poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Agata Christie "Pięć małych świnek"

"Pięć małych świnek” to książka z jednej strony typowa, z drugiej zaś zupełnie nietypowa dla całej twórczości  Agaty Christie. 
Jest typowa, bo opowiedziana jest historia  zabójstwa, a zabić mogła jedna z sześciu osób, które w tym samym czasie znajdowały się w tym samym domu, czy jego otoczeniu. Poprzez psychologiczną dedukcję należy wskazać, która z tych osób jest zabójcą. 
A książka jest nietypowa, bowiem Herkules Poirot przystąpił do rozwiązywania zagadki zabójstwa, które rozegrało się 16 lat wcześniej. Z reguły u Christie wydarzenia rozgrywają się na bieżąco, tzn.  toczy się akcja  i w pewnym momencie ktoś zostaje zabity. Rzadko kiedy jest inaczej. 
Nie znam całej twórczości Christie, ale z książek , w których szuka się zabójcy, który zabił wiele lat wcześniej, kojarzę tylko „Nemezis.” W każdej niemal powieści są nawiązania do przeszłości, niemal każdy ma bowiem swoje tajemnice i to w nich tkwi klucz do rozwiązania zagadki. 


W tym przypadku otruty został artysta malarz Amyas Crale. Zabić go mogła żona Karolina, gdyż miał kochankę i zamierzał odejść z kochanką. Kochanka – Elza - teoretycznie też mogła dokonać zabójstwa. Zabić mógł przyjaciel malarza – Meredith Blake, który podkochiwał się z Karolinie. Mogła też to zrobić młodsza siostra Karoliny, Angela , niemal dziecko w tamtym czasie. Na miejscu była też guwernantka, Cecylia, która przed nikim nie ujawniała swoich uczuć. No i zabójcą mógł też być Filip Meredith, również przyjaciel malarza, prawdopodobnie chciał on być kimś więcej niż tylko przyjacielem . Bezpośrednio po zabójstwie przeprowadzone zostało śledztwo i rozprawa sądowa, za dokonanie zabójstwa skazano żonę, Karolinę, która po wyroku szybko zmarła. Po 16 latach jej córka poprosiła Herkulesa Poirota , aby przyjrzał się tej sprawie, ona bowiem już jako dorosła nie wierzyła w winę matki, ale jednocześnie chciała poznać prawdę, nawet najgorszą . Herkules się zgodził. Spotkał się z osobami, które zaangażowane były w proces, a także z tymi, które spędziły ostatni dzień życia malarza wraz z nim. Te osoby które mogły być potencjalnymi zabójcami poprosił też, aby opisały na piśmie tamten dzień.

W twórczości Christie najciekawsza dla mnie jest psychologia. W tym przypadku podczas opisów spotkań Herkulesa z „pięcioma świnkami”, czyli pięcioma potencjalnymi zabójcami, a także podczas czytania pisemnych relacji tych osób, widać doskonale, jak bardzo ludzie są subiektywni. Każdy co innego zapamiętał z tamtego dnia. Co charakterystyczne, każdy inne osoby opisuje zupełnie inaczej, tak jakby była mowa o zupełnie kimś innym. Przykładowo gdy mowa była o Karolinie jedna osoba pogardzała nią za defetyzm i uległość wobec losu. Dla innej była ona uosobieniem romantyzmu. Ktoś inny widział w niej wielka damę. A jeszcze inny uważał, że Karolina była na wskroś zdeprawowana, sprawiała wrażenie kruchej i bezbronnej, wzbudzała w mężczyznach rycerskie uczucia. A w rzeczywistości była zimna, wyrachowana, na chłodno mogła zaplanować zabójstwo. Do tego celowo przyjęła na siebie pozę męczennicy, a pożycie małżeńskie z nią była dla męża istnym piekłem. Temu ostatniemu obserwatorowi kojarzyła się ona z Maria Stuart, która na zimno zaplanowała zabójstwo Darnleya. I jak się okazuje, dopiero po wysłuchaniu tych wszystkich relacji i po dodaniu własnych spostrzeżeń, Herkules mógł znaleźć rozwiązanie zagadki. Analogicznie, zupełnie odmiennie postrzegane są przez każdego inne osoby. Elza – kochanka – dla jednych jest cytując wprost dziwką, dla kogoś innego jest uosobieniem Julii z dramatu Szekspira.

Okoliczność, iż Poirot badał życie pięciu osób sprzed 16 laty oraz współczesne ich losy stały się dla niego asumptem do refleksji nad charakterem i przemijaniem czasu. Doszedł do wniosku, że „Spośród pięciu osób, z którymi się zetknął w związku z powierzoną mu sprawą , najwięcej szczęścia i powodzenia w życiu osiągnęli wcale nie ci, którzy przy starcie posiadali najwięcej szans”. Ta teza wydaje mi się szczególnie trafna, przypominają mi się chociażby różne rozpieszczane dzieci, które mają wszystko, gdy dorastają, bez pomocy rodziców nie są w stanie do niczego dojść. Odwrotnie jest z osobami, które muszą zmagać się z licznymi przeciwnościami losu.

Są też i refleksje na temat charakterów ludzkich. W ostatnio czytanej przez mnie „Porze przypływu” autorstwa właśnie Christie były tam wzmianki na temat tego, czy ludzie się zmieniają pod wpływem różnych okoliczności. Według pisarki nie zmieniają się wcale. Tutaj w czasie rozmowy z Angelą, siostrą Karoliny, rozważany był przypadek, czy Ames nie mógł po prostu popełnić samobójstwa. Wszyscy co go znali, mówili, że jest to absolutnie niemożliwe. Rozmówcy zastanawiali się, czy rzeczywiście jest to niemożliwe. I autorka stwierdza „Większość ludzi robi rzeczy nieprawdopodobne – to znaczy rzeczy, które pozornie nie leżą w ich charakterze. Ale zakładamy, że gdyby się ich znało bardzo dobrze, okazałoby się, że w gruncie rzeczy są one zgodne z ich charakterem”. To też jest genialne stwierdzenie. Często rzeczywiście uważa się, że ktoś zrobił coś tak nieprawdopodobnego, że nikt się tego po nim nie spodziewał. Tymczasem po głębszym zastanowieniu nad charakterem tej osoby to zachowanie przestaje wydawać się już takie dziwne.
 
W „Pięciu małych świnkach” występuje też dodatkowy element, szalenie ciekawy. Widać wyraźnie, że Christie fascynowała się malarstwem. Nie miała ona formalnie wielkiego wykształcenia, ale po lekturze jej książek widać jasno, że nie była w stanie funkcjonować bez kontaktu z dobrami kultury, jak literatura, teatr czy sztuka. Czytelnik w tym tomie nie tylko może zastanawiać się nad tym, kto zabił, ale też może niemal podziwiać obrazy zamordowanego. Herkulesa Poirota intrygowało bardzo, jak on malował, a szczególnie interesował go ostatni obraz. Wiedział, że malował on swoją kochankę. Detektyw domyślał się, że po zobaczeniu obrazu będzie można zorientować się, czy malarz faktycznie był w tej dziewczynie zakochany, a jeżeli tak, to co go tak zafascynowało, czy uroda, czy charakter, czy jeszcze coś innego. I udało mu się ten obraz obejrzeć. Pozornie mógł wydać się banalny, widniała na nim młoda dziewczyna, siedząca na balustradzie na tle morza. Ale Christie umie odczytywać głębszy przekaz obrazów. Artysta miał nie tylko na myśli ocalenie od zapomnienia wizerunku konkretnej dziewczyny. 

„Dziewczyna to było uosobienie życia. Wszystko co jest, co może być życiem, młodością, oślepiająco witalną. Twarz promieniała życiem. A oczy? Ile w nich życia. Namiętna, żywiołowa młodość.” „Oto, co uczyniło do ślepym i głuchym w stosunku do tego uosobienia łagodności, jakim była jego żona.” Czytając książkę warto zwrócić uwagę właśnie na to, jak młoda, głupiutka dziewczyna była w stanie uwieść malarza.

W powieści są też nawiązania do Szekspira, nawet i cytat. Właśnie taka jest Christie, z głęboką wiedzą o świecie i kulturze, a przede wszystkim o naturze ludzkiej.





wtorek, 18 kwietnia 2017

"Niedziela na wsi"

Tytuł oryginału: „The Hollow”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2015
Tłumacz: Joanna Bartosik
Ilość stron: 256
Ocena: 5/6

Hercules Poirot znowu w akcji!

Dawno nie czytałam powieści, w której słynny detektyw prowadziłby śledztwo. Postanowiłam więc to zmienić i po raz kolejny sięgnąć po powieść Agathy Christie, żeby przypomnieć sobie jego słynne metody. Chociaż tym razem miał bardzo trudne zadanie.

Rzecz jasna skoro Hercules Poirot wkracza do akcji, to musiało dojść do morderstwa. A do rzeczonego zdarzenia dochodzi w wiejskiej posiadłości The Hollow należącej do państwa Angkatellów. Ginie jeden z gości przebywających u szanownego państwa. Tylko kto mógł go zamordować? Każdy z pozostałych gości mógł mieć motyw. A może ktoś ze służby? Dowody, czy może raczej poszlaki, raz przybliżają do potencjalnego sprawcy, raz oddalają. Detektyw rzecz jasna w pewnym momencie domyślił się, kto zamordował, ale my - czytelnicy dowiadujemy się tego tradycyjnie pod koniec powieści.

Muszę przyznać, że Christie po raz kolejny wyprowadziła mnie w pole. Do końca nie miałam stuprocentowej pewności, kto jest sprawcą. Może to dlatego wciągnęłam się w czytanie i uznałam tę powieść za jedną z lepszych powieści autorstwa Christie (z tych, które dotąd czytałam).

Sam Hercules Poirot nie irytował mnie tak, jak w niektórych innych powieściach. Irytował mnie za to słynny lekarz John Christow. Czy aby na pewno taki sympatyczny? No... Mam wątpliwości. Najciekawszą bohaterką w moich oczach okazała się Henrietta, inteligentna artystka.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów. Ci którzy czytali, zapewne trochę ich pamiętają, tym którzy chcą przeczytać, nie chcę zepsuć przyjemności z rozwiązywania zagadek.

Kryminał bardzo dobry. Rzecz jasna – możemy powiedzieć, że może nieco przestarzały, że współczesne są lepsze, ale powieści Agathy Christie wciąż mają w sobie to „coś”, co nigdy się nie zestarzeje.

środa, 12 kwietnia 2017

Co się wydarzy w Stonygates? [Agatha Christie "Strzały w Stonygates"]

W "Strzałach w Stonygates" przyjaciółka panny Marple - Ruth Van Rydock - prosi pannę Marple o pomoc. Niepokoi się o swoją siostrę, Caroline Serrocold (zwaną Carrie-Louise), a jednocześnie nie potrafi sprecyzować źródeł tego niepokoju. W atmosferze Stonygates - imponującej, choć zapuszczonej posiadłości - jest coś złowieszczego. Co tam się właściwie dzieje? Panna Marple podejmuje wyzwanie i odwiedza przyjaciółkę. Atmosfera w Stonygates rzeczywiście nie jest sielankowa. Panuje tu trudne do zdefiniowania napięcie. A jednak przecież to nie zbrodnia, zaledwie zagadka. Do morderstwa dochodzi później w dramatycznych okolicznościach. Kto zastrzelił Christiana Gulbrandsena, kuratora podlegającej Lewisowi Serrocoldowi placówki resocjalizacyjnej dla trudnej młodzieży? Czy to ktoś z domowników? Służby? A może któryś z młodocianych recydywistów przebywających na terenie Stonygates? 

"W tym domu wszyscy są obłąkani"[1] 
- mówi jeden z bohaterów. Trochę to krzywdząca i niesprawiedliwa ocena. To raczej kwestia wspomnianego napięcia panującego między członkami jednej rodziny. Mnóstwo tu żalu, niechęci, zazdrości, niezasklepionych jeszcze ran. Agatha Christie po raz kolejny stworzyła szereg barwnych, przekonujących postaci. Oczywiście to postaci nakreślone dosyć grubą kreską, a jednak dość złożone. Często ich wizerunek zostaje w toku powieści przełamany, gdy do głosu dochodzą sekrety, traumy, tłumione emocje.

Być może najbarwniejszą z nich jest właśnie Carrie-Louise Serrocold. To idealistka, która - w opinii innych - nie dostrzega zła i brzydoty panujących na świecie. Jest otoczona miłością i szacunkiem - najbliżsi chcą ją chronić za wszelką cenę. Równie ciekawym bohaterem jest jej trzeci mąż, Lewis. To wizjoner, który prowadzi zakład resocjalizacyjny dla młodych, ma poczucie misji 
"Jest jednym z tych ludzi o niespożytej energii, którzy uwielbiają żyć o kromce chleba i szklance mleka, a całe swoje siły poświęcić jakiemuś »szczególnemu przypadkowi«"[2]
Wierzy, że jego podopieczni dostali złe wzorce, wyrastali w warunkach, które przyczyniły się do tego, że weszli oni na drogę przestępczą. Znajdując im zajęcia - wymagające kreatywności, zręczności, wreszcie odpowiedzialności - pan Serrocold pomaga im odnaleźć się w świecie na nowo. Co ciekawe - takie podejście wzbudza dużo zastrzeżeń, a nawet swego rodzaju pogardę. Agatha Christie z właściwą sobie niepozbawioną humoru ironią przedstawia przemyślenia społeczeństwa na kwestię resocjalizacji. Oddam głos Ruth Van Rydock:
"Filantropia również podlega różnym modom. W czasach Gulbrandsena konikiem wszystkich była edukacja. Teraz te sprawy przejęło państwo i możliwość kształcenia należy się każdemu, więc nikogo to tak naprawdę nie interesuje. Ostatnim krzykiem mody jest resocjalizacja nieletnich przestępców. Tych młodych rzezimieszków mamy teraz tak wielu, że wszyscy powariowali na ich punkcie"[3].
W Stonygates mieszka także Mildred Strete, wdowa po kanoniku, jedyne dziecko Carrie-Louise. Ta dojrzała kobieta nosi w sobie ogromną traumę zaniedbywanego, mniej kochanego dziecka (Christie kreśli przejmujący portret psychologiczny takiej osoby). Posiadłość odwiedza również Gina Hudd (przybrana wnuczka Carrie-Louise), której małżeństwo z Walterem, pospiesznie zawarte w czasach wojny, przeżywa kryzys. Z pozoru Gina jest femme-fatale, rozkochującą w sobie kolejnych mężczyzn. Tak naprawdę za jej postępowaniem kryje się gorzka filozofia: 
"Kobietom żyje się na tym świecie o wiele trudniej niż mężczyznom. Łatwiej je zranić. Potem mają dzieci i stają się tak bardzo zależne. A gdy stracą już swoją urodę, mężczyźni, którzy je przedtem kochali, przestają kochać. Kobiety są oszukiwane, odsuwane na dalszy plan. Nie oskarżam mężczyzn; pewnie byłabym taka sama. (…) Mówisz, że jestem okrutna. To świat jest okrutny. Prędzej czy później będzie on okrutny także i dla mnie. Ale na razie jestem młoda, ładna i pociągająca. (…) Cieszę się tym"[4]. 
Warto wspomnieć także o Edgarze Lawsonie, który stara się wmówić wszystkim, że jest synem jakiejś znanej osobistości (na przykład Winstona Churchilla).

"Strzały w Stonygates" to bardzo dobry kryminał, jak na Agathę Christie przystało. Intryga jest zawikłana, ale rozwiązanie okazuje się proste (a jednocześnie trudno na nie wpaść i poukładać wszystkie elementy w sensowną całość). Kryminalną słabością tej książki jest może pewien naddatek fabularny (wciśnięte na siłę i dosyć nieprzekonujące kolejne morderstwo). Ta powieść to także obraz tego, jak po wojnie zmieniła się Anglia. Wielkie wiktoriańskie rezydencje podupadają, trudno o dobrą służbę, dziewczęta wybierają inną drogę życiową, niż ich matki czy ciotki. A jednak pewne sprawy się nie zmieniają - na przykład niechęć do cudzoziemców. Rodzina ma cichą nadzieję, że za zbrodnię jest odpowiedzialny Walter Hudd, Amerykanin (a zatem obcy). Mildred Strete powie: 
"Któż inny mógł to zrobić, jak nie ten okropny Amerykanin, mąż naszej Giny? Jest tu jedynym obcym i nie wiemy o nim absolutnie nic. Prawdopodobnie jest jednym z tych okropnych amerykańskich gangsterów."[5]
Ta bohaterka wypowie też znaczącą uwagę (choć motywowaną też osobistą niechęcią): 
"Włoszce nie należy wierzyć, w dodatku jeszcze katoliczce"[6].
Warto zobaczyć, co wydarzyło się w Stonygates. To jedno z najciekawszych śledztw panny Marple. I przejmująca, w gruncie rzeczy smutna, historia.

[1] Agatha Christie "Strzały w Stonygates", przeł. Beata Długajczyk, Prószyński i S-ka 1999, s. 77.
[2] Tamże, s. 14.
[3] Tamże, s. 13-14.
[4] Tamże, s. 168.
[5] Tamże, s. 137.
[6] Tamże, s. 139. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Siostrzane uczucia czyli "Brzemię" - Mary Westmacott

Tegoroczną edycję akcji „Rendez-vous z Agathą Christie” [Akcja w BiblioNETce LINK] rozpoczęłam od pozycji najmniej chyba reprezentatywnej dla twórczości tej pisarki, bo nie dość, że niebędącej kryminałem, to jeszcze odstającej trochę od jej podobnych utworów. Wpadła mi w ręce, a raczej… została tam złożona przez innego członka fanklubu lady Agathy, poszłam więc na łatwiznę i zamiast się rozglądać za którąś z powieści z Poirotem lub panną Marple, wzięłam, co było na podorędziu, nie odczuwając zresztą z tego powodu specjalnego dyskomfortu, jako że moje doświadczenia z niekryminalnymi powieściami autorki były dotąd zupełnie pozytywne.

„Brzemię” opowiada historię dwóch sióstr, z których starsza, Laura, przeżywa w dzieciństwie zbyt wielu rzeczy, jakich dziecko przeżywać nie powinno. Nie, to nie to, o czym pomyśleliby odruchowo ci, co czytali zbyt dużo współczesnej literatury psychologiczno-obyczajowej; dziewczynka nie jest molestowana ani maltretowana – po prostu trafia w niekorzystną dla siebie konstelację wypadków i ludzkich uczuć. Pierwszą dekadę życia spędza w cieniu starszego brata; on to pierworodny syn, urodziwy, błyskotliwy, rezolutny, otwarty w kontaktach z ludźmi; ona jest szarą myszką pozbawioną wszystkich dziecięcych wad – ani niejadek, ani mała złośnica, ani beksa, ani wiercipięta – ale też ani specjalnie ładną, ani nieprzeciętnie ujmującą, inteligentną co prawda, lecz nieumiejącą się tą inteligencją popisać: ot, takie dziecko, którego nikt nie zauważy, jeśli się ciężko nie rozchoruje. Mimo wątłej konstytucji to nie ona jednak zapada na poważną chorobę zakaźną, lecz Charles, oczko w głowie i nadzieja obojga rodziców. I to Charlesa, nie ją, zabiera śmierć, co Arthur i Angela uważają za tragiczną pomyłkę losu; jeśli nawet wstydzą się otwarcie przyznać, że raczej Laurę niż jego woleliby ujrzeć w trumnie, okazują to dostatecznie wyraźnie, by nie umknęło uwagi córki. Ale przecież żałoba w końcu przeminie, a Laura zostanie, i może wtedy doczeka się tego, co powinna była od rodziców otrzymać wcześniej: odrobiny zainteresowania i czułości? Niestety. Rodzi się nowe dziecko. Nie chłopiec co prawda, lecz takie ładne i takie bezradne, a Laura przecież jest już duża, więc nikt się o nią troszczyć nie musi… Stary przyjaciel rodziny próbuje Franklinom unaocznić problem córki, ale i on nic na to nie poradzi, że w sercu dziewczynki lęgną się zgoła niepozytywne uczucia. Potem jednak wydarza się coś, co sprawia, iż Laura przewartościowuje swój stosunek do siostry o sto osiemdziesiąt stopni. Wkrótce zastąpi jej matkę i ojca, najchętniej zastąpiłaby także męża, gdyby to tylko było możliwe. A co będzie, gdy Shirley zechce pójść własną drogą?...

Wierny fan twórczości Lady Agathy zauważy tu z pewnością niejakie podobieństwo do sytuacji opisanej w „Córka jest córką”; ta głęboka więź między dwiema najbliższymi sobie kobietami (tam – matką i córką, tu – starszą i młodszą siostrą) – tak głęboka, że przeradzająca się w żywiołową zazdrość i/lub sublimująca w patologiczną wręcz nadopiekuńczość – to zjawisko dobrze znane psychologom, a także zwykłym ludziom, którzy potrafią wnikliwie innych obserwować (i do których bez wątpienia autorka należała). Jak Sara usilnie próbuje sprawić, by Anna nie poślubiła Richarda, a Anna gotowa na głowie stanąć, żeby tylko Sara nie wyszła za Gerry’ego – tak Laura dokłada wszelkich starań, by zapobiec małżeństwu Shirley i Henry’ego lub przynajmniej jak najbardziej je opóźnić. I nie bez racji; ale posądzenie o celowe rzucanie zakochanej parze kłód pod nogi – czy raczej o samą motywację do takiego postępowania, jaką wedle Henry’ego jest zazdrość i obawa przed uniezależnieniem się siostry – tak boli, że w końcu wbrew sobie Laura pozwoli temu prawie jeszcze dziecku, które sama wychowała, pójść za głosem serca. Bo co by dał jej upór? To, że Shirley miałaby nieustający żal do siostry i wierzyłaby niezachwianie, iż ta z niskich pobudek udaremniła jej zaznanie małżeńskiego szczęścia! Finał tej historii, ukazujący, kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) zyskał, a kto stracił, rozegra się dopiero po kilkunastu latach. Znów analogia do „Córka jest córką”. Wydawałoby się więc, że "Brzemię" udało się autorce równie dobrze.

I tu zaskoczenie: niestety, nie. O ile część pierwsza, ukazująca uczucia i dylematy Laury z jej punktu widzenia, i część druga, w której od czasu do czasu narrator przenosi swoją uwagę na Shirley, dotrzymują kroku pozostałym powieściom psychologicznym Westmacott, o tyle część trzecia wydaje się z zupełnie innej bajki. Oto niczym diabeł z pudełka wyskakuje na scenę zupełnie obca postać: Llewellyn Knox, nawiedzony kaznodzieja i, jak by dziś powiedziano, celebryta, któremu nawracanie ludu w świetle reflektorów i fleszy tak nadwerężyło organizm, że musi biedak szukać ratunku na tropikalnej wyspie. Dotarłszy tam, poczyna zanudzać przypadkowo poznanych ludzi przydługimi perorami natury etyczno-metafizycznej. „Co jest, u licha” – mówimy początkowo – „a ten cóż tu robi?”. Niemniej jednak, jeśli uważnie przeczytaliśmy część drugą, dość rychło domyślimy się, z kim los zetknął nieszczęsnego teologa, choć po co go w ogóle tenże los pchał do akcji, zostanie ujawnione dopiero w finale. A wtedy z niedowierzaniem przetrzemy oczy: nie dość, że problemy jednej z sióstr zostają wytłumaczone w sposób niekoniecznie przekonujący (przynajmniej w świetle tego, co wcześniej o niej wiedzieliśmy), to jeszcze drugiej autorka funduje taką „receptę na szczęście”, że nawet Danielle Steel by się zastanowiła, zanimby podobny pomysł przelała na papier.

To potknięcie konstrukcyjne razi na tyle, że na nic język i styl, na nic wrażenie, jakie pozostało po doskonałych scenkach rodzajowych i świetnych analizach psychologicznych z części pierwszej i drugiej: z bólem serca ocenę obniżamy co najmniej o jedno oczko. Jeśli już dość dobrze znamy twórczość lady Agathy, jakoś się z tym dysonansem pogodzimy – w końcu każdemu pisarzowi może się trafić niewypał – ale gdybyśmy od "Brzemienia" zaczęli, zapał do poznawania innych jej utworów mógłby być nierównie mniejszy. 

Recenzja pochodzi z portalu Biblionetka. Autorką recenzji jest Dot59.

sobota, 1 kwietnia 2017

Lepiej nie budzić morderstwa… - Uśpione morderstwo, Agatha Christie


"Gwenda poczuła dreszczyk emocji – zupełnie jakby rozpoznała miejsce, którego szukała. To jej dom! Była tego zupełnie pewna. Mogłaby naszkicować ogród, wysokie okna – och, tak, dom był właśnie taki, jakiego pragnęła"[1].

Gwenda Halliday Reed, młoda mężatka, wraca do Anglii z Nowej Zelandii. Ma zamiar poszukać domu, w którym ona i jej mąż Giles mogliby zamieszkać. Posiadłość Hillside wydaje się idealna. A jednak po przeprowadzce następują zdumiewające zbiegi okoliczności. Okazuje się, że praktyczne drzwi, które Gwenda chciałaby wstawić między salonem a jadalnią, istotnie kiedyś już znajdowały się w tym miejscu, a wymarzona kwiatowa tapeta widniała już na ścianach. Bohaterka odczuwa coraz silniejszy niepokój. Zaczyna podejrzewać u siebie zaburzenia psychiczne. Podczas wizyty w teatrze, słysząc pewną dramatyczną kwestię, zaczyna krzyczeć, przerażona zdumiewającą wizją. Czy to możliwe, aby jako dziecko widziała mordowaną młodą kobietę i – jak byśmy dziś powiedzieli – zepchnęła to wydarzenie do podświadomości? Jakie wspomnienie i jaką historię obudziły słowa sztuki teatralnej? Kim była piękna Helen?

Pomocy udziela bohaterce panna Marple. Szybko okazuje się, że zbiegi okoliczności mają swoje uzasadnienie. Gwenda jako dziecko mieszkała w Hillside. Dopiero później ojciec wysłał ją do Nowej Zelandii. Z pomocą Gilesa i panny Marple kobieta odtwarza swoją przeszłość. Jednak nie wszystko się wyjaśnia, wręcz przeciwnie – sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i mroczna. Czy osiemnaście lat temu rzeczywiście doszło do morderstwa? A może Helen żyje? Panna Marple sugeruje Reedom, aby dla własnego dobra zostawili to "uśpione morderstwo". Nie słuchają jej – naiwnie traktują swoje dochodzenie jak ekscytującą przygodę. Ich dociekliwość sprawia, iż budzą się dawne demony. Wkrótce morderca uderzy raz jeszcze, a młodzi małżonkowie zrozumieją, że to nie jest przyjemna zabawa w detektywa i grozi im prawdziwe niebezpieczeństwo. Do śledztwa włącza się panna Marple. Posuwając się do umiejętnych manipulacji, o które doprawdy trudno podejrzewać taką miłą, nieszkodliwą starszą panią, poznaje lokalne plotki ("Starsze panie mają prawo być wścibskie. A w ten sposób można zebrać sporo informacji"[2]). Jest przenikliwa, nie ufa ludziom – i ostatecznie dzięki temu zbliża się do zdemaskowania mordercy.

kadr z filmu

"Uśpione morderstwo" to zdumiewające dzieło w dorobku Agathy Christie. Zaczyna się jak duszny thriller psychologiczny i nawet kiedy w końcu płynnie przechodzi w rasowy kryminał, nadal jest tu mnóstwo napięcia rodem z klasycznego dreszczowca. Giles i Gwenda stopniowo odsłaniają historię zdumiewająco mroczną, wzbudzającą silny niepokój (tego typu powieści Christie zacznie tworzyć dopiero pod koniec swej pisarskiej kariery). Historię młodej kochliwej dziewczyny, istnej femme fatale, która szukała szczęścia u boku kolejnych mężczyzn, a jednak żyła w ciągłym strachu. Dlaczego? 

kadr z filmu

Fascynująca, utrzymana w mrocznym klimacie fabuła to tylko jeden z wielu atutów "Uśpionego morderstwa". Akcja ma właściwe, niespieszne tempo. Narracja jest płynna, pojawiają się przebłyski cierpkiego angielskiego humoru (kapitalne scenki rodzajowe). Powieść zaludniają świetnie sportretowane postaci. Bardzo przekonująco wypadają nie tylko Reedowie, ale także zamknięty w sobie doktor James Kennedy, prawnik Walter Fane ("Naprawdę bardzo miły, tylko należy do tego gatunku ludzi, którzy nigdy nie zauważasz. Wiesz, takich co to przychodzą na przyjęcie, ale nigdy nie spostrzegasz, kiedy z niego wyszli. (…) Taki miły bezpieczny mężczyzna, którego można by bez obawy poślubić, gdyby nie fakt, że nie ma się na to najmniejszej ochoty"[3]), jego apodyktyczna matka, która najchętniej słucha własnych opowieści, atrakcyjny, ale przeżywający małżeński dramat u boku zazdrosnej żony Richard Erskine czy wreszcie Lily Abbott Kimble, dawna pokojówka, ciekawska, ekscytująca się sprawami kryminalnymi. Sama intryga może nie należy do najbardziej skomplikowanych, jakie udało się autorce wymyślić, ale jest spójna i – okazuje się w gruncie rzeczy prosta (choć nie oznacza to, że łatwo ułożyć wszystkie puzzle). 

kadr z filmu
John Curran w swoich analizach nazwał "Uśpione morderstwo" poprawną powieścią detektywistyczną i umieścił wśród mniej udanych utworów Agathy Christie. Trudno mi się z tym zgodzić (a stwierdzenie, że "jest właściwie książką dość bezbarwną"[4] uważam za zwyczajnie krzywdzące). Ten utwór pokazuje zupełnie inne możliwości pisarki w obrębie literatury kryminalnej. Bardzo dobry kryminał łączy się tu z niepokojącym thrillerem, opisana historia jest przerażająca, a przy tym przejmująco smutna. Nic dziwnego, że Agatha Christie w schyłkowej fazie twórczości zaczerpnęła wiele motywów właśnie z tej – bardzo udanej – powieści. Wiele z użytych w niej rozwiązań i pomysłów pojawi się w "Domu nad Kanałem" (gdzie znajdujemy fragment niemal dosłownie z niej wzięty), "Zbrodni na festynie", "Wigilii Wszystkich Świętych", "Słonie mają dobrą pamięć" czy "Nemezis".

Wielbiciele dobrych kryminałów na pewno nie będą zawiedzeni. "Uśpione morderstwo" to kolejny błyskotliwy sukces panny Marple i – w moim odczuciu – jedna z najciekawszych i najlepiej dopracowanych powieści z jej udziałem.

---
[1] Agatha Christie, "Uśpione morderstwo", przeł. Anna Minczewska-Przeczek, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 8.
[2] Tamże, s. 102.
[3] Tamże, s. 114.
[4] John Curran, "Sekretne zapiski Agathy Christie", przeł. Beata Długajczyk, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010, s. 245.

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, a jej autorem jest Misiak297.