środa, 16 sierpnia 2017

Na tropie Agathy - z prywatnego albumu zdjęć cz. 1

Agatha jako pielęgniarka podczas wojny.

Agatha Christie bardzo ceniła swoją prywatność. Nawet w Autobiografii nie uchyliła rąbka tajemnicy i nie zdradziła żadnych sekretów, choćby tego, co ją pchnęło, do schowania się na jedenaście dni przed światem. 
W latach '20 i '30 XX wieku była odważną kobietą, która uprawiała sport i podróżowała po świecie. 

Pracowała na Froncie Domowym podczas I Wojny Światowej, z oddziałem pomocy dobrowolnej w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Torquay. Zdobyła wiedzę o truciznach, wiedzę, która sprzyjała jej planom. Na zdjęciu, z żołnierzami w 1914 roku, w górnym rzędzie, trzecia od lewej.

Jako młoda dziewczyna Agatha grała na mandolinie
Młoda Agatha gra na mandolinie, w wieku 8 lat w 1898 roku. "Dziś jestem tą samą osobą, jak ta uroczysta dziewczynka z jasnobrązowymi lokami" - napisała później. "Zrobiłam sobie własny świat i własne koleżanki. Nigdy nie doznałam nudy ", niczego do zrobienia"

Agatha, na zdjęciu, w klasie tanecznej w Torquay w 1904 roku.

Agatha jako Paryżanka
W Paryżu w 1906 roku. 
"Moja pierwsza miłość to muzyka - chciałam być pianistką. Studiowałam fortepian i śpiewałam w Paryżu. Byłam bardzo rozczarowana, gdy dowiedziałam się, że nigdy nie będę wystarczająco dobra, aby być profesjonalistką, ale dobrze jest mieć marzenie i cieszyć się ".

Informacje i zdjęcia pochodzą z Daily Mail. 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Londyńskie mieszkanie Agathy

Odnowiony alon

Londyńskie mieszkanie Agathy Christie, w którym żyła przez prawie 30 lat z drugim mężem sir Maxem Mallowanem, mieściło się w budynku o nazwie Swan Court, w dzielnicy Chelsea i było często wspominane w pisanych przez nią kryminałach, takich jak choćby "Trzecia lokatorka". Mieszkanie znajduje się w zbudowanym w stylu Art Deco, w 1931 roku, budynku, położonym niedaleko Tamizy oraz King;s Road. 

Swan Court
Mieszkanie ma 55 metrów powierzchni i składa się z salonu, sypialni, kuchni i łazienki. Rok temu zostało odnowione i wystawione na sprzedaż za 1 milion funtów. 

Sypialnia

Agatha często odwiedzała restaurację Betty’s, znajdującą się na parterze budynku. Spotykała się w niej na lunchu ze swoją sąsiadką, aktorką Sybil Thornbike.
Christie, która posiadała także wakacyjny dom w Devon, Greenway House, o którym pisałam 22 lipca br TUTAJ. W Swan Court mieszkała wraz ze swoim drugim mężem, a w latach 1948, aż do jej śmierci w 1976 roku, sama. 

Budynek Florin Court, serialowy Whitehaven Mansions, w którym mieszkał Poirot
Niedaleko Swan Court znajduje się budynek Florin Court, który w serialu z Davidem Suchetem w roli Herkulesa Poirot grał Whitehaven Mansions. O tym budynku pisałam rok wcześniej we wpisie: Ciekawostki - Whitehaven Mansions TUTAJ. 


Du Cane Court w Balham

Zbudowany w 1937 roku budynek Du Cane Court w Balham, w niedalekim sąsiedztwie Swan Court, był filmowany w "tajemnicy Błękitnego Ekspressu". 


Du Cane Court w Balham
Du Cane Court w Balham podczas działań wojennych został oszczędzony, prawdopodobnie dlatego, że planowano go na siedzibę dla niemieckich oficerów, w razie udanej inwazji. 

Informacje oraz zdjęcia pochodzą z Daily Mail z 9.08.2016 roku. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Listy od fanów do Agathy


List napisany w 1963 roku przez kobietę, która spędziła ponad dekadę w rumuńskim więzieniu,bez dostępu do książek. Powiedziała autorce bestsellerów: „W ciągu 12 lat spędzonych w więzieniu nigdy nie widziałem drukowanej strony."

Jak podała gazeta Daily Mail z lutego 2015 roku, opublikowano spory zbiór listów, jakie pisali do Agathy Christie miłośnicy jej twórczości. Te wzruszające wiadomości pochodzą z lat '50 i '60 XX wieku. Nadawcy chwalą książki autorki piszą, że przynoszą one ulgę w trudnych czasach. . 



List pani Ireny Małcużyńskiej do Agathy Christie

Wśród opublikowanych, z okazji 125 rocznicy urodzin pisarki, listów, jest wiadomość od autora P.G. Wodehouse'a, a także notatka od Polki (Ireny Małcużyńskiej) z Londynu, która opowiedziała, jak jedna z powieści Christie pomogła jej przetrwać wojnę w niemieckim obozie pracy. 





Wśród korespondencji jest również, pochodzący z 1958 roku, odręcznie napisany list od 14 letniego chłopca, który założył w swojej szkole Klub Książki, żeby zbierać fundusze na zakup książek Christie. Młody chłopiec z Bristol u powiedział, że będzie „naprawdę dumny”z otrzymania odpowiedzi od Christie i powiedział, że pokaże go swoim dzieciom w nadchodzących latach. Christie odpisała.



Wnuk Agathy Christie, Mathew Prichard, postanowił z okazji 125 - lecia urodzin babci opublikować listy. 

Informacje i zdjęcia pochodzą z artykułu opublikowanego w Daily Mail 22.02.2015 roku.


piątek, 28 lipca 2017

Świadek oskarżenia - Królowa Kryminałów i duchy


Wydany po raz pierwszy w 1933 roku zbiorek opowiadań Agathy Christie "Świadek oskarżenia" to książka w jej dorobku szczególna. 

Opowiadanie tytułowe (zbliżone w punkcie wyjścia do powojennej powieści Christie – "Pani McGinty nie żyje") jeszcze tego nie zapowiada. Błyskotliwa Królowa Kryminału bawi się z czytelnikiem i zaskakuje go na ostatnich stronach nieoczekiwanym rozwiązaniem. Głównym bohaterem jest tu pan Mayherne, wzięty prawnik, który broni swego klienta. Leonard Vole uparcie powtarza, że to nie on dokonał brutalnego morderstwa na dobrotliwej, bogatej staruszce, pannie Emily French, fakty sprzysięgły się przeciwko niemu, a on sam czuje się jak w sieci, z której nie może się wydostać. Sytuacja się pogarsza. Okazuje się, że austriacka konkubina Vole'a, Romaine Heigler jest gotowa złożyć obciążające go zeznania. Zdaje się, że nie prawda liczy się dla tej kobiety, a własny interes. 

Rozpoczynamy wędrówkę przez zbiorek. I okazuje się, że pozostałe utwory znacznie odstają od pierwszego. Bliżej im do horrorów niż do klasycznych kryminałów (choć często przekonujemy się, że coś, co wydawało się horrorem – jest w gruncie rzeczy thrillerem, a za tym, co niewyjaśnione stoi ludzka ingerencja i nierzadko niecne zamiary). 

Większość opowiadań jest naprawdę zaskakująca. W "Ogarze śmierci" uznana za obłąkaną zakonnica widzi inne światy, lawirując między przeszłością a przyszłością. W "Czerwonym sygnale" duch pewnego Japończyka ostrzega zgromadzonych mężczyzn przed powrotem do domu – ale który z nich zginie? W "Tym czwartym" podczas podróży pociągiem prawnik, kanonik i lekarz (a zatem przedstawiciele prawa, Kościoła i medycyny) omawiają osobliwy przypadek "rozszczepienia duszy". Czwarty pasażer w przedziale opowiada trzem pozostałym mrożącą krew w żyłach historię o wielkiej mocy zrodzonej z równie wielkiej nienawiści. W "Lampie" pewna rodzina wprowadza się do nawiedzonego domu – a w nocy rozlega się płacz dziecka, które umarło w tym miejscu z głodu. Główna bohaterka "Radia", staruszka Mary Harter przygotowuje się na śmierć, którą zapowiedział jej nieżyjący mąż. "W tajemnicy błękitnej wazy" Jack Hartington regularnie słyszy przerażający krzyk kobiety: "Morderstwo! Ratunku! Morderstwo!"*, jednak do nikogo innego nie dociera to wołanie o pomoc. Artur Carmichael z innego opowiadania z dnia na dzień zapada na chorobę psychiczną – nie ma z nim kontaktu. Narrator tego opowiadania dostrzega szarego kota, który niedawno umarł. W innym tekście Simone, pełna złych przeczuć, przygotowuje się do ostatniego seansu spirytystycznego. Później ma zacząć nowe życie u boku ukochanego mężczyzny. W "S.O.S.", wieńczącym zbiór, Mortimer Cleveland po awarii samochodu trafia do stojącego na uboczu domu Dinsmeadów. Gospodarze są bardzo serdeczni, ale Cleveland nie może oprzeć się wrażeniu, że nie wszystko jest w porządku. Ogarnia go niepokój. Jaką tajemnicę skrywa ta rodzina?



Te jedenaście opowiadań zaskakuje – nie tak jak kryminały, ale nie można odmówić autorce pewnej pomysłowości. Są tu więc seanse spirytystyczne (bardzo modne przed wojną – również w powieściach Christie z tamtego okresu ta moda znalazła swe odbicie. To ważny czynnik w "Tajemnicy Sittaford" czy "Niemym świadku"), osoby obdarzone zdolnościami mediumicznymi, nawiedzone domy, groźne zwierzęta, męczące sny, płacz dzieci rozlegający się w pustych korytarzach, choroby psychiczne, osobowości wielorakie, reinkarnacje, jasnowidzenie, telekineza, duchy, alternatywne rzeczywistości. Nie brakuje zagadek, zbrodni. 

Oczywiście, dziś mało które opowiadanie wzbudzi w nas – ludziach z XXI wieku – strach. Niektóre mogą razić pewną naiwnością rozwiązań, inne pewnie wydadzą się cokolwiek przekombinowane. Jednak warto pamiętać, że na tych motywach, z których skorzystała Christie, opierają się w dużej mierze i dzisiejsze horrory. Trzeba przyznać, iż mają one swój urok w takim dawniejszym anturażu. 

Ta książka bywa lekceważona przez czytelników. Po pierwsze, zawiera opowiadania; po drugie – są one zupełnie nietypowe w dorobku Agathy Christie. Ale jeśli nie nastawimy się na kolejną kryminalną ucztę, lektura tego zbiorku może się okazać całkiem przyjemną rozrywką. Myślę także, że próbowanie sił pisarskich w różnych gatunkach przynosi autorce chwałę - nawet jeśli do historii przeszła przede wszystkim jako Królowa Kryminałów. Nietuzinkowy "Świadek oskarżenia" to w jej bogatej twórczości zaledwie ciekawostka – ale warto poznać taką Christie: w zupełnie innym literackim wcieleniu. 

--- 
* Agatha Christie, "Świadek oskarżenia", przeł. Grażyna Wojda, Dorota Malinowska, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 142.

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, autorem jest Misiak297.

sobota, 22 lipca 2017

Greenway House - w gościnie u Agathy Christie

Greenway House - letni dom Agathy Christie [fot. Jason Ballard]

 Trwa lato, zatem zapraszamy Was do letniego domu Agathy Christie. Na początek fragment "Autobiografii":

"Tego lata gościliśmy Guilforda w Torquay. Pewnego dnia zauważyłam, że wystawiono na sprzedaż dom, który zapamiętałam z dawnych lat - Greenway House nad rzeką Dart: zdaniem mojej matki, moim zresztą też, najpiękniejsza posiadłość w tej okolicy.
- Chodźcie, obejrzymy - zaproponowałam. - Strasznie dawno tam nie byłam. Ostatni raz
z matką, w dzieciństwie.
Wybraliśmy się zatem na inspekcję. Dom wyglądał równie urokliwie jak dawniej. Biały, w stylu georgiańskim, zbudowany około roku tysiąc siedemset osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego, otoczony lasem sięgającym rzeki poniżej, gęstwą cudownych drzew i krzewów - idealny, wymarzony dom. Dla porządku zapytałam o cenę, choć bez szczególnej ciekawości. Zdawało mi się, że się przesłyszałam.
- Szesnaście tysięcy, tak?
- Sześć tysięcy.
- Sześć? - Nie wierzyłam własnym uszom. W drodze powrotnej rozmawialiśmy tylko o
tym."




A oto jak wygląda obecnie Greenway House, a także, jak wyglądał dawniej:



W Greenway House miały miejsce ważne wydarzenia. Kolejny fragment "Autobiografii" Agathy Christie:

"Hubert Prichard, Walijczyk, służył w stopniu majora w regularnej armii. Przyjaźnił się z moim siostrzeńcem, Rosalind [córka A. Ch.] poznała go u Madge. Kiedyś odwiedził nas w Greenway. Bardzo lubiłam tego chłopca. Ciemnowłosy, małomówny, wybitnie inteligentny, trzymał całą sforę chartów. Od jakiegoś czasu spotykał się z Rosalind, zdążyłam jednak zwątpić, czy coś z tego wyniknie.
- Pewnie chcesz być na ślubie? - podjęła.
- Oczywiście!
- Tak myślałam... Ale słuchaj, moim zdaniem to zupełnie niepotrzebne zamieszanie. To znaczy, nie byłoby dla ciebie prościej, wygodniej, gdybyś nie przyjeżdżała? Pobieramy się w Denbigh, bo Hubert nie dostanie urlopu.
- Nic nie szkodzi - zapewniałam. - Przyjadę do Denbigh.
- Na pewno chcesz? - spytała w ostatnim przebłysku nadziei.
- Na pewno - potwierdziłam tonem nie znoszącym sprzeciwu. Po czym dodałam: - Właściwie to się dziwię, że mnie informujesz o swoich planach teraz, a nie dopiero po fakcie.
Zaczerwieniła się. Widać trafiłam w dziesiątkę."

Poniżej film, w którym wnuk Rosalind i Huberta opowiada o Greenway House:



Podczas wojny, Greenway House został zarekwirowany najpierw jako ochronna dla dzieci, a potem dla wojska.

"A potem zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Otrzymałam listowne zawiadomienie, że
Admiralicja rekwiruje Greenway, praktycznie od zaraz.
Natychmiast do nich pobiegłam. Przyjął mnie uprzejmy młody porucznik marynarki. Nie mogą zwlekać ani chwili, oświadczył. Nie przejął się losem pani Arbuthnot, która po pierwszych protestach teraz próbowała zyskać na czasie, dopóki się nie naradzi z Ministerstwem Zdrowia, dokąd przenieść dzieci. W starciu z Admiralicją Ministerstwo Zdrowia nie wskórało dokładnie nic. Ochronka musiała się wyprowadzić, a ja zostałam z domem pełnym mebli, które należało gdzieś umieścić. Szkopuł w tym, że nie było gdzie. Wszelkie przechowalnie, składy, magazyny pękały w szwach. Ostatecznie panowie z Admiralicji pozwolili mi skorzystać z salonu - tam się wstawi wszystkie meble - a także z
pokoiku na piętrze.
(...)
Chociaż negocjacje prowadziła Admiralicja, Greenway przydzielono flocie Stanów Zjednoczonych. W naszym domu zamieszkają oficerowie, prości marynarze natomiast w Maypool, sporej posiadłości na szczycie wzgórza.
Brak mi słów podziwu i wdzięczności dla Amerykanów. Opiekowali się Greenway jak własnym domem. Naturalnie, część kuchenna mocno ucierpiała, tego nie dało się uniknąć - musieli gotować dla czterdziestu osób, wstawili więc okropne, kopcące piece - za to ogromnie uważali na nasze mahoniowe drzwi. Dowódca wręcz kazał je wyłożyć dyktą. Umieli także docenić piękno posiadłości. Wielu chłopców z tej flotylli pochodziło z Luizjany, toteż okazałe magnolie, zwłaszcza magnolia grandiflora, sprawiały, że czuli się jak u siebie.
Od zakończenia wojny odwiedziło nas mnóstwo krewnych tamtych oficerów, przyjeżdżali obejrzeć miejsce, gdzie stacjonował syn, kuzyn czy kto tam jeszcze. Opowiadali, z jakim zachwytem opisywał Greenway w listach. Czasami spacerowaliśmy po ogrodzie, staraliśmy się odszukać zakątki, które szczególnie sobie upodobał. Niełatwe zadanie - od tamtej pory wszystko tak urosło."

Na kolejnym, krótkim filmie, możemy posłuchać, co o Greenway mówi sama.... Agatha: 


"W Greenway mam prywatny pomnik upamiętniający lata wojny. W bibliotece, która służyła za mesę, nieznany artysta ozdobił szczyty ścian freskiem. Przedstawia ów fresk rozmaite porty, dokąd zawijała flotylla, poczynając od Key West przez Bermudy, Nassau, Maroko, i tak dalej, kończąc zaś na cokolwiek zbyt pochlebnym obrazie lasów wokół Greenway oraz białego domu wyzierającego spośród drzew. Obok pyszni się cudnej urody nimfa, niezupełnie dopracowana, za to całkiem goła - owo pocztówkowe dziewczę symbolizuje, jak mniemam, rozkosze seraju oczekujące u kresu podróży, kiedy wojna się skończy. Dowódca przysłał mi list z pytaniem, czy życzę sobie, aby zamalowano fresk, przywrócono ścianie pierwotny wygląd. Spiesznie odpisałam, iż traktuję to dzieło jak pamiątkę historyczną i jestem szczęśliwa z jego posiadania. Nad gzymsem kominka widnieją z grubsza naszkicowane głowy Winstona Churchilla, Stalina i prezydenta Roosevelta. Szkoda, że nie znam nazwiska artysty.
Opuszczając Greenway byłam pewna, że dom zostanie zbombardowany i że już nigdy go nie zobaczę, lecz na szczęście się myliłam. Wyszedł bez szwanku. W miejsce spiżarni pojawiło się wprawdzie czternaście klozetów i musiałam stoczyć z Admiralicją srogi bój, zanim je usunęli."

Tym, którzy swobodnie posługują się językiem angielskim, polecam godzinny film dokumentalny o ogrodach w życiu Agathy i jej biografii:


niedziela, 16 lipca 2017

Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni - życie na znaczkach pocztowych (film)




Życie Agathy Christie na znaczkach pocztowych!



Agatha Christie jest jedną z najbardziej znanych pisarek. Rusted Post Box upamiętniło jej tajemnicze zniknięcie oraz karierę poprzez różne serie filatelistyczne. Książki Agathy zostały przetłumaczone na ponad 64 języków. Takim wynikiem pochwalić się mogą jedynie dzieła Szekspira i Biblia. Najwyraźniej Agatha jest Królową Kryminału! [Queen of Crime]. Nieprawdaż?Nakładem Rusted Post Box wydano znaczki, monety i banknoty, związane za znaczącymi wydarzeniami historycznymi. Z pomocą nowo utworzonego muzeum online www.mintageworld.com, te serie mają na celu przekazywanie wiedzy i szerzenie zainteresowania historią, w obrębie szerokiej publiczności, kolekcjonerów, zarówno studentów i uczonych, za pomocą filatelistyki czy numizmatyki.


wtorek, 11 lipca 2017

Jared Cade „Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni”


Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni
Jared Cade
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie Małgorzata Glasenapp
tytuł oryginału Agatha Christie and the Eleven Missing Days
data wydania 30 października 2014
ISBN 9788328009820
liczba stron 432

Czekająca już dość długo na swoją kolej książka, okazała się rzetelną i bardzo ciekawie napisaną biografią Agaty Christie. Tytuł może wprowadzać potencjalnych czytelników w błąd, sugeruje przecież, że autor skupi się wyłącznie na owych 11 dniach.  Wydawało mi się, jeszcze przed lekturą, że skoro czytałam „Autobiografię” Christie i znam trochę jej twórczość, to autor nie będzie w stanie mnie niczym specjalnym zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. „Autobiografia” w świetle informacji  z książki Jared`a Cade okazała się szalenie wybiórczą pozycją, na dodatek pomijającą bardzo ważne fakty z życia pisarki. Książkę czyta się wręcz świetnie, bo Agata miała życie bardzo interesujące, mam na myśli nie tylko wydarzenia z życiorysu, ale też głębokie życie wewnętrzne.
           Autor opowiada praktycznie o całym życiu pisarki, a owe 11 dni są wyeksponowane w tytule z tego względu, że uznał je za bardzo ważne i dla późniejszego życia, i dla twórczości. Mowa jest o 11 dniach, kiedy to w 1926 r. pisarka zniknęła bez śladu, a w kraju trwały zakrojone na szeroką skalę i barwnie opisywane w mediach poszukiwania. Agata, w okresie poprzedzającym owe „zaginięcie” przeżywała najgorsze w swoim życiu dni - zmarła jej matka, z którą była bardzo głęboko związana, a mąż, w którym była zakochana do szaleństwa i z którym miała dziecko, Archibald Christie, zdradzał ją, a potem porzucił. Agata chcąc się na nim odegrać zaszyła się w luksusowym hotelu w jednym z kurortów wypoczynkowych i nie dawała znaku życia, zaś całą sytuację zaaranżowała tak, żeby pojawiły się przypuszczenia, iż  to właśnie Archie ją zamordował. Prasa angielska huczała o tych wydarzeniach, a gdy Agata się odnalazła, wybuchła jeszcze większa sensacja. Dla ceniącej prywatność pisarki cała sytuacja była koszmarem, a jej wspomnienie w połączeniu z wspomnieniem śmierci matki i porzucenia przez męża, stały się do końca życia traumą. Z biegiem lat te 11 dni stały się dla niej wręcz obsesją, do tego stopnia, że był przypadek, że gdy ktoś o tym wspomniał, to nie chciała utrzymywać z nim kontaktu.  Tę swoistą obsesję podzieliła także, już po śmierci pisarki, jej rodzina, która  utrudnia nawet współcześnie każdemu zainteresowanemu badanie tego wątku i publikowanie o nim informacji. Spotkało to też i J. Cade, co zresztą opisał. 

Artykuł prasowy o zaginięciu Agathy Christie [link]

      Autor nie tylko opisuje życie Królowej Kryminału, ale zamieszcza też sporo nawiązań do jej twórczości, łącznie z cytatami. Wiąże poza tym pewne książki z konkretnymi wydarzeniami z jej życia i opisuje, w jaki sposób zostało ono wplecione w konkretną powieść. Jest też trochę zdjęć oraz bardzo obszerna bibliografia, która obejmuje, co bardzo rzadkie, nie tylko dane o konkretnych książkach - typu, kiedy się ukazały. Bibliografię opracowało aż 4 polskich autorów i ujęło w niej dane o „pierwodrukach w czasopismach, pierwszych wydaniach oryginalnych, premierach sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych oraz pierwodrukach książkowych przekładów polskich. Uwzględnili adaptacje i przeróbki utworów A. Christie, dokonane przez innych autorów”.  Tego rodzaju bibliografia kończy się na roku 2014. 
Samochód, w którym znaleziono ubrania i dokumenty Agathy, po zniknięciu  [link]
           A co do konkretów, okazało się, że życie pisarki wcale nie było tak szczęśliwe, jak wynikało z „Autobiografii. ”Drugie małżeństwo, z Maxem Mallowanem, młodszym o 14 lat, było szczęśliwe tylko przez lat kilka. Małżonek bowiem zaczął zdradzać żonę ze studentkami, a potem nawiązał trwały romans z jedną wybranką, która na dodatek bywała często w domu państwa Christie.  Max żył niczym bigamista, a Agata, jak sam autor to określił, w czymś w rodzaju trójkąta. Wiedziała o romansie, każdy wiedział, ale nie mogła znieść myśli, że mogłaby zostać porzucona po raz drugi. O porzuceniu męża zaś najprawdopodobniej nie myślała w ogóle.  Nie można wykluczyć, że Max ożenił się z nią dla pieniędzy, tylko i wyłącznie, tak chociażby uważała jej przyjaciółka. Niemal całe życie był  utrzymankiem Agaty. Miał pracę jako archeolog, ale też nie wiadomo, czy gdyby nie stały za nim pieniądze Agaty i możliwość finansowania wyjazdów na wykopaliska, i w ogóle wykopalisk jako całości, dostałby tę pracę i propozycje. Jest wielce prawdopodobne, że Max mógł mieć romans z córką Agaty. Agata, z nerwów z powodu tej sytuacji dostała łuszczycy, z którą borykała się do końca życia. Trudno jest mi wyobrazić sobie kobietę we współczesnych czasach, która mogłaby tolerować coś takiego. Teraz z pewnością jest łatwiej, kobiety w wieku 50 lat i więcej  rozwodzą się i wychodzą ponownie za mąż, rozwód czy zdrada nie są stygmatyzacją. Może ona uznała, że po ewentualnym pozbyciu się Maxa, z racji wieku, już nigdy nie wyjdzie za mąż…?  I może przez to nie zdecydowała się na ten krok…? Może z racji wiktoriańskiego wychowania,  w ogóle nie rozważała takiego wariantu…?  A może zadecydowały względy religijne, była głęboko wierząca… Autor opisując te kwestie nie goni za sensacją, stara się sięgnąć głęboko, poznać motywy, skutki itp. 

       
Agatha i Archiebald Christie [link]

       Z bardziej budujących kwestii, to okazało się, że jedną z najbliższych osób dla Agaty była jej przyjaciółka Nan, z którą zbudowały trwałą, szczerą przyjaźń na całe życie. I równie bliskim dla pisarki był jej pies, którego kochała jak człowieka. Miłośnicy zwierząt i opiekunowie będą wiedzieć, o co chodzi. Wszystko wskazuje na to, że Agata mogła całe życie kochać Archiego, a drugi mąż okazał się nieudanym remedium na zranione uczucia.
          Niektóre zachowania pisarki wydały mi się wręcz absurdalne. Przykładowo w trakcie małżeństwa z Archiem Christie, Agata zaczęła już bardzo dobrze zarabiać na swojej twórczości, jej mąż zaś odwrotnie. Miał, jako były lotnik, problemy ze znalezieniem pracy i bywały okresy, że nie miewał w ogóle pieniędzy. Ona, chcąc chyba go zmotywować do szukania zajęcia, odmawiała mu kieszonkowego. Ubóstwiany przez nią mąż znajdował się więc w mocno upokarzającej sytuacji. Do tego Agata sprowadziła w bezpośrednie ich sąsiedztwo swoją matkę, z którą zaczęła spędzać sporo czasu. Nie ma chyba co się dziwić, że małżeństwo się rozpadło.
       Gdy spojrzy się na wydarzenia z jej życia, bez problemów już można znaleźć nawiązania do nich lub różne ich reminiscencje w twórczości. W kilku powieściach przewija się motyw amnezji, prawdziwej, bądź udawanej. Agata, po odnalezieniu jej w hotelu, nawiązuję tu oczywiście do słynnych 11 dni, obwieściła, że  niczego nie pamięta. Autor biografii obalił tą tezę na wszelkie możliwe sposoby i udowodnił, że wszystko było starannie zaaranżowane. Jego argumentacja całkowicie mnie przekonała, a inni czytelnicy mogą wrobić sobie zdanie po lekturze. Jared Cade wskazuje też pierwowzory niektórych bohaterów jej książek, jak również rzeczywiste rezydencje, opisane w tych książkach. W powieściach Agaty zdarzają się postacie morfinistów. Tego też nie wymyśliła z powietrza. Z tego rodzaju problemem borykał się jej rodzony brat. Takich przykładów można byłoby przytoczyć wiele. 

Artykuł informujący o odnalezieniu Agathy [link]

       Myślę, że książka ta może zainteresować nie tylko wielbicieli twórczości A. Christie. Można ją też potraktować jako opowieść o osobie, która niemal całe życie nie potrafiła uporać się z traumą po zdradzie i porzuceniu, mimo dobrego zdrowia, przyjaciół, bogactwa,  samodzielności i spełnienia na wszystkich niemal polach, nie potrafiła stać się, tak naprawdę, szczęśliwa.  Dla mnie było to zaskakujące.

wtorek, 4 lipca 2017

Brzemię czyli "Siostrzane uczucia"


Tegoroczną edycję akcji „Rendez-vous z Agathą Christie” rozpoczęłam od pozycji najmniej chyba reprezentatywnej dla twórczości tej pisarki, bo nie dość, że niebędącej kryminałem, to jeszcze odstającej trochę od jej podobnych utworów. Wpadła mi w ręce, a raczej… została tam złożona przez innego członka fanklubu lady Agathy, poszłam więc na łatwiznę i zamiast się rozglądać za którąś z powieści z Poirotem lub panną Marple, wzięłam, co było na podorędziu, nie odczuwając zresztą z tego powodu specjalnego dyskomfortu, jako że moje doświadczenia z niekryminalnymi powieściami autorki były dotąd zupełnie pozytywne.

„Brzemię” opowiada historię dwóch sióstr, z których starsza, Laura, przeżywa w dzieciństwie zbyt wielu rzeczy, jakich dziecko przeżywać nie powinno. Nie, to nie to, o czym pomyśleliby odruchowo ci, co czytali zbyt dużo współczesnej literatury psychologiczno-obyczajowej; dziewczynka nie jest molestowana ani maltretowana – po prostu trafia w niekorzystną dla siebie konstelację wypadków i ludzkich uczuć. Pierwszą dekadę życia spędza w cieniu starszego brata; on to pierworodny syn, urodziwy, błyskotliwy, rezolutny, otwarty w kontaktach z ludźmi; ona jest szarą myszką pozbawioną wszystkich dziecięcych wad – ani niejadek, ani mała złośnica, ani beksa, ani wiercipięta – ale też ani specjalnie ładną, ani nieprzeciętnie ujmującą, inteligentną co prawda, lecz nieumiejącą się tą inteligencją popisać: ot, takie dziecko, którego nikt nie zauważy, jeśli się ciężko nie rozchoruje. Mimo wątłej konstytucji to nie ona jednak zapada na poważną chorobę zakaźną, lecz Charles, oczko w głowie i nadzieja obojga rodziców. I to Charlesa, nie ją, zabiera śmierć, co Arthur i Angela uważają za tragiczną pomyłkę losu; jeśli nawet wstydzą się otwarcie przyznać, że raczej Laurę niż jego woleliby ujrzeć w trumnie, okazują to dostatecznie wyraźnie, by nie umknęło uwagi córki. Ale przecież żałoba w końcu przeminie, a Laura zostanie, i może wtedy doczeka się tego, co powinna była od rodziców otrzymać wcześniej: odrobiny zainteresowania i czułości? Niestety. Rodzi się nowe dziecko. Nie chłopiec co prawda, lecz takie ładne i takie bezradne, a Laura przecież jest już duża, więc nikt się o nią troszczyć nie musi… Stary przyjaciel rodziny próbuje Franklinom unaocznić problem córki, ale i on nic na to nie poradzi, że w sercu dziewczynki lęgną się zgoła niepozytywne uczucia. Potem jednak wydarza się coś, co sprawia, iż Laura przewartościowuje swój stosunek do siostry o sto osiemdziesiąt stopni. Wkrótce zastąpi jej matkę i ojca, najchętniej zastąpiłaby także męża, gdyby to tylko było możliwe. A co będzie, gdy Shirley zechce pójść własną drogą?...



Wierny fan twórczości Lady Agathy zauważy tu z pewnością niejakie podobieństwo do sytuacji opisanej w „Córka jest córką”; ta głęboka więź między dwiema najbliższymi sobie kobietami (tam – matką i córką, tu – starszą i młodszą siostrą) – tak głęboka, że przeradzająca się w żywiołową zazdrość i/lub sublimująca w patologiczną wręcz nadopiekuńczość – to zjawisko dobrze znane psychologom, a także zwykłym ludziom, którzy potrafią wnikliwie innych obserwować (i do których bez wątpienia autorka należała). Jak Sara usilnie próbuje sprawić, by Anna nie poślubiła Richarda, a Anna gotowa na głowie stanąć, żeby tylko Sara nie wyszła za Gerry’ego – tak Laura dokłada wszelkich starań, by zapobiec małżeństwu Shirley i Henry’ego lub przynajmniej jak najbardziej je opóźnić. I nie bez racji; ale posądzenie o celowe rzucanie zakochanej parze kłód pod nogi – czy raczej o samą motywację do takiego postępowania, jaką wedle Henry’ego jest zazdrość i obawa przed uniezależnieniem się siostry – tak boli, że w końcu wbrew sobie Laura pozwoli temu prawie jeszcze dziecku, które sama wychowała, pójść za głosem serca. Bo co by dał jej upór? To, że Shirley miałaby nieustający żal do siostry i wierzyłaby niezachwianie, iż ta z niskich pobudek udaremniła jej zaznanie małżeńskiego szczęścia! Finał tej historii, ukazujący, kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) zyskał, a kto stracił, rozegra się dopiero po kilkunastu latach. Znów analogia do „Córka jest córką”. Wydawałoby się więc, że "Brzemię" udało się autorce równie dobrze. 


I tu zaskoczenie: niestety, nie. O ile część pierwsza, ukazująca uczucia i dylematy Laury z jej punktu widzenia, i część druga, w której od czasu do czasu narrator przenosi swoją uwagę na Shirley, dotrzymują kroku pozostałym powieściom psychologicznym Westmacott, o tyle część trzecia wydaje się z zupełnie innej bajki. Oto niczym diabeł z pudełka wyskakuje na scenę zupełnie obca postać: Llewellyn Knox, nawiedzony kaznodzieja i, jak by dziś powiedziano, celebryta, któremu nawracanie ludu w świetle reflektorów i fleszy tak nadwerężyło organizm, że musi biedak szukać ratunku na tropikalnej wyspie. Dotarłszy tam, poczyna zanudzać przypadkowo poznanych ludzi przydługimi perorami natury etyczno-metafizycznej. „Co jest, u licha” – mówimy początkowo – „a ten cóż tu robi?”. Niemniej jednak, jeśli uważnie przeczytaliśmy część drugą, dość rychło domyślimy się, z kim los zetknął nieszczęsnego teologa, choć po co go w ogóle tenże los pchał do akcji, zostanie ujawnione dopiero w finale. A wtedy z niedowierzaniem przetrzemy oczy: nie dość, że problemy jednej z sióstr zostają wytłumaczone w sposób niekoniecznie przekonujący (przynajmniej w świetle tego, co wcześniej o niej wiedzieliśmy), to jeszcze drugiej autorka funduje taką „receptę na szczęście”, że nawet Danielle Steel by się zastanowiła, zanimby podobny pomysł przelała na papier.

To potknięcie konstrukcyjne razi na tyle, że na nic język i styl, na nic wrażenie, jakie pozostało po doskonałych scenkach rodzajowych i świetnych analizach psychologicznych z części pierwszej i drugiej: z bólem serca ocenę obniżamy co najmniej o jedno oczko. Jeśli już dość dobrze znamy twórczość lady Agathy, jakoś się z tym dysonansem pogodzimy – w końcu każdemu pisarzowi może się trafić niewypał – ale gdybyśmy od "Brzemienia" zaczęli, zapał do poznawania innych jej utworów mógłby być nierównie mniejszy.

Autorką recenzji jest Dot59, a tekst pochodzi z portalu BiblioNETka.

środa, 28 czerwca 2017

Śmiertelna klątwa i inne opowiadania - urok prowincji.


"– Jane powiedziała nam, że jest pani najlepszym detektywem, panno Marple!
Starsza pani zamrugała oczami i zaprotestowała skromnie:
– Ależ skąd! To nie tak. Po prostu, jeśli żyje się, tak jak ja, w małej wiosce, można dobrze poznać ludzką naturę"[1].
Dużo się dzieje na prowincji! Bunch Harmon, żona pastora, znana z powieści "Morderstwo odbędzie się...", znajduje w kościele umierającego mężczyznę. Czy przyjechał do Chipping Cleghorn popełnić samobójstwo, czy może ktoś dybał na jego życie? Kto udusił panią Spelow – osobę zamożną i trochę nietuzinkową jak na St. Mary Mead
("Zawsze znajdowała sobie jakieś jogi i buddyzmy"[2])
ale przecież nieszkodliwą? Czy za śmiercią Louise Laxton – dziewczyny pięknej, zamożnej i szczęśliwej u boku męża – stoi klątwa rzucona przez starą Murgatroyd, stróżkę wyrzuconą z dawnego dworu? Czy nowa idealna służąca panien Skinner nie jest jednak trochę zbyt idealna? I kto zadźgał Amy Rhodes, mitomankę? Czy któraś z jej wymyślnych opowieści okazała się prawdziwa i sprowadziła na nią śmierć? Wreszcie – gdzie wuj-kawalarz ukrył swoje bogactwa? Na te pytania odpowie niezawodna panna Marple. 







Trzeba sobie powiedzieć wprost – opowiadania kryminalne Christie w większości nie wytrzymują porównania z jej powieściami (zresztą niektóre zostały potem rozwinięte do rozmiarów powieści). Nie są obszerne, a zatem brak w nich długiego, mozolnego śledztwa, gwałtownych zwrotów akcji, trudno też o zaskakujące rozwiązanie, jeśli weźmie się pod uwagę bardzo ograniczoną liczbę podejrzanych. Mamy tu do czynienia raczej z intryżkami niż intrygami. Jednocześnie zagadki są logiczne, a na rozwiązanie naprowadza zwykle jeden nieistotny – zdawałoby się – szczegół, przeoczony przez policję. O wszystkim decydują detale – szpilka, przepis na wieprzowinę ze szpinakiem (jeśli wierzyć pannie Marple, to danie jest całkiem smaczne), kwit bagażowy czy cukierek. Oczywiście, takich drobiazgów nie zlekceważy bystra panna Marple.


Jest w tych opowiadaniach coś sympatycznego. Oczywiście nie zbrodnie, ale ukazanie życia na prowincji. Christie portretowała ją z niepozbawioną pewnej dozy ciepła ironią i błyskotliwym humorem (oto jeden z wielu przykładów – z opowiadania "Narzędzie zbrodni":
"Pani Spenlow zaczęła pracę jako pomocnica kucharki w dużym domu. Opuściła posadę, by poślubić drugiego ogrodnika. Wspólnie założyli w Londynie kwiaciarnię. Prosperowała świetnie, w przeciwieństwie do ogrodnika, który szybko rozchorował się i zmarł"[3]). 
Widzimy więc rozplotkowane stare panny, niezbyt rozgarniętych lokalnych stróżów prawa, przeciętne pokojówki (połowa z nich, nie wiedzieć czemu, ma na imię Gladys), chłopca ze sklepu rybnego, który oprócz ryb roznosi najświeższe wiadomości (stąd o zbrodniach mieszkańcy dowiadują się bodaj nawet szybciej niż policja). Sama panna Marple jest nie tylko przenikliwa, ale także uroczo wiktoriańska, co mówi wiele o angielskiej kulturze tamtych lat. Spójrzcie choćby na ten smakowity dialog otwierający opowiadanie "Idealna służąca":

"– Bardzo przepraszam, ale czy mogłabym chwilę z panią porozmawiać?
Prośba mogłaby wydać się absurdalna, jako że Edna, mała służąca panny Marple, w tej chwili właśnie rozmawiała ze swoją chlebodawczynią. Jednakże panna Marple słusznie uznała, że Edna posłużyła się jedynie utartym zwrotem, i odpowiedziała z miejsca:
– Oczywiście. Wejdź i zamknij drzwi. O co chodzi?
Edna posłusznie zamknęła drzwi i podeszła bliżej, miętosząc w palcach róg fartuszka. Przełknęła głośno ślinę.
– A więc, Edno? – rzuciła zachęcająco panna Marple.
– Och, proszę pani, chodzi o moją kuzynkę Gladdie.
– Mój Boże – wykrzyknęła panna Marple, podejrzewając najgorsze i najbardziej oczywiste – nie jest chyba w… kłopotach?
Edna pośpiesznie zaprzeczyła.
– Och nie, proszę pani, w żadnym razie. Gladdie nie należy do tego typu kobiet"[4].

Uzupełnieniem detektywistycznych opowiadań składających się na ten niewielki zbiorek są niezwykłe jak na Christie teksty, z których zresztą ona sama była szczególnie dumna – "Lalka krawcowej" (najlepszy utwór w tym tomie) i "Mroczne odbicie": duszne, trzymające w napięciu horrory. W pierwszym tytułowa lalka – wyglądająca jak żywa – zdaje się prześladować dwie kobiety prowadzące pracownię krawiecką. Drugie to historia o przeczuciach, przywodząca na myśl twórczość Daphne du Maurier.

Warto sięgnąć po "Śmiertelną klątwę" - żeby poznać zarówno teksty typowe, jak i nietypowe dla Agathy Christie.

---
[1] Agatha Christie "Śmiertelna klątwa i inne opowiadania", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996, s. 30.
[2] Tamże, s. 50.
[3] Tamże, s. 48.
[4] Tamże, s. 76.


Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorem jest Misiak297.

czwartek, 22 czerwca 2017

'Morderstwo w Orient Expresie' z 1974 roku z Albertem Finney'em - recenzja filmu

Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney Jak wiecie bardzo lubię Agathę Christie. Ucieszyłam się więc widząc w programie TV na święta, a konkretnie w programie TV Metro, takiego nowego kanału, gdzie jest wiele starych filmów, 'Morderstwo w Orient Expresie' z Albertem Finneyem. Oglądałam to kiedyś w kiepskiej jakości  na niemieckim youtube, a film ten nie jest tak powszechnie dostępny,  więc radość moja była wielka, że mogę obejrzeć ten film normalnie, jak człowiek.
Wystąpiła w nim cała plejada świetnych aktorów, wśród których rzuciła mi się w oczy najbardziej Ingrid Bergman, Michael York oraz Sean Connery.  Zwróciłam też uwagę na postać grającą księżnę Dragomiroff:: Wendy Hiller i Lauren Bacall jako Pani Hubbard.
Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney
Kadr z filmu, źródło: https://pl.pinterest.com/pin/571675746427038118/
Najbardziej w tej całej plejadzie aktorskiej przeszkadzał mi sam Poirot, z którego postaci Albert Finney uczynił błazna, dziwaka i paranoika, który nie wiadomo kiedy ma te swoje przebłyski geniuszu. Zdecydowanie wolę interpretację Davida Sucheta. 
Znalezione obrazy dla zapytania Morderstwo w orient expressie 1974 Finney
Albert Finney jako Poirot, źródło zdjęcia: http://film.org.pl/r/morderstwo-w-orient-expressie-2-62422/
Jednakże film posiada wiele zalet w porównaniu z wersją z Suchetem. W wersji, o której dziś piszę, kompletnie zrezygnowano z otoczki brytyjskiej, której jest pełno w późniejszym dla tego filmu serialu, w którym gra Suchet. Nie ma brytyjskiej maniery, nie ma tego picia herbaty, tego biegania miejscowej służby, postacie w ogóle nie są brytyjskie. I to jest dobre, bo widać, że Mistrzyni Kryminału stworzyła bohaterów, którzy są uniwersalni w sowim żalu, goryczy, pragnieniu zemsty. Uczestnicy podróży Orient Expresem to gromadka międzynarodowa, którą łączy żal i pragnienie zemsty, ale ich zachowanie w żadnym razie nie jest brytyjskie tak jak to jest w serialu. Zagadka kryminalna wciąga i chyba jest nie do odgadnięcia, gdy ktoś to ogląda pierwszy raz. 
Podróż Orient Expresem w tym filmie wydaje się ciekawą wyprawą, w której chciałoby się wziąć udział. 
Film oceniłam na 7 gwiazdek.
Ja czekam aż Metro wyemituje Poirota z Moliną, który to film jest kompletnie nie do znalezienia nigdzie!
A Was zachęcam do tej starej wersji. Widzieliście zapowiedzi nowej? Co o tym myślicie? Bo ja się nie spodizewam niczego dobrego... To tak jak Muszkieterowie w wersji z Yorkiem i  ta nowa adaptacja, kompletnie pozbawiona tego czegoś 'muszkieterowego'....
Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

niedziela, 18 czerwca 2017

Wielka Czwórka czyli Poirot ratuje świat - Dot o teoriach spiskowych

Pojęcia nie mam, czemu ludzkość jest tak łasa na wszelkie teorie spiskowe. Wołowej skóry by nie starczyło, żeby spisać, kogo i kiedy podejrzewano o chęć przejęcia władzy, czy to w skali mikro, czy makro. W dwudziestym stuleciu, w miarę doskonalenia środków rozpowszechniania informacji, szczególnie popularne stały się teorie o tajnych organizacjach dążących do zapanowania nad całym światem. Rzecz oczywista, że skoro nasiąkła nimi świadomość społeczeństw, musiało to znaleźć odzwierciedlenie w literaturze. Bo niewiele chyba jest bardziej chwytliwych tematów niż ten: kilkoro śmiałków (a czasem tylko para albo jeden) zasadza się na zbrodniczą szajkę, by ukrócić jej mocarstwowe zapędy; wydaje się wtedy, że taka akcja nie ma większej szansy na powodzenie niż porywanie się z motyką na słońce, a jednak…
Niektórzy autorzy popełniają takie dzieła niemal tuzinami, ale co, u licha, skłoniło znawczynię obyczajów i dusz angielskiego ziemiaństwa do wmanewrowania swoich bohaterów w podobnie absurdalną historię? 
Może dopiero próbowała, w którym z gatunków literatury sensacyjnej czuje się najlepiej, bo przed „Wielką Czwórką” stworzyła i parę klasycznych kryminałów, i powieść szpiegowską („Tajemniczy przeciwnik”), i swego rodzaju thriller polityczny („Tajemnica rezydencji Chimneys”)?
Może nie była pewna, czy dając Poirotowi do rozwiązania trywialne sprawy morderstw z zemsty lub zazdrości, uczyni go wystarczająco sławnym? Może nieświadomie wyprzedziła swój czas, nie mogąc przewidzieć, że dopiero za jakieś 70-80 lat tego rodzaju powieści będą się rozchodziły w kilkunastomilionowych nakładach, niemal natychmiast trafiając na warsztat reżyserów filmowych?

Oto, co obmyśliła:

Kiedy kapitan Hastings, od niedawna osiadły w Argentynie, przybywa z wizytą do ojczyzny, Poirot właśnie przygotowuje się do wyprawy w przeciwnym kierunku, skuszony propozycją pewnego amerykańskiego milionera. Hastings próbuje go namówić, by zaczekał z podróżą do jego powrotu, detektyw jednak oznajmia, że do złamania słowa mogłaby go skłonić jedynie kwestia czyjegoś życia lub śmierci. I jak to bywa, wywołuje wilka z lasu. Nim skończą rozmowę, do mieszkania Poirota dostaje się jakiś nieznajomy, wycieńczony i półprzytomny; można by było pomyśleć, że bredzi w malignie, gdyby nie to, iż jego słowa dotyczą organizacji przestępczej, o której istnieniu dopiero co mały Belg wspomniał Hastingsowi. Mózgiem owej Wielkiej Czwórki ma być Chińczyk nazwiskiem Li Chang Yen, następnym po nim w hierarchii – nieznany z nazwiska bogaty Amerykanin, trzecim ogniwem – jakaś Francuzka, o czwartym zaś wiadomo tylko tyle, że zasługuje na przydomek „Niszczyciel”. Więcej już się od nieszczęśnika nie dowiedzą, ale dawny urzędnik państwowy, dobrze obeznany w sprawach Chin, zapewni ich, że wspomniany Li Chang Yen stoi  
„za tym wszystkim (…). Za brakiem pokoju na świecie, za buntami robotników w różnych krajach i rewolucjami, które wybuchają to tu, to tam. Są ludzie (…), którzy wierzą, że tym wszystkim kieruje tajemnicza siła, mająca na celu zniszczenie naszej cywilizacji. Wie pan, że pewne fakty pozwalają przypuszczać, iż Lenin i Trocki wykonywali w Rosji czyjąś wolę”[1]. 
Utwierdzony w wierze w zbrodnicze zamysły chińskiego mandaryna i spółki, Poirot postanawia przeszkodzić straszliwej szajce w ich realizacji, nie zapominając o wciągnięciu do akcji poczciwego Hastingsa. W każdym z miejsc, w których przystąpią do poszukiwań, zostaną perfidnie wciągnięci w pułapkę – i z każdej z nich się jakoś wydostaną (przecież i tak wiemy, że muszą, by mogli pojawić się w późniejszych chronologicznie częściach cyklu – więc tyle można zdradzić). Ale czy zdołają wyśledzić cztery personifikacje zła, jakimi są filary Wielkiej Czwórki? I doprowadzić do ich ukarania?

Trzeba przyznać, że wyobraźnia nieźle poniosła Królową Kryminału. Wielka Czwórka zdaje się potężniejsza i bardziej demoniczna niż osławieni iluminaci Dana Browna, a równocześnie zdumiewająco nieskuteczna, jeśli chodzi o próby unieszkodliwienia bohaterów. Poirot bardziej tu przypomina skrzyżowanie Jamesa Bonda z Fantomasem niż samego siebie. I tylko Hastings pozostaje tym samym prostodusznym, nie zawsze bystro myślącym człowiekiem, jakim go poznaliśmy i jakim będziemy go znali aż do końca jego dni, czy raczej dni Poirota. To właśnie cudownie szczera i naiwna jego narracja jest przyprawą pozwalającą nam strawić niewiarygodnie wymyślną fabułę. Spójrzmy tylko na jeden z tych uroczych dialogów, jakie główni bohaterowie wiodą ze sobą na miejscu zbrodni:

„— To przecież niemożliwe, żeby Wielka Czwórka zainstalowała na strychu jakiś piekielny wynalazek… Coś, co opuściło się automatycznie i podcięło gospodarzowi gardło, po czym znów uniosło się do góry?
— Jak drabina Jakubowa? Wiem, Hastings, że masz bujną wyobraźnię, proszę jednak, żebyś ją nieco pohamował.
Poczułem się obrażony. Poirot kręcił się po domu, zaglądał do pokojów i szaf. Sprawiał wrażenie niezadowolonego. Nagle wykrzyknął z satysfakcją. Przypominał teraz podnieconego szpica. Podbiegłem do niego. Stał w drzwiach spiżarni z miną zwycięzcy. W ręce trzymał duży jagnięcy udziec.
— Drogi Poirot! — zawołałem. — O co chodzi? Czyżbyś oszalał?
— Popatrz na tę baraninę. Patrz uważnie!
Starałem się, ale nie widziałem nic niezwykłego. Był to zupełnie normalny jagnięcy udziec. Powiedziałem to, ale Poirot tylko spojrzał na mnie ze smutkiem.
— Nie widzisz tego… i tego…
Przy każdym »tego« dźgał palcem w udziec, odłupując kawałki lodu. Przed chwilą Poirot oskarżył mnie, że mam zbyt bujną wyobraźnię, chociaż nie przyszedł mi do głowy pomysł aż tak szalony jak jego. Czyżby rzeczywiście wierzył, że kawałki lodu to kryształki jakiejś śmiertelnej trucizny? Tylko to mogłoby tłumaczyć jego podniecenie.
— To mrożone mięso — powiedziałem spokojnie. — Importowane z Nowej Zelandii"[2].
I na tę żartobliwą kurtuazję, z jaką wielki detektyw stara się dowartościować przyjaciela, doskonale zdając sobie sprawę z jego ograniczeń, ale też doceniając poświęcenie byłego żołnierza, spieszącego mu z pomocą za każdym razem, gdy tej pomocy trzeba:

„Ach, to nie moja zasługa. To wielkie osiągnięcie kapitana Hastingsa. Wie pan, mój przyjaciel ukrywa swoją inteligencję, ale mu jej nie brakuje”[3].

Patent na kreację tych postaci okazał się strzałem w dziesiątkę, inaczej niż pomysł na intrygę Wielkiej Czwórki; całe szczęście, że autorka dokonała ostatecznie właściwego wyboru, rezygnując z obmyślania fabuł typu „zabili go i uciekł”, a koncentrując się na klasycznym kryminale, w którym ludzkie charaktery grają ważniejszą role niż bomby, wymyślne mechanizmy elektryczne i gazy usypiające! Całe szczęście, że tylko dla kokieterii włożyła w usta najwspanialszego ze swych bohaterów te słowa:

„Tak, czas odpocząć. Chyba zajmę się hodowlą dyń! Niewykluczone też, że wreszcie się ożenię i zacznę prowadzić spokojne, uporządkowane życie!”[4]

Jakiż niedosyt byśmy odczuwali, gdyby po tej nie do końca udanej powieści nie następowały z górą dwa tuziny innych, w których wielki mały człowiek z sumiastym wąsem robi właściwy użytek ze swych małych, szarych komórek, zamiast się uganiać po spelunkach i jaskiniach zasiedlonych przez diabolicznych zamachowców!

---
[1] Agatha Christie, „Wielka Czwórka”, przeł. Jolanta Bartosik, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 23.
[2] Tamże, s. 33.
[3] Tamże, s. 180.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest Dot59.

wtorek, 13 czerwca 2017

Kto zabił lorda? - Śmierć lorda Edgware'a

"Wie pan, to całkiem niezły tytuł. Lord Edgware umiera. Dobrze by wyglądał na księgarskich półkach"[1].
Początek "Śmierci lorda Edgware'a" – powieści Agathy Christie wydanej w 1933 roku – może przywodzić na myśl czarne kryminały amerykańskie w stylu Erle'a Stanleya Gardnera czy Rossa Macdonalda (to luźne skojarzenie – zdaję sobie sprawę, że podbiły one rynek wydawniczy dopiero później). Oto piękna, choć zarazem nieco ograniczona aktorka Jane Wilkinson prosi Herculesa Poirota o specyficzną interwencję. Chce, aby słynny detektyw odwiedził jej męża – George'a Alfreda St. Vincenta Marsha, czwartego barona Edgware – i namówił go do dania jej rozwodu. Poirot czuje, że Jane grozi bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo  

("Tak, niebezpieczeństwo. Ponieważ taka kobieta widzi tylko jedno: samą siebie. Nie dostrzega zagrożeń i ryzyka, jakie ją otaczają – tysięcy sprzecznych interesów i życiowych układów. Widzi wyłącznie własny cel. Tak więc prędzej czy później czeka ją katastrofa"[2]). 
Choć z początku czuje się zmieszany, przystaje na jej prośbę. Odwiedza Edgware'a – i okazuje się, że ten zgodził się na rozwód, o czym powiadomił żonę listownie.

Sprawę można by uznać za zakończoną, gdyby nie to, że mężczyzna niebawem zostaje zamordowany. Co więcej, okazuje się, że w wieczór śmierci odwiedziła go właśnie była żona – a przynajmniej sekretarka Edgware'a i jego lokaj są o tym przekonani, bo się przedstawiła. Poszła do biblioteki, gdzie siedział lord i niebawem stamtąd wyszła – on zaś był martwy. Tylko jak Jane Wilkinson mogła dokonać tej zbrodni, skoro w tym czasie przebywała na proszonym przyjęciu, o czym może zaświadczyć dwanaście osób? Przypadek początkowo banalnie prosty wikła się, a wina aktorki przestaje być oczywista.

Okazuje się, że podejrzanych jest więcej. Kto wbił sztylet w szyję Edgware'a? Piękny lokaj, który się ulotnił? Córka lorda, Geraldine Marsh, rzekomo po brytyjsku opanowana, w istocie zaś będąca na granicy załamania nerwowego? A może jego niefrasobliwy bratanek Ronald Marsh, który dziedziczy po wuju sporą część majątku i tytuł lordowski? Pojawia się kolejna ofiara. Kto zabija?

"Śmierć lorda Edgware'a" powstała w najlepszym okresie twórczości Agathy Christie. To klasyczny kryminał detektywistyczny w bardzo dobrym stylu – z pozornie zawikłaną intrygą (która ostatecznie okazuje się całkiem prosta), wieloma mylnymi tropami i dramatycznymi zwrotami akcji. Ta powieść trzyma w napięciu. Christie miała świetne pomysły na wyprowadzanie czytelnika w pole – ale zawsze robiła to uczciwie. Innymi słowy, dostajemy te same "puzzle" co detektyw, a zatem mamy też szansę ułożyć je wcześniej. Każdy jej kryminał to intelektualna zagadka, sprawdzian bystrości i spostrzegawczości odbiorcy. Jak mówi Poirot do wiernego Arthura Hastingsa, kronikarza tego przypadku:

"– Zauważyłem, że kiedy razem pracujemy nad jakąś sprawą, zawsze nakłaniasz mnie do działań fizycznych. Chcesz, bym badał ślady stóp, analizował popiół z papierosów, tracił zdrowie, poszukując detali. Nie rozumiesz, że siedząc wygodnie w fotelu, z przymkniętymi oczyma, można po stokroć bardziej zbliżyć się do rozwiązania problemu. Gdyż wtedy patrzy się oczyma umysłu.
– Nie ja – powiedziałem. – Kiedy ja siedzę wygodnie w fotelu z zamkniętymi oczami, przydarza mi się tylko jedno.
– Zauważyłem – odparł Poirot. – To dziwne. Przecież w takich chwilach mózg powinien gorączkowo pracować, a nie tonąć w rozleniwieniu. Aktywność umysłowa jest tak ciekawa i stymulująca! Uruchomienie małych szarych komórek to przyjemność czysto intelektualna"[3].

Jest to także powieść, która mówi wiele o Anglii wczesnych lat trzydziestych ubiegłego wieku. Widzimy zatem przedstawicieli śmietanki towarzyskiej, usłużne pokojówki, dystyngowanych lokajów, zblazowanych, zepsutych młodzieńców, arystokrację spędzającą wieczory w operze, intelektualistów spotykających się w teatrach, ekskluzywnych hotelach i na wystawnych przyjęciach. Z jednej strony rządzą konwenanse – wiktoriańska spuścizna – z drugiej pojawia się coraz większa swoboda obyczajowa. Panuje dyskretny antysemityzm. To świat dużych pieniędzy, sławy, wielkich możliwości. Bohaterowie czują się w nim pewnie, tak jak pewnie czuła się autorka we wrześniu 1933 roku, kiedy "Śmierć lorda Edgware'a" trafiła do rąk czytelników. Wówczas nikomu nie śniło się, że
za parę lat stary porządek zostanie zmieciony przez wojnę.

Ten porządek został jednak ocalony – właśnie w powieściach Agathy Christie. I również dlatego warto po nie dzisiaj sięgać – nawet jeśli czyta się je przede wszystkim ze względu na błyskotliwe zagadki kryminalne.
---
[1] Agatha Christie, "Śmierć lorda Edgware'a", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005, s. 118-119. Swoją drogą zastanawiające, dlaczego wydawnictwo nie zdecydowało się na ten tytuł, skoro tak "dobrze by wyglądał"… Muszę zaznaczyć, że jest to książka wydana dosyć niechlujnie – zdumiewa liczba literówek. Tłumaczenie też pozostawia wiele do życzenia.
[2] Tamże, s. 10.
[3] Tamże, s. 12.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.