to uczciwie. Innymi słowy, dostajemy te same "puzzle" co detektyw, a zatem mamy też szansę ułożyć je wcześniej. Każdy jej kryminał to intelektualna zagadka, sprawdzian bystrości i spostrzegawczości odbiorcy. Jak mówi Poirot do wiernego Arthura Hastingsa, kronikarza tego przypadku:

"– Zauważyłem, że kiedy razem pracujemy nad jakąś sprawą, zawsze nakłaniasz mnie do działań fizycznych. Chcesz, bym badał ślady stóp, analizował popiół z papierosów, tracił zdrowie, poszukując detali. Nie rozumiesz, że siedząc wygodnie w fotelu, z przymkniętymi oczyma, można po stokroć bardziej zbliżyć się do rozwiązania problemu. Gdyż wtedy patrzy się oczyma umysłu.
– Nie ja – powiedziałem. – Kiedy ja siedzę wygodnie w fotelu z zamkniętymi oczami, przydarza mi się tylko jedno.
– Zauważyłem – odparł Poirot. – To dziwne. Przecież w takich chwilach mózg powinien gorączkowo pracować, a nie tonąć w rozleniwieniu. Aktywność umysłowa jest tak ciekawa i stymulująca! Uruchomienie małych szarych komórek to przyjemność czysto intelektualna"[3].

Jest to także powieść, która mówi wiele o Anglii wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku. Widzimy zatem przedstawicieli śmietanki towarzyskiej, usłużne pokojówki, dystyngowanych lokajów, zblazowanych, zepsutych młodzieńców, arystokrację spędzającą wieczory w operze, intelektualistów spotykających się w teatrach, ekskluzywnych hotelach i na wystawnych przyjęciach. Z jednej strony rządzą konwenanse – wiktoriańska spuścizna – z drugiej pojawia się coraz większa swoboda obyczajowa. Panuje dyskretny antysemityzm. To świat dużych pieniędzy, sławy, wielkich możliwości. Bohaterowie czują się w nim pewnie, tak jak pewnie czuła się autorka we wrześniu 1933 roku, kiedy "Śmierć lorda Edgware'a" trafiła do rąk czytelników. Wówczas nikomu nie śniło się, że
za parę lat stary porządek zostanie zmieciony przez wojnę.

Ten porządek został jednak ocalony – właśnie w powieściach Agathy Christie. I również dlatego warto po nie dzisiaj sięgać – nawet jeśli czyta się je przede wszystkim ze względu na błyskotliwe zagadki kryminalne.
---
[1] Agatha Christie, "Śmierć lorda Edgware'a", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005, s. 118-119. Swoją drogą zastanawiające, dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na ten tytuł, skoro tak "dobrze by wyglądał"… Muszę zaznaczyć, że jest to książka wydana dosyć niechlujnie – zdumiewa liczba literówek. Tłumaczenie też pozostawia wiele do życzenia.
[2] Tamże, s. 10.
[3] Tamże, s. 12.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

piątek, 9 czerwca 2017

Róża i cis - Agata Christie [Mary Westmacott]

Oto moje trzecie spotkanie z ukrywającą się pod pseudonimem Agatą Christie. Można uznać Różę i cis za półmetek. W sumie idealnie by się to zgadzało. Po genialnym W samotności, po nie dość doskonałym Brzemieniu przyszedł czas na Różę i cis. Jakże bardzo byłam zaskoczona, gdy książka, którą wzięłam do ręki okazała się wewnątrz zupełnie inna niż z opisu.

Chwila róży i chwila cisu
Trwają tak samo długo.
                                                        T.S. ELIOT 


Hugh Norreys po nieszczęśliwym wypadku samochodowym stał się inwalidą. I jak przystało na życie inwalidy - główny bohater samoistnie przeistoczył się w człowieka, na swój sposób, biernego, któremu ludzie powierzają swoje troski i żale. Jego godna pochwały umiejętność dystansowania się połączona z inteligencją sprawiła, że do jego kręgów znajomych dołączył John Gabriel. Osoba wywodząca się ze średniego stanu z celem zostania politykiem. A przy tym niewątpliwie postać niejednoznaczna.

- Powiedz mi, pytam z czystej ciekawości,  czy gdyby nie było tam żadnej widowni, skoczyłbyś do wody za tą dziewczynką?
- A cóż by to miało za sens bez świadków? Utonęlibyśmy oboje i nikt by o tym nie wiedział, dopóki przypływ nie wyrzuciłby na brzeg naszych zwłok.
- A więc odwróciłbyś się tak po prostu, odszedł i pozwolił jej utonąć?
- Nie, no oczywiście, że nie! Za kogo ty mnie masz? Jestem człowiekiem. Popędziłbym jak wariat do schodków, wskoczył do łódki, a potem wiosłował ile sił do miejsca, gdzie wpadła. Przy odrobinie szczęścia wyłowiłbym ją i wyszłaby z opresji bez szwanku. Zrobiłbym to, co według mnie dawałoby j e j największe szanse na ratunek. Ja lubię dzieci.*

Róża i cis to żaden romans (w sumie Agata Christie nigdy nie napisała romansu - przynajmniej ja się nie spotkałam). To powieść zahaczająca o powojenną polity, lecz skupiająca się przede wszystkim na danych postaciach. Co decyduje o tym, że jedni ludzie stają się legendami? Jak dojść do władzy? Jak osiągnąć zamierzone cele? Jak sprawić, by wszyscy ludzie cię pokochali? To tylko jedne z nielicznych zagadnień, które zostały tutaj poruszone. 

- Mylisz się - powiedział. - Mylisz się jak cholera. Znam siebie. To jedyna rzecz, której jestem pewien. Czasem wolałbym, żeby tak nie było... Dokładnie wiem, kim jestem i do czego jestem zdolny. I bardzo uważam, żeby ludzie się nie połapali. Wiem, skąd przychodzę i dokąd zmierzam. Wiem, czego chcę, i jestem zdecydowany to osiągnąć. Wszystko sobie dokładnie zaplanowałem. Wybacz, ale nie sądzę, żebym się przejechał. - Zastanowił się przez chwilę. - Nie. Jestem gotowy. Osiągnę to, co sobie zamierzyłem!**

Nie jestem na bieżąco z polityką. Nie interesuje mnie ona, przyprawia często po prostu o bóle głowy, a mimo to coś tam o niej wiem. I ta niewielka wiedza sprawiła, że z prawdziwą przyjemnością śledziłam wzrokiem kolejne zdania powieści i byłam niezmiernie ciekawa, co się wydarzy po kolejnym odwróceniu kartki. Akcja pędzi na łeb na szyję, ale kiedy trzeba zwalnia i pozwala nam podumać nad kolejnymi ważnymi zagadnieniami życiowymi. Jak się okazało - John Gabriel okazał się postacią, nad którą warto się pochylić.  

Weźmy pory dnia. Poranek, południe, popołudnie, wieczór. Nie musisz nad nimi myśleć, nie musisz ich rozumieć. Nie jest ci potrzebna żadna specjalna wiedza ani przyrządy. Nie potrzebujesz zegarów słonecznych, klepsydr ani chronometrów. Ale jeśli chcesz zdążyć na spotkanie, złapać pociąg czy być w określonym miejscu o określonym czasie, musisz zaprząc myśl i wynaleźć skomplikowane urządzenia, by zapewnić sobie precyzję określenia czasu. Sądzę, że z podejściem do życia może być podobnie. Jesteś szczęśliwy lub zły, lubisz kogoś albo nie, czujesz się smutny. Ludzie tacy jak ja czy ty - bo Robert już nie bardzo - r o z w a ż a j ą swoje uczucia, a n a l i z u j ą,  m y ś l ą o nich. Badają ich źródło. ***

Spodziewałam się romansu, a otrzymałam powieść do bólu prawdziwą i nieprzewidywalną. Mam wrażenie, że Róża i cis była swoistego rodzaju odpowiedzą Agaty Christie na postać Adolfa Hitlera i innych mu podobnych. Jest to historia, którą naprawdę warto przeczytać, nad którą warto się na chwilę zatrzymać i pogłowić. Mnie się podobała. 
Recenzja ze strony: ZNAJDŹ WYMARZONĄ KSIĄŻKĘ
www.wymarzona-ksiazka.blogspot.com

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tytuł:Róża i cis
Tytuł oryginalny:  The Rose and the Yew Tree
Autor: Agata Christie | Mary Westmacott 
Tłumacz: Maciej Grabski 
Wydawnictwo: Dolnośląskie 
Data wydania oryginału: 1948
Liczba stron:320
Format: 195x125mm 
Gatunek: Obyczajowa

*str.96 
** str. 133-134
*** str. 156 

wtorek, 6 czerwca 2017

„Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie! - zwiastun

 
Plakat promujący film „Morderstwo w Orient Expressie” z krwistoczerwonym dymem wydobywającym się z komina parowozu


Jak podaje portal BOOKLIPS, wytwórnia 20th Century Fox udostępniła pierwszy zwiastun najnowszej ekranizacji powieści „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie! W widowisku w reżyserii Kennetha Branagha zobaczymy plejadę gwiazd kina.



 Światowa premiera filmu zapowiedziana jest na 9 listopada, natomiast polscy widzowie będą mogli obejrzeć go w kinach od 26 listopada.

czwartek, 1 czerwca 2017

Tajemnice małego miasteczka; " Morderstwo to nic trudnego"

"– Tyle morderstw! Chyba trudno popełnić bezkarnie tak wiele zbrodni, prawda?
Panna Pinkerton potrząsnęła głową.
– Ależ nie, mój drogi, tu pan się myli – oznajmiła z przekonaniem. – Bardzo łatwo jest zabić człowieka… pod warunkiem, że nikt pana o to nie podejrzewa"*.
"Morderstwo to nic trudnego" należy do tych kryminałów Agathy Christie, w których nie występuje ani Hercules Poirot, ani panna Marple. Jednak – nieco paradoksalnie – jest tu swoisty odpowiednik staruszki z St. Mary Mead. To Lavinia Pinkerton, którą główny bohater – powracający do Anglii policjant Luke Fitzwilliam – spotyka w pociągu. Starsza pani, bardzo zaniepokojona, jedzie do Scotland Yardu, aby zgłosić, że w miasteczku Wychwood-under-Ashe, w którym mieszka, doszło do serii morderstw. Najprawdopodobniej niedługo zostanie popełnione kolejne – ofiarą ma być miejscowy lekarz.

Panna Pinkerton, tak jak panna Marple, wydaje się niepozorną, dobrotliwą staruszką, której nie można traktować poważnie. Fitzwilliamowi trudno więc uwierzyć w jej rewelacje. Zmienia zdanie, gdy okazuje się, że starsza pani nie dotarła do Scotland Yardu – zginęła, potrącona przez samochód. Niebawem zmarł też doktor Humbleby. Luke Fitzwilliam postanawia wyjaśnić tę sprawę. Udaje się do Wychwood-under-Ash pod pretekstem napisania książki o folklorze i pogańskich obrzędach, i rozpoczyna śledztwo. Okazuje się, że w miasteczku rzeczywiście doszło ostatnio do serii zgonów – jednak nie były one podejrzane. Lydia Horton odeszła po ciężkiej chorobie, alkoholik Harry Carter utonął w rzece po pijanemu, Tommy Pierce, miejscowy łobuziak, wypadł z okna, przeziębiona Amy Gibbs, młoda pokojówka, pomyliła buteleczki i zamiast syropu napiła się farby do kapeluszy. Nawet doktor Humbleby zmarł z powodu zakażenia. Gdzie tu zbrodnia? A może śmierć którejś z tych osób nie była wynikiem nieszczęśliwego wypadku?

Christie po raz kolejny świetnie udało się odmalować małomiasteczkową społeczność. Tło obyczajowe jest bardzo bogate i to ono – oprócz warstwy kryminalnej – stanowi główną siłę tej książki. Znalazło się tu wielu ciekawych bohaterów – jak krezus lord Whitfield, syn właściciela sklepu obuwniczego, megaloman, który uwielbia opowiadać o tym, jak wyrwał się z nizin społecznych i doszedł do ogromnych pieniędzy, czy jego narzeczona, a była sekretarka, dla której to małżeństwo jest furtką do awansu społecznego i życia w dobrobycie. Na drugim planie także są interesujące postaci: Honoria Waynflete, inteligentna, poniekąd wyemancypowana starsza kobieta, pan Ellsworthy, ekscentryk prowadzący sklep z antykami czy Jessie Humbleby, pogrążona w żałobie wdowa po doktorze. To zamknięty krąg przyzwoitych, sympatycznych ludzi, skrywających jednak niewygodne tajemnice, dramaty. Napięcie wzrasta, wszystko prowadzi do zakończenia, które kojarzy się raczej ze współczesnymi thrillerami niż angielską powieścią detektywistyczną.

Paradoksalnie, najsłabszym elementem jest tu detektyw – i właśnie on pogrąża ten skądinąd dobry kryminał. Luke Fitzwilliam nie ma w sobie nic charakterystycznego, jest mdły i nieciekawy. Niby działa, niby rozmawia z ludźmi, ale niewiele z tego wynika. Jego wnioski, gdy szuka potencjalnego szaleńca, są raczej irytujące. Właściwie nie odkrywa niczego, daje się wodzić za nos – rozwiązanie zagadki podaje mu jak na tacy jedna z mieszkanek miasteczka (mamy tu do czynienia z istnym deus ex machina, będącym ukoronowaniem słabego – choć uzasadnionego fabularnie – wątku romansowego). Inny detektyw, inspektor Battle (bohater kilku powieści, który jednak nigdy nie zdobył popularności ani ważnego miejsca w literaturze kryminalnej), pojawia się w dwóch ostatnich rozdziałach, właściwie nie wiadomo po co. Żaden z nich nie wyjaśnia wszystkiego w ostatnich rozdziałach. To sam morderca (postać świetnie nakreślona, być może jeden z najciekawszych zbrodniarzy w książkach Christie), wyjawia wszystko, rozkoszując się własną opowieścią.

Pomimo miałkiej postaci detektywa, warto sięgnąć po "Morderstwo to nic trudnego". Kryminał broni się przede wszystkim zawikłaną intrygą i zaskakującym zakończeniem – tak jest również w tym przypadku.
---
* Agatha Christie, "Morderstwo to nic trudnego", przeł. Grażyna Woyda, wyd. Prószyński i S-ka, 1998, s. 14.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.