niedziela, 21 maja 2017

Agata Christie „Tajemnica Siedmiu Zegarów”

          „Tajemnica Siedmiu Zegarów” jest kryminałem bez panny Marple i bez Herkulesa Poirot. Tego rodzaju powieści jest w twórczości Królowej Kryminału sporo, bowiem aż kilkadziesiąt. W tym przypadku wydarzenia rozpoczynają się  w rezydencji Chimneys, w czasie kiedy była ona wynajmowana i kiedy gościła w niej grupa młodych osób. Ponieważ jeden z nich – Gerald Wade był śpiochem i przez to wiecznie się spóźniał,  koledzy i koleżanki zrobili mu kawał i  wstawili do pokoju 8 budzików, nastawionych na poranna godzinę. Gerry jednak mimo tego się nie obudził, jak się okazało, został otruty. Rano okazało się, że jeden zegar zniknął. W pokoju znaleziono tylko 7 zegarów. Zaraz potem pojawił się i drugi trup. Córka właścicieli rezydencji – Bundle, zaintrygowana dziwnym zgonem, jechała samochodem, a przed maską wyłonił się nieznany jej mężczyzna, który padł nieżywy. Był to Ronald Devereux, znajomy Gerry`ego. Jak się okazało, został chwilę wcześniej śmiertelnie postrzelony. Śledztwo w sprawie zabójstw prowadził inspektor policji Battle. Wydarzenia są jednak opowiadane nie z punktu widzenia inspektora, on jest traktowany jako postać drugo czy nawet i trzecioplanowa. Zagadkę próbowała rozwiązać właśnie przebojowa Bundle przy pomocy swoich kolegów, Billa i Jimmy`ego. Wkrótce trop padł na dziwne , tajne stowarzyszenie, zwane  Bractwem Siedmiu Zegarów.
      Książka ta mocno różni się od  innych powieści Agaty Christie. Zasadnicza różnica, poza brakiem panny Marple i Herkulesa Poirot`a,  to sensacyjna akcja. Z reguły Christie nacisk poza intrygą i zagadką kładła na psychologię, w tym przypadku najważniejsze jest tempo akcji. Wydarzenia mają sensacyjny charakter, a wszelkie tropy wskazują na to, że zabójstwa nie miały związku z życiem prywatnym ofiar. Psychologii  jest bardzo mało. W zdecydowanej większości powieści Christie krąg potencjalnych podejrzanych jest zamknięty, a każdego z nich czytelnik sukcesywnie poznaje w miarę czytania. Tutaj też jest inaczej.  Bundle mimo jej inteligencji i przenikliwości nie ma możliwości poznania wszystkich członków Bractwa, które jest wysoce podejrzane, nie wiadomo więc, czy czytelnik zna sprawcę, czy nie. Charaktery postaci są ledwie zarysowane. Nie są również znane wcześniejsze ich losy, a z racji tego że ofiary były ludźmi młodymi, raczej mało realne jest, aby zabójstwa miały związek z ich wcześniejszą historią. Trudno jest też obserwować postępy w śledztwie,  prowadzi je przecież inspektor,  a nie wszystkie jego działania są opisane.  O ile panna Marple i Herkules Poirot nie mieli właściwie życia prywatnego, a w każdym razie było ono dosyć ubogie w wydarzenia, tutaj jest dokładnie odwrotnie. Bundle  szukając zabójcy nie tylko przeżywa przygody, ale jeszcze przy okazji zdobywa mężczyzn. W tym tomie dwóch z nich się jej oświadczyło.
        W moim odczuciu, jako miłośniczki i panny Marple i Herkulesa Poirot`a, powieść ta jest zdecydowanie słabsza od innych. Agata Christie bez panny Marple i Herkulesa Poirot`a, to tak jakby Arthur Conan Doyle, piszący kryminał, ale  bez Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Jeden z plusów powieści jest taki, że całość napisana jest z humorem. Przykładowo jedną z zabawniejszych scenek jest, jak lady Coote, udając potulną i posłuszną żonę,  w wiktoriańskim stylu manipuluje mężem. Najpierw bez jego wiedzy i zgody zaprosiła na przyjęcie Jimmiego Thesingera, a potem gdy mąż okazał daleko idące niezadowolenie z tego faktu, odegrała scenkę, w czasie której  wyrażała ubolewanie, że tak stało i zakomunikowała mu, że gdyby on wcześniej powiedział jej o zastrzeżeniach, z pewnością do zaproszenia by nie doszło.  Scenek takich nie ma dużo. Akcja nie jest zbyt mocno wciągająca .
       Z całą pewnością pozostanę miłośniczką Agaty Christie, ale jednak tych powieści, w których są prawdziwi, znani detektywi, a nie amatorka. Odnoszę wrażenie, że gdyby tą powieść napisał pisarz o nieznanym nazwisku, mógłby mieć problem z jej wydaniem.

wtorek, 16 maja 2017

Brzemię - Agata Christie [Mary Westmacott]

Miłość jest zarówno szczęściem, jak i nieszczęściem. Za mało miłości może być równie opłakane w skutkach co za dużo miłości. Trudno - przede wszystkim matkom - odnaleźć złoty środek, by i ona (wilk) był syty, jak i dziecko (owca) cała. 


Jak się okazuje na przykładzie Laury Franklin - z nienawiści do miłości jeden krok. Lecz nie ma tutaj na myśli romantycznego uczucia. Nie, nie. Rzecz rozchodzi się o jej o dziesięć lat młodszą siostrę. Na początku jej nie lubi, ponieważ jest zazdrosna, a po pewnej dramatycznej nocy zaczyna nieoczekiwanie poświęcać całe swe życie dla Shirley (bowiem tak ma na imię jej młodsza siostra).  

- Shirley jest od ciebie dziesięć lat młodsza. Pod pewnymi względami jest dla ciebie bardziej córką niż siostrą.
- Zastępowałam jej matkę.
Pokiwał głową.
- I, będąc inteligentną osobą, zdajesz sobie sprawę, że miłość matczyna to miłość zaborcza?
- Zgadza się. Tak jest. A ja nie chcę jej krępować. Chcę, żeby Shirley była wolna i... no cóż, wolna. 
- I to jest powód, dla którego wypychasz ją z gniazda w wielki świat?
- Tak. Ale martwi mnie to, że nie jestem pewna, czy postępuję słusznie. **

Plusem jest to, że główna bohaterka zdaje sobie sprawę, że jej miłość może skrzywdzić swoją siostrę, dlatego robi co może, by dać jej jak najwięcej wolności. Shirley dorasta, staje się kobietą żadną przygód i miłości, wychodzi za mąż... a Laura pomaga jej w jej życiu jak tylko może. I choć ta wybiera często bardzo złe decyzje, pozwala jej na to. Pozwala żyć własnym życiem. 

- Nie chcę być dla ciebie ciężarem, kochanie.
- Ciężarem? W jaki sposób?
- No wiesz, zaborcza...
- Jak matka, która zjada własne dzieci? Lauro, nic podobnego!
- Mam nadzieję, ale kto wie... Człowiek nigdy do końca nie zna samego siebie - dodała Laura marszcząc brwi.
- Naprawdę uważam, że powinnaś się wyzbyć podobnych dylematów. Nie jesteś typem dominującym. Przynajmniej nie w stosunku do mnie. Nie rządzisz, nie tyranizujesz, nie próbujesz na siłę ułożyć mi życia....
- Właśnie to w tej chwili robię. Próbuję ułożyć ci życie, wysyłając cię na kurs, na który nie masz najmniejszej  ochoty.
Obie siostry wybuchnęły serdecznym śmiechem.*

I o tym właśnie jest Brzemię. O miłości. O tym, że ludzie mają tendencję do kochania za bardzo. O tym, że często nasza miłość do drugiej osoby polega na tym, iż chcielibyśmy zamknąć tę osobę w złotej klatce i powiedzieć: SIEDŹ! Nie ruszaj się! Tylko tutaj jest bezpiecznie! Zapominając przy tym często, że tak to nie działa. Człowiek nie jest zabawką, a tym bardziej nie żyje po to, by trwać przy innym człowieku. On żyje dla siebie. 

Przyznam szczerze, że spodziewałam się innej historii niż tej, którą dopiero co zamknęłam. Spodziewałam się toksycznej miłości, w której jedna osoba będzie wręcz tyranem, a otrzymałam opowieść o pięknym uczuciu. Laura nie zatrzyma Shirley w klatce. Pozwoli jej wyfrunąć na świat, a później weźmie za tą pełnię odpowiedzialności. I my - jako czytelnicy - poznajemy ten sposób myślenia. 

Oczywiście Brzemię czytało mi się bardzo dobrze. Przede wszystkim Christie potrafiła mądre frazy opleść w proste zdania. Lecz ta powieść obyczajowa nie spełniła swoich zadań, tak jak to zrobiło W samotności. Książka okazała się lekka, lecz nie miała w sobie tego polotu. Psychologia postaci jest, lecz nie jest w żaden sposób odkrywcza. Zapewne, gdyby nie fakt, że tę historię napisała Christie nie doczytałabym połowy. Królowa Kryminału nadrobiła swoim stylem i nazwiskiem.

Także... jestem nieco zawiedziona, a przy tym nie mogę powiedzieć, że powieść całkowicie mnie rozczarowała. Może za kilka lat bardziej docenię jej wydźwięk. 
Recenzja ze strony: ZNAJDŹ WYMARZONĄ KSIĄŻKĘ
www.wymarzona-ksiazka.blogspot.com

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tytuł: Brzem
Tytuł oryginalny:  The Burden
Autor: Agata Christie | Mary Westmacott 
Tłumacz: Maciej Grabski
Wydawnictwo: Dolnośląskie 
Data wydania oryginału: 1956 
Liczba stron: 302 
Format: 195x125mm
Gatunek: Obyczajowa

* str. 84 
** str. 96

czwartek, 11 maja 2017

Wkrótce nowa ekranizacja „Morderstwa w Orient Expressie”

źródło zdjęcia

Jak podaje portal BOOKLIPS, "jedna z najsłynniejszych książek Agathy Christie, już wkrótce doczeka się nowej ekranizacji. Reżyserii filmu podjął się Kenneth Branagh, natomiast w obsadzie znalazło się miejsce dla wielu gwiazd współczesnego kina. Możecie je zobaczyć na pierwszych zdjęciach promujących zapowiadaną przez 20th Century Fox produkcję, które ukazały się na łamach „Entertainment Weekly”.

Powieść „Morderstwo w Orient Expressie” po raz pierwszy opublikowana została w 1934 roku. Koncentruje się na losach grupy pasażerów luksusowego pociągu Orient Express. Na długodystansowym kursie dochodzi do zbrodni, której rozwiązaniem zająć się ma nie kto inny, a sam Herkules Poirot, wracający właśnie z podróży do Azji."


"W słynnego detektywa w filmie wcieli się sam Kenneth Branagh. Na ekranie towarzyszy mu cała plejada gwiazd kina, między innymi: Johnny Depp (Edward Ratchett), Michelle Pfeiffer (Caroline Hubbard), Judi Dench (księżniczka Dragomiroff), Leslie Odom Jr. (doktor Arbuthnot), Daisy Ridley (Mary Debenham), Josh Gad (Hector MacQueen), Penelope Cruz (Pilar Estravados), Olivia Colman (Hildegarde Schmidt), Derek Jacobi (Edward Masterman), Willem Dafoe (Gerhard Hardman), Siergiej Połunin (hrabia Andrenyi), Lucy Boynton (hrabina Andrenyi), Manuel Garcia-Rulfo (Biniamo Marquez), Marwan Kenzari (Pierre Michel) oraz Tom Bateman (Bouc)."

Kenneth Branagh jako Hercules Poirot.

Johnny Depp jako Edward Ratchett.


Penelope Cruz jako Pilar Estravados.

Judi Dench jako księżniczka Dragomiroff.

Michelle Pfeiffer jako Caroline Hubbard.

Willem Dafoe jako Gerhard Hardman.

Derek Jacobi jako Edward Masterman.



I cóż Wy na to?

sobota, 6 maja 2017

Poirot - wywiad z Davidem Suchetem. Krótki przewodnik


Dzień dobry,
Post ten zaczęłam pisać przeszło miesiąc temu, gdy nie mogłam w nocy spać.  Poirot to najlepsze lekarstwo na bezsenność. Obejrzałam kiedyś wywiad z Suchetem, w którym mówił on o tym, że podczas przerwy w kręceniu odcinka, jednego z ostatnich, poszedł na przerwę w plener, a tam jakaś kobieta zaczęła z nim rozmawiać, jakby był naprawdę Poirotem. Była to bardzo zabawna anegdota. Niestety, nie mogę jej znaleźć ponownie w necie. Szukam i szukam.
Ale przypomniałam sobie inne wywiady z tym aktorem. Najsłynniejszy i najciekawszy to ten w 9 odcinkach. Postanowiłam wypisać co jest w każdej części. Może to pomoże komuś. Oto ten wywiad:




 Część pierwsza wywiadu - o tym, co powiedziała córka Agathy Christie, o pierwszym odcinku i o tym jak powstał głos Poirota.


Znalezione obrazy dla zapytania poirot suchet
źródło zdjęcia: http://www.digitalspy.com/tv/news/a657619/david-suchet-id-only-play-poirot-again-in-a-movie/


Część druga - o tym co Suchet najbardziej ceni w książkach Christie i o scenie z ABC Murders
Znalezione obrazy dla zapytania poirot suchet
źródło zdjęcia: https://agathachristiereader.wordpress.com/2011/06/09/poirot-review-9/

Część trzecia - o wąsach Poirota i jego fobiach

źródło zdjęcia: http://david-suchet.ru/en/2011-2013/article/274-47990/46-20112012


Część czwarta - o Jappie i Hastingsie (są błędy w automatycznych napisach)

http://3.bp.blogspot.com/-U8nnOqWY1J8/UovFAs9zC9I/AAAAAAAABZ8/aeAak46wd4Y/s1600/slide_325262_3114435_free.jpg
źródło zdjęcia: http://investigatingpoirot.blogspot.com/2013/11/episode-by-episode-curtain-poirots-last.html

Część piąta - o tym ile cukru słodzi Poirot i o 'Śmierci na Nilu'

https://nyoobserver.files.wordpress.com/2015/10/poirot12_1.jpg?quality=80
źródło zdjęcia: http://observer.com/2015/10/theres-far-more-to-david-suchet-than-hercule-poirot/


Część szósta - o charakterze Poirota i miłości

http://i.iplsc.com/david-suchet-przez-cwierc-wieku-wcielal-sie-w-postac-belgijs/0004IOKC1KVPXM9H-C122-F4.jpg
źródło zdjęcia: http://swiatseriali.interia.pl/newsy/seriale/kultowe-seriale-667/news-herkules-poirot-wielbiciel-szarych-komorek,nId,1868076

Część siódma - o ulubionych postaciach kobiecych z serialu według Sucheta o o pochodzeniu broszki, którą Poirot nosi zawsze w klapie marynarki

Znalezione obrazy dla zapytania poirot suchet
Źródło zdjęcia: http://pixelrz.com/lists/suggestions/poirot/

Część ósma - o perfekcjonizmie Poirota i jego oczach

źródło zdjęcia: TUTAJ

Część dziewiąta - o podsumowaniach Poirota

Inne wywiady z Suchetem na Youtube to:


 


 Oraz bardzo interesujący artykuł w Wyborczej:

http://wyborcza.pl/1,75410,18410543,hercules-poirot-genialny-paranoik-powraca.html?disableRedirects=true


Zapraszam. Mam nadzieję, że komuś pomogłam.
Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

niedziela, 30 kwietnia 2017

Żenująca podróbka kryminałów Christie czyli "Zamknięta trumna"

Przystępując do formułowania tej opinii, nadal nie wiem, czy ta książka jest warta tego, aby o niej pisać.

Na okładce po raz kolejny spotkały się nazwiska Agathy Christie i Sophie Hannah. To druga odsłona przygód "zmartwychwstałego" pseudo-Poirota, czyli "Zamknięta trumna". Narratorem jest tu Edward Catchpool, śledczy ze Scotland Yardu. Akcja rozgrywa się pod koniec 1929 roku. Catchpool i Hercules Poirot zostają zaproszeni do Lilieoak, irlandzkiej posiadłości słynnej pisarki, nietuzinkowej starszej kobiety. Podczas uroczystego obiadu lady Athelinda Playford wygłasza osobliwe oświadczenie – zamierza zmienić testament, wydziedziczyć dzieci i cały swój majątek przekazać sekretarzowi, Josephowi Scotcherowi. Decyzja jest dziwaczna – nowemu spadkobiercy, człowiekowi ciężko choremu, pozostało wszak tylko kilka tygodni życia. Niebawem dochodzi do brutalnego morderstwa – Scotcher zostaje zatłuczony pałką. Wydaje się, że każdy miał sposobność, aby zabić.

Na okładce możemy przeczytać:
"Barwne postaci, dowcipne dialogi, liczne fortele utrudniające odgadnięcie zagadki i wreszcie zakończenie na miarę Agathy Christie zapewnią czytelnikowi niezapomnianą lekturę"*. 
Bzdura bzdurę bzdurą pogania. Ani jedno z tych stwierdzeń nie jest prawdziwe. Może poza tym o niezapomnianej lekturze – ale to książka, o której trudno zapomnieć, bo jest tak zła. Zwłaszcza jeżeli zestawi się ją z najlepszymi osiągnięciami Christie.

"Barwne postaci"? Nie – zupełnie papierowe, psychologicznie miałkie, nieprawdziwe (szczyt szczytów to pan Rolfie, człowiek, który myśli tylko o jedzeniu i jest parodią sam w sobie. Nie da się kogoś takiego traktować poważnie, a nie mamy do czynienia z komedią, tylko z kryminałem). Co ważniejsze, niepasujące do swoich czasów. Niestety, dotyczy to również samego Poirota, czy raczej pseudo-Poirota Hannah. Jest irytujący, popełnia błędy, wygłasza żenujące żarty. "Dowcipne dialogi"? To chyba miał być dowcip. Agatha Christie celowała w dialogach. Tutaj są po prostu marne, męczące, a kolejne kwestie równie żenujące jak bohaterowie, którzy je wygłaszają. Język prostacki, wulgarny, niemający nic wspólnego z pierwowzorem. I tak mówi tu każdy – od pokojówki po właścicielkę posiadłości. Sama narracja zaś jest mdła.

Fabuła została "napompowana", zagadka mało nas obchodzi, rozwiązanie pogrąża tę powieść. Oczywiście, na końcu Poirot zbiera wszystkich i wygłasza wykład. Późniejsza pogawędka ze sprawcą to już jakaś parodia, bliższa raczej najgorszym współczesnym thrillerom niż pełnym klasy kryminałom Christie. Rozwiązanie okazuje się tak dziwaczne, a intryga tak przekombinowana i wydumana, że szkoda słów. Czytając, myślałem o Królowej Kryminału, u której wystarczyło zmienić jedno mylne założenie, aby wszystkie elementy zaczęły do siebie pasować jak puzzle. Tutaj tego nie ma. Wszystko zagmatwane na siłę.

Gdybym miał użyć jednego słowa na określenie tej powieści, napisałbym "ordynarna". Taka jest "Zamknięta trumna" w każdym calu. To żenująca parodia Agathy Christie. I smutno się robi na myśl, że jej nazwisko widnieje na okładce tej książki, niemającej wiele wspólnego z jej pisarską klasą. Sophie Hannah być może rzeczywiście jest wielką fanką Christie – ale napisanie tego powieścidła (podobnie jak wcześniejszych "Inicjałów zbrodni") stanowi przejaw braku szacunku dla tej wielkiej pisarki i jej spuścizny.

Nie polecam. To gniot. Sophie Hannah (skądinąd autorka całkiem niezłych thrillerów psychologicznych) powinna się zająć pisaniem własnych książek, a nie tworzeniem żenujących podróbek cudzej twórczości.

---
* Sophie Hannah, "Zamknięta trumna", przeł Urszula Gardner, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016; tekst z okładki.

Opinia pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Agata Christie "Pięć małych świnek"

"Pięć małych świnek” to książka z jednej strony typowa, z drugiej zaś zupełnie nietypowa dla całej twórczości  Agaty Christie. 
Jest typowa, bo opowiedziana jest historia  zabójstwa, a zabić mogła jedna z sześciu osób, które w tym samym czasie znajdowały się w tym samym domu, czy jego otoczeniu. Poprzez psychologiczną dedukcję należy wskazać, która z tych osób jest zabójcą. 
A książka jest nietypowa, bowiem Herkules Poirot przystąpił do rozwiązywania zagadki zabójstwa, które rozegrało się 16 lat wcześniej. Z reguły u Christie wydarzenia rozgrywają się na bieżąco, tzn.  toczy się akcja  i w pewnym momencie ktoś zostaje zabity. Rzadko kiedy jest inaczej. 
Nie znam całej twórczości Christie, ale z książek , w których szuka się zabójcy, który zabił wiele lat wcześniej, kojarzę tylko „Nemezis.” W każdej niemal powieści są nawiązania do przeszłości, niemal każdy ma bowiem swoje tajemnice i to w nich tkwi klucz do rozwiązania zagadki. 


W tym przypadku otruty został artysta malarz Amyas Crale. Zabić go mogła żona Karolina, gdyż miał kochankę i zamierzał odejść z kochanką. Kochanka – Elza - teoretycznie też mogła dokonać zabójstwa. Zabić mógł przyjaciel malarza – Meredith Blake, który podkochiwał się z Karolinie. Mogła też to zrobić młodsza siostra Karoliny, Angela , niemal dziecko w tamtym czasie. Na miejscu była też guwernantka, Cecylia, która przed nikim nie ujawniała swoich uczuć. No i zabójcą mógł też być Filip Meredith, również przyjaciel malarza, prawdopodobnie chciał on być kimś więcej niż tylko przyjacielem . Bezpośrednio po zabójstwie przeprowadzone zostało śledztwo i rozprawa sądowa, za dokonanie zabójstwa skazano żonę, Karolinę, która po wyroku szybko zmarła. Po 16 latach jej córka poprosiła Herkulesa Poirota , aby przyjrzał się tej sprawie, ona bowiem już jako dorosła nie wierzyła w winę matki, ale jednocześnie chciała poznać prawdę, nawet najgorszą . Herkules się zgodził. Spotkał się z osobami, które zaangażowane były w proces, a także z tymi, które spędziły ostatni dzień życia malarza wraz z nim. Te osoby które mogły być potencjalnymi zabójcami poprosił też, aby opisały na piśmie tamten dzień.

W twórczości Christie najciekawsza dla mnie jest psychologia. W tym przypadku podczas opisów spotkań Herkulesa z „pięcioma świnkami”, czyli pięcioma potencjalnymi zabójcami, a także podczas czytania pisemnych relacji tych osób, widać doskonale, jak bardzo ludzie są subiektywni. Każdy co innego zapamiętał z tamtego dnia. Co charakterystyczne, każdy inne osoby opisuje zupełnie inaczej, tak jakby była mowa o zupełnie kimś innym. Przykładowo gdy mowa była o Karolinie jedna osoba pogardzała nią za defetyzm i uległość wobec losu. Dla innej była ona uosobieniem romantyzmu. Ktoś inny widział w niej wielka damę. A jeszcze inny uważał, że Karolina była na wskroś zdeprawowana, sprawiała wrażenie kruchej i bezbronnej, wzbudzała w mężczyznach rycerskie uczucia. A w rzeczywistości była zimna, wyrachowana, na chłodno mogła zaplanować zabójstwo. Do tego celowo przyjęła na siebie pozę męczennicy, a pożycie małżeńskie z nią była dla męża istnym piekłem. Temu ostatniemu obserwatorowi kojarzyła się ona z Maria Stuart, która na zimno zaplanowała zabójstwo Darnleya. I jak się okazuje, dopiero po wysłuchaniu tych wszystkich relacji i po dodaniu własnych spostrzeżeń, Herkules mógł znaleźć rozwiązanie zagadki. Analogicznie, zupełnie odmiennie postrzegane są przez każdego inne osoby. Elza – kochanka – dla jednych jest cytując wprost dziwką, dla kogoś innego jest uosobieniem Julii z dramatu Szekspira.

Okoliczność, iż Poirot badał życie pięciu osób sprzed 16 laty oraz współczesne ich losy stały się dla niego asumptem do refleksji nad charakterem i przemijaniem czasu. Doszedł do wniosku, że „Spośród pięciu osób, z którymi się zetknął w związku z powierzoną mu sprawą , najwięcej szczęścia i powodzenia w życiu osiągnęli wcale nie ci, którzy przy starcie posiadali najwięcej szans”. Ta teza wydaje mi się szczególnie trafna, przypominają mi się chociażby różne rozpieszczane dzieci, które mają wszystko, gdy dorastają, bez pomocy rodziców nie są w stanie do niczego dojść. Odwrotnie jest z osobami, które muszą zmagać się z licznymi przeciwnościami losu.

Są też i refleksje na temat charakterów ludzkich. W ostatnio czytanej przez mnie „Porze przypływu” autorstwa właśnie Christie były tam wzmianki na temat tego, czy ludzie się zmieniają pod wpływem różnych okoliczności. Według pisarki nie zmieniają się wcale. Tutaj w czasie rozmowy z Angelą, siostrą Karoliny, rozważany był przypadek, czy Ames nie mógł po prostu popełnić samobójstwa. Wszyscy co go znali, mówili, że jest to absolutnie niemożliwe. Rozmówcy zastanawiali się, czy rzeczywiście jest to niemożliwe. I autorka stwierdza „Większość ludzi robi rzeczy nieprawdopodobne – to znaczy rzeczy, które pozornie nie leżą w ich charakterze. Ale zakładamy, że gdyby się ich znało bardzo dobrze, okazałoby się, że w gruncie rzeczy są one zgodne z ich charakterem”. To też jest genialne stwierdzenie. Często rzeczywiście uważa się, że ktoś zrobił coś tak nieprawdopodobnego, że nikt się tego po nim nie spodziewał. Tymczasem po głębszym zastanowieniu nad charakterem tej osoby to zachowanie przestaje wydawać się już takie dziwne.
 
W „Pięciu małych świnkach” występuje też dodatkowy element, szalenie ciekawy. Widać wyraźnie, że Christie fascynowała się malarstwem. Nie miała ona formalnie wielkiego wykształcenia, ale po lekturze jej książek widać jasno, że nie była w stanie funkcjonować bez kontaktu z dobrami kultury, jak literatura, teatr czy sztuka. Czytelnik w tym tomie nie tylko może zastanawiać się nad tym, kto zabił, ale też może niemal podziwiać obrazy zamordowanego. Herkulesa Poirota intrygowało bardzo, jak on malował, a szczególnie interesował go ostatni obraz. Wiedział, że malował on swoją kochankę. Detektyw domyślał się, że po zobaczeniu obrazu będzie można zorientować się, czy malarz faktycznie był w tej dziewczynie zakochany, a jeżeli tak, to co go tak zafascynowało, czy uroda, czy charakter, czy jeszcze coś innego. I udało mu się ten obraz obejrzeć. Pozornie mógł wydać się banalny, widniała na nim młoda dziewczyna, siedząca na balustradzie na tle morza. Ale Christie umie odczytywać głębszy przekaz obrazów. Artysta miał nie tylko na myśli ocalenie od zapomnienia wizerunku konkretnej dziewczyny. 

„Dziewczyna to było uosobienie życia. Wszystko co jest, co może być życiem, młodością, oślepiająco witalną. Twarz promieniała życiem. A oczy? Ile w nich życia. Namiętna, żywiołowa młodość.” „Oto, co uczyniło do ślepym i głuchym w stosunku do tego uosobienia łagodności, jakim była jego żona.” Czytając książkę warto zwrócić uwagę właśnie na to, jak młoda, głupiutka dziewczyna była w stanie uwieść malarza.

W powieści są też nawiązania do Szekspira, nawet i cytat. Właśnie taka jest Christie, z głęboką wiedzą o świecie i kulturze, a przede wszystkim o naturze ludzkiej.





wtorek, 18 kwietnia 2017

"Niedziela na wsi"

Tytuł oryginału: „The Hollow”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2015
Tłumacz: Joanna Bartosik
Ilość stron: 256
Ocena: 5/6

Hercules Poirot znowu w akcji!

Dawno nie czytałam powieści, w której słynny detektyw prowadziłby śledztwo. Postanowiłam więc to zmienić i po raz kolejny sięgnąć po powieść Agathy Christie, żeby przypomnieć sobie jego słynne metody. Chociaż tym razem miał bardzo trudne zadanie.

Rzecz jasna skoro Hercules Poirot wkracza do akcji, to musiało dojść do morderstwa. A do rzeczonego zdarzenia dochodzi w wiejskiej posiadłości The Hollow należącej do państwa Angkatellów. Ginie jeden z gości przebywających u szanownego państwa. Tylko kto mógł go zamordować? Każdy z pozostałych gości mógł mieć motyw. A może ktoś ze służby? Dowody, czy może raczej poszlaki, raz przybliżają do potencjalnego sprawcy, raz oddalają. Detektyw rzecz jasna w pewnym momencie domyślił się, kto zamordował, ale my - czytelnicy dowiadujemy się tego tradycyjnie pod koniec powieści.

Muszę przyznać, że Christie po raz kolejny wyprowadziła mnie w pole. Do końca nie miałam stuprocentowej pewności, kto jest sprawcą. Może to dlatego wciągnęłam się w czytanie i uznałam tę powieść za jedną z lepszych powieści autorstwa Christie (z tych, które dotąd czytałam).

Sam Hercules Poirot nie irytował mnie tak, jak w niektórych innych powieściach. Irytował mnie za to słynny lekarz John Christow. Czy aby na pewno taki sympatyczny? No... Mam wątpliwości. Najciekawszą bohaterką w moich oczach okazała się Henrietta, inteligentna artystka.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów. Ci którzy czytali, zapewne trochę ich pamiętają, tym którzy chcą przeczytać, nie chcę zepsuć przyjemności z rozwiązywania zagadek.

Kryminał bardzo dobry. Rzecz jasna – możemy powiedzieć, że może nieco przestarzały, że współczesne są lepsze, ale powieści Agathy Christie wciąż mają w sobie to „coś”, co nigdy się nie zestarzeje.

środa, 12 kwietnia 2017

Co się wydarzy w Stonygates? [Agatha Christie "Strzały w Stonygates"]

W "Strzałach w Stonygates" przyjaciółka panny Marple - Ruth Van Rydock - prosi pannę Marple o pomoc. Niepokoi się o swoją siostrę, Caroline Serrocold (zwaną Carrie-Louise), a jednocześnie nie potrafi sprecyzować źródeł tego niepokoju. W atmosferze Stonygates - imponującej, choć zapuszczonej posiadłości - jest coś złowieszczego. Co tam się właściwie dzieje? Panna Marple podejmuje wyzwanie i odwiedza przyjaciółkę. Atmosfera w Stonygates rzeczywiście nie jest sielankowa. Panuje tu trudne do zdefiniowania napięcie. A jednak przecież to nie zbrodnia, zaledwie zagadka. Do morderstwa dochodzi później w dramatycznych okolicznościach. Kto zastrzelił Christiana Gulbrandsena, kuratora podlegającej Lewisowi Serrocoldowi placówki resocjalizacyjnej dla trudnej młodzieży? Czy to ktoś z domowników? Służby? A może któryś z młodocianych recydywistów przebywających na terenie Stonygates? 

"W tym domu wszyscy są obłąkani"[1] 
- mówi jeden z bohaterów. Trochę to krzywdząca i niesprawiedliwa ocena. To raczej kwestia wspomnianego napięcia panującego między członkami jednej rodziny. Mnóstwo tu żalu, niechęci, zazdrości, niezasklepionych jeszcze ran. Agatha Christie po raz kolejny stworzyła szereg barwnych, przekonujących postaci. Oczywiście to postaci nakreślone dosyć grubą kreską, a jednak dość złożone. Często ich wizerunek zostaje w toku powieści przełamany, gdy do głosu dochodzą sekrety, traumy, tłumione emocje.

Być może najbarwniejszą z nich jest właśnie Carrie-Louise Serrocold. To idealistka, która - w opinii innych - nie dostrzega zła i brzydoty panujących na świecie. Jest otoczona miłością i szacunkiem - najbliżsi chcą ją chronić za wszelką cenę. Równie ciekawym bohaterem jest jej trzeci mąż, Lewis. To wizjoner, który prowadzi zakład resocjalizacyjny dla młodych, ma poczucie misji 
"Jest jednym z tych ludzi o niespożytej energii, którzy uwielbiają żyć o kromce chleba i szklance mleka, a całe swoje siły poświęcić jakiemuś »szczególnemu przypadkowi«"[2]
Wierzy, że jego podopieczni dostali złe wzorce, wyrastali w warunkach, które przyczyniły się do tego, że weszli oni na drogę przestępczą. Znajdując im zajęcia - wymagające kreatywności, zręczności, wreszcie odpowiedzialności - pan Serrocold pomaga im odnaleźć się w świecie na nowo. Co ciekawe - takie podejście wzbudza dużo zastrzeżeń, a nawet swego rodzaju pogardę. Agatha Christie z właściwą sobie niepozbawioną humoru ironią przedstawia przemyślenia społeczeństwa na kwestię resocjalizacji. Oddam głos Ruth Van Rydock:
"Filantropia również podlega różnym modom. W czasach Gulbrandsena konikiem wszystkich była edukacja. Teraz te sprawy przejęło państwo i możliwość kształcenia należy się każdemu, więc nikogo to tak naprawdę nie interesuje. Ostatnim krzykiem mody jest resocjalizacja nieletnich przestępców. Tych młodych rzezimieszków mamy teraz tak wielu, że wszyscy powariowali na ich punkcie"[3].
W Stonygates mieszka także Mildred Strete, wdowa po kanoniku, jedyne dziecko Carrie-Louise. Ta dojrzała kobieta nosi w sobie ogromną traumę zaniedbywanego, mniej kochanego dziecka (Christie kreśli przejmujący portret psychologiczny takiej osoby). Posiadłość odwiedza również Gina Hudd (przybrana wnuczka Carrie-Louise), której małżeństwo z Walterem, pospiesznie zawarte w czasach wojny, przeżywa kryzys. Z pozoru Gina jest femme-fatale, rozkochującą w sobie kolejnych mężczyzn. Tak naprawdę za jej postępowaniem kryje się gorzka filozofia: 
"Kobietom żyje się na tym świecie o wiele trudniej niż mężczyznom. Łatwiej je zranić. Potem mają dzieci i stają się tak bardzo zależne. A gdy stracą już swoją urodę, mężczyźni, którzy je przedtem kochali, przestają kochać. Kobiety są oszukiwane, odsuwane na dalszy plan. Nie oskarżam mężczyzn; pewnie byłabym taka sama. (…) Mówisz, że jestem okrutna. To świat jest okrutny. Prędzej czy później będzie on okrutny także i dla mnie. Ale na razie jestem młoda, ładna i pociągająca. (…) Cieszę się tym"[4]. 
Warto wspomnieć także o Edgarze Lawsonie, który stara się wmówić wszystkim, że jest synem jakiejś znanej osobistości (na przykład Winstona Churchilla).

"Strzały w Stonygates" to bardzo dobry kryminał, jak na Agathę Christie przystało. Intryga jest zawikłana, ale rozwiązanie okazuje się proste (a jednocześnie trudno na nie wpaść i poukładać wszystkie elementy w sensowną całość). Kryminalną słabością tej książki jest może pewien naddatek fabularny (wciśnięte na siłę i dosyć nieprzekonujące kolejne morderstwo). Ta powieść to także obraz tego, jak po wojnie zmieniła się Anglia. Wielkie wiktoriańskie rezydencje podupadają, trudno o dobrą służbę, dziewczęta wybierają inną drogę życiową, niż ich matki czy ciotki. A jednak pewne sprawy się nie zmieniają - na przykład niechęć do cudzoziemców. Rodzina ma cichą nadzieję, że za zbrodnię jest odpowiedzialny Walter Hudd, Amerykanin (a zatem obcy). Mildred Strete powie: 
"Któż inny mógł to zrobić, jak nie ten okropny Amerykanin, mąż naszej Giny? Jest tu jedynym obcym i nie wiemy o nim absolutnie nic. Prawdopodobnie jest jednym z tych okropnych amerykańskich gangsterów."[5]
Ta bohaterka wypowie też znaczącą uwagę (choć motywowaną też osobistą niechęcią): 
"Włoszce nie należy wierzyć, w dodatku jeszcze katoliczce"[6].
Warto zobaczyć, co wydarzyło się w Stonygates. To jedno z najciekawszych śledztw panny Marple. I przejmująca, w gruncie rzeczy smutna, historia.

[1] Agatha Christie "Strzały w Stonygates", przeł. Beata Długajczyk, Prószyński i S-ka 1999, s. 77.
[2] Tamże, s. 14.
[3] Tamże, s. 13-14.
[4] Tamże, s. 168.
[5] Tamże, s. 137.
[6] Tamże, s. 139. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Siostrzane uczucia czyli "Brzemię" - Mary Westmacott

Tegoroczną edycję akcji „Rendez-vous z Agathą Christie” [Akcja w BiblioNETce LINK] rozpoczęłam od pozycji najmniej chyba reprezentatywnej dla twórczości tej pisarki, bo nie dość, że niebędącej kryminałem, to jeszcze odstającej trochę od jej podobnych utworów. Wpadła mi w ręce, a raczej… została tam złożona przez innego członka fanklubu lady Agathy, poszłam więc na łatwiznę i zamiast się rozglądać za którąś z powieści z Poirotem lub panną Marple, wzięłam, co było na podorędziu, nie odczuwając zresztą z tego powodu specjalnego dyskomfortu, jako że moje doświadczenia z niekryminalnymi powieściami autorki były dotąd zupełnie pozytywne.

„Brzemię” opowiada historię dwóch sióstr, z których starsza, Laura, przeżywa w dzieciństwie zbyt wielu rzeczy, jakich dziecko przeżywać nie powinno. Nie, to nie to, o czym pomyśleliby odruchowo ci, co czytali zbyt dużo współczesnej literatury psychologiczno-obyczajowej; dziewczynka nie jest molestowana ani maltretowana – po prostu trafia w niekorzystną dla siebie konstelację wypadków i ludzkich uczuć. Pierwszą dekadę życia spędza w cieniu starszego brata; on to pierworodny syn, urodziwy, błyskotliwy, rezolutny, otwarty w kontaktach z ludźmi; ona jest szarą myszką pozbawioną wszystkich dziecięcych wad – ani niejadek, ani mała złośnica, ani beksa, ani wiercipięta – ale też ani specjalnie ładną, ani nieprzeciętnie ujmującą, inteligentną co prawda, lecz nieumiejącą się tą inteligencją popisać: ot, takie dziecko, którego nikt nie zauważy, jeśli się ciężko nie rozchoruje. Mimo wątłej konstytucji to nie ona jednak zapada na poważną chorobę zakaźną, lecz Charles, oczko w głowie i nadzieja obojga rodziców. I to Charlesa, nie ją, zabiera śmierć, co Arthur i Angela uważają za tragiczną pomyłkę losu; jeśli nawet wstydzą się otwarcie przyznać, że raczej Laurę niż jego woleliby ujrzeć w trumnie, okazują to dostatecznie wyraźnie, by nie umknęło uwagi córki. Ale przecież żałoba w końcu przeminie, a Laura zostanie, i może wtedy doczeka się tego, co powinna była od rodziców otrzymać wcześniej: odrobiny zainteresowania i czułości? Niestety. Rodzi się nowe dziecko. Nie chłopiec co prawda, lecz takie ładne i takie bezradne, a Laura przecież jest już duża, więc nikt się o nią troszczyć nie musi… Stary przyjaciel rodziny próbuje Franklinom unaocznić problem córki, ale i on nic na to nie poradzi, że w sercu dziewczynki lęgną się zgoła niepozytywne uczucia. Potem jednak wydarza się coś, co sprawia, iż Laura przewartościowuje swój stosunek do siostry o sto osiemdziesiąt stopni. Wkrótce zastąpi jej matkę i ojca, najchętniej zastąpiłaby także męża, gdyby to tylko było możliwe. A co będzie, gdy Shirley zechce pójść własną drogą?...

Wierny fan twórczości Lady Agathy zauważy tu z pewnością niejakie podobieństwo do sytuacji opisanej w „Córka jest córką”; ta głęboka więź między dwiema najbliższymi sobie kobietami (tam – matką i córką, tu – starszą i młodszą siostrą) – tak głęboka, że przeradzająca się w żywiołową zazdrość i/lub sublimująca w patologiczną wręcz nadopiekuńczość – to zjawisko dobrze znane psychologom, a także zwykłym ludziom, którzy potrafią wnikliwie innych obserwować (i do których bez wątpienia autorka należała). Jak Sara usilnie próbuje sprawić, by Anna nie poślubiła Richarda, a Anna gotowa na głowie stanąć, żeby tylko Sara nie wyszła za Gerry’ego – tak Laura dokłada wszelkich starań, by zapobiec małżeństwu Shirley i Henry’ego lub przynajmniej jak najbardziej je opóźnić. I nie bez racji; ale posądzenie o celowe rzucanie zakochanej parze kłód pod nogi – czy raczej o samą motywację do takiego postępowania, jaką wedle Henry’ego jest zazdrość i obawa przed uniezależnieniem się siostry – tak boli, że w końcu wbrew sobie Laura pozwoli temu prawie jeszcze dziecku, które sama wychowała, pójść za głosem serca. Bo co by dał jej upór? To, że Shirley miałaby nieustający żal do siostry i wierzyłaby niezachwianie, iż ta z niskich pobudek udaremniła jej zaznanie małżeńskiego szczęścia! Finał tej historii, ukazujący, kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) zyskał, a kto stracił, rozegra się dopiero po kilkunastu latach. Znów analogia do „Córka jest córką”. Wydawałoby się więc, że "Brzemię" udało się autorce równie dobrze.

I tu zaskoczenie: niestety, nie. O ile część pierwsza, ukazująca uczucia i dylematy Laury z jej punktu widzenia, i część druga, w której od czasu do czasu narrator przenosi swoją uwagę na Shirley, dotrzymują kroku pozostałym powieściom psychologicznym Westmacott, o tyle część trzecia wydaje się z zupełnie innej bajki. Oto niczym diabeł z pudełka wyskakuje na scenę zupełnie obca postać: Llewellyn Knox, nawiedzony kaznodzieja i, jak by dziś powiedziano, celebryta, któremu nawracanie ludu w świetle reflektorów i fleszy tak nadwerężyło organizm, że musi biedak szukać ratunku na tropikalnej wyspie. Dotarłszy tam, poczyna zanudzać przypadkowo poznanych ludzi przydługimi perorami natury etyczno-metafizycznej. „Co jest, u licha” – mówimy początkowo – „a ten cóż tu robi?”. Niemniej jednak, jeśli uważnie przeczytaliśmy część drugą, dość rychło domyślimy się, z kim los zetknął nieszczęsnego teologa, choć po co go w ogóle tenże los pchał do akcji, zostanie ujawnione dopiero w finale. A wtedy z niedowierzaniem przetrzemy oczy: nie dość, że problemy jednej z sióstr zostają wytłumaczone w sposób niekoniecznie przekonujący (przynajmniej w świetle tego, co wcześniej o niej wiedzieliśmy), to jeszcze drugiej autorka funduje taką „receptę na szczęście”, że nawet Danielle Steel by się zastanowiła, zanimby podobny pomysł przelała na papier.

To potknięcie konstrukcyjne razi na tyle, że na nic język i styl, na nic wrażenie, jakie pozostało po doskonałych scenkach rodzajowych i świetnych analizach psychologicznych z części pierwszej i drugiej: z bólem serca ocenę obniżamy co najmniej o jedno oczko. Jeśli już dość dobrze znamy twórczość lady Agathy, jakoś się z tym dysonansem pogodzimy – w końcu każdemu pisarzowi może się trafić niewypał – ale gdybyśmy od "Brzemienia" zaczęli, zapał do poznawania innych jej utworów mógłby być nierównie mniejszy. 

Recenzja pochodzi z portalu Biblionetka. Autorką recenzji jest Dot59.

sobota, 1 kwietnia 2017

Lepiej nie budzić morderstwa… - Uśpione morderstwo, Agatha Christie


"Gwenda poczuła dreszczyk emocji – zupełnie jakby rozpoznała miejsce, którego szukała. To jej dom! Była tego zupełnie pewna. Mogłaby naszkicować ogród, wysokie okna – och, tak, dom był właśnie taki, jakiego pragnęła"[1].

Gwenda Halliday Reed, młoda mężatka, wraca do Anglii z Nowej Zelandii. Ma zamiar poszukać domu, w którym ona i jej mąż Giles mogliby zamieszkać. Posiadłość Hillside wydaje się idealna. A jednak po przeprowadzce następują zdumiewające zbiegi okoliczności. Okazuje się, że praktyczne drzwi, które Gwenda chciałaby wstawić między salonem a jadalnią, istotnie kiedyś już znajdowały się w tym miejscu, a wymarzona kwiatowa tapeta widniała już na ścianach. Bohaterka odczuwa coraz silniejszy niepokój. Zaczyna podejrzewać u siebie zaburzenia psychiczne. Podczas wizyty w teatrze, słysząc pewną dramatyczną kwestię, zaczyna krzyczeć, przerażona zdumiewającą wizją. Czy to możliwe, aby jako dziecko widziała mordowaną młodą kobietę i – jak byśmy dziś powiedzieli – zepchnęła to wydarzenie do podświadomości? Jakie wspomnienie i jaką historię obudziły słowa sztuki teatralnej? Kim była piękna Helen?

Pomocy udziela bohaterce panna Marple. Szybko okazuje się, że zbiegi okoliczności mają swoje uzasadnienie. Gwenda jako dziecko mieszkała w Hillside. Dopiero później ojciec wysłał ją do Nowej Zelandii. Z pomocą Gilesa i panny Marple kobieta odtwarza swoją przeszłość. Jednak nie wszystko się wyjaśnia, wręcz przeciwnie – sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i mroczna. Czy osiemnaście lat temu rzeczywiście doszło do morderstwa? A może Helen żyje? Panna Marple sugeruje Reedom, aby dla własnego dobra zostawili to "uśpione morderstwo". Nie słuchają jej – naiwnie traktują swoje dochodzenie jak ekscytującą przygodę. Ich dociekliwość sprawia, iż budzą się dawne demony. Wkrótce morderca uderzy raz jeszcze, a młodzi małżonkowie zrozumieją, że to nie jest przyjemna zabawa w detektywa i grozi im prawdziwe niebezpieczeństwo. Do śledztwa włącza się panna Marple. Posuwając się do umiejętnych manipulacji, o które doprawdy trudno podejrzewać taką miłą, nieszkodliwą starszą panią, poznaje lokalne plotki ("Starsze panie mają prawo być wścibskie. A w ten sposób można zebrać sporo informacji"[2]). Jest przenikliwa, nie ufa ludziom – i ostatecznie dzięki temu zbliża się do zdemaskowania mordercy.

kadr z filmu

"Uśpione morderstwo" to zdumiewające dzieło w dorobku Agathy Christie. Zaczyna się jak duszny thriller psychologiczny i nawet kiedy w końcu płynnie przechodzi w rasowy kryminał, nadal jest tu mnóstwo napięcia rodem z klasycznego dreszczowca. Giles i Gwenda stopniowo odsłaniają historię zdumiewająco mroczną, wzbudzającą silny niepokój (tego typu powieści Christie zacznie tworzyć dopiero pod koniec swej pisarskiej kariery). Historię młodej kochliwej dziewczyny, istnej femme fatale, która szukała szczęścia u boku kolejnych mężczyzn, a jednak żyła w ciągłym strachu. Dlaczego? 

kadr z filmu

Fascynująca, utrzymana w mrocznym klimacie fabuła to tylko jeden z wielu atutów "Uśpionego morderstwa". Akcja ma właściwe, niespieszne tempo. Narracja jest płynna, pojawiają się przebłyski cierpkiego angielskiego humoru (kapitalne scenki rodzajowe). Powieść zaludniają świetnie sportretowane postaci. Bardzo przekonująco wypadają nie tylko Reedowie, ale także zamknięty w sobie doktor James Kennedy, prawnik Walter Fane ("Naprawdę bardzo miły, tylko należy do tego gatunku ludzi, którzy nigdy nie zauważasz. Wiesz, takich co to przychodzą na przyjęcie, ale nigdy nie spostrzegasz, kiedy z niego wyszli. (…) Taki miły bezpieczny mężczyzna, którego można by bez obawy poślubić, gdyby nie fakt, że nie ma się na to najmniejszej ochoty"[3]), jego apodyktyczna matka, która najchętniej słucha własnych opowieści, atrakcyjny, ale przeżywający małżeński dramat u boku zazdrosnej żony Richard Erskine czy wreszcie Lily Abbott Kimble, dawna pokojówka, ciekawska, ekscytująca się sprawami kryminalnymi. Sama intryga może nie należy do najbardziej skomplikowanych, jakie udało się autorce wymyślić, ale jest spójna i – okazuje się w gruncie rzeczy prosta (choć nie oznacza to, że łatwo ułożyć wszystkie puzzle). 

kadr z filmu
John Curran w swoich analizach nazwał "Uśpione morderstwo" poprawną powieścią detektywistyczną i umieścił wśród mniej udanych utworów Agathy Christie. Trudno mi się z tym zgodzić (a stwierdzenie, że "jest właściwie książką dość bezbarwną"[4] uważam za zwyczajnie krzywdzące). Ten utwór pokazuje zupełnie inne możliwości pisarki w obrębie literatury kryminalnej. Bardzo dobry kryminał łączy się tu z niepokojącym thrillerem, opisana historia jest przerażająca, a przy tym przejmująco smutna. Nic dziwnego, że Agatha Christie w schyłkowej fazie twórczości zaczerpnęła wiele motywów właśnie z tej – bardzo udanej – powieści. Wiele z użytych w niej rozwiązań i pomysłów pojawi się w "Domu nad Kanałem" (gdzie znajdujemy fragment niemal dosłownie z niej wzięty), "Zbrodni na festynie", "Wigilii Wszystkich Świętych", "Słonie mają dobrą pamięć" czy "Nemezis".

Wielbiciele dobrych kryminałów na pewno nie będą zawiedzeni. "Uśpione morderstwo" to kolejny błyskotliwy sukces panny Marple i – w moim odczuciu – jedna z najciekawszych i najlepiej dopracowanych powieści z jej udziałem.

---
[1] Agatha Christie, "Uśpione morderstwo", przeł. Anna Minczewska-Przeczek, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 8.
[2] Tamże, s. 102.
[3] Tamże, s. 114.
[4] John Curran, "Sekretne zapiski Agathy Christie", przeł. Beata Długajczyk, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010, s. 245.

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, a jej autorem jest Misiak297.

poniedziałek, 27 marca 2017

Agatha Christie „Kieszeń pełna żyta”


„Kieszeń pełna żyta” to typowy kryminał A. Christie. Idealnie nadaje się do tego, aby odszukiwać w świecie rzeczywistym sylwetki osób, sportretowanych przez pisarkę. Jak już pisałam wcześniej, uwielbiam coś takiego robić. Zawsze podczas czytania Christie zastanawiam się, kto z moich znajomych lub rodziny ma taki sam charakter , jak ktoś z bohaterów książki. W tym przypadku jest to typowa książka Chrisite, bo wiadomo, że zabił ktoś z domowników, których wielu nie jest. A wszystkich poznajemy po kolei. Charaktery są ponadczasowe.
     Wydarzenia rozgrywają się w olbrzymim domostwie bardzo bogatej rodziny, nazwanej przekornie Domkiem pod Cisami. Wszystko rozpoczyna się od zgonu pana domu – przedsiębiorcy Rexa Fortescue, który zaraz po przyjściu do biura i wypiciu herbaty padł trupem. Okazało się, że został otruty  niacyną,  która  działa bardzo szybko. Nie ma innej możliwości, jak ta, że został on otruty w domu podczas śniadania. A w domu była jego żona, druga już, młodziutka, po której widać, że poleciała na jego pieniądze. Kobieta ta miała kochanka, jeszcze bardziej chytrego, niż ona sama, bo kochanek ten z kolei miał plan, że gdy ona zostanie bogatą wdową, będzie chciała ponownie wyjść za mąż, a wtedy on będzie pod ręką. Był też dorosły syn z pierwszego małżeństwa Rexa Fortescue, Parsival z żoną. Parsival robił idealne pierwsze  wrażenie, był pupilkiem ojca, ale to tylko pozory, im bardziej się go poznawało, tym bardziej widoczne był, że pod maską uczciwego człowieka kryje się ktoś inny. Jego żona pozornie robiła wrażenie mało rozgarniętej, ale w rzeczywistości w niektórych momentach widać było całkiem bystre, chytre spojrzenie. Córka Rexa wydawała się najnormalniejsza z całej rodziny. Służba to wyjątkowo głupia służąca – Gladys, sprytny, lubiący zaglądać do kieliszka kamerdyner, pyskata kucharka i uporządkowana, inteligentna zarządzająca domem Mary Dove. Po śmierci pana domu do Domku pod Cisami przybył z zagranicy drugi syn, ujmujący, ale będący w permanentnym konflikcie z ojcem, Lancelot z żoną.

      W miarę, jak rozgrywają się wydarzenia, można śledzić charaktery tych osób. Dla mnie najtrudniejszym było znalezienie alter ego kochanka żony. Znam sporo kobiet, wychodzących za mąż dla pieniędzy,  nawet za odrażających staruchów. Wydawało mi się, że nie znam za to męskiego odpowiednika takiego charakteru.  Po głębszym zastanowieniu okazało się, że sporo jest takich i w moim otoczeniu.
     Jak to u A. Christie bywa, jest i tajemnica z przeszłości. Rex długo wcześniej był współwłaścicielem kopalni w Afryce. Jego wspólnik zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a wszystko wskazuje na to, że mógł mieć z tym związek właśnie Rex. Zmarły w Afryce wspólnik miał żonę w i dwoje dzieci. Nie można wiec wykluczyć, że któreś z dorosłych dzieci mogło wejść do rodziny Fortescue i dokonać zemsty.

      Christie wplotła w akcję różne dygresje na temat charakteru ludzkiego. Są one stale zastanawiające. Przykładowo w jednej ze scen, Mary Dove była wypytywana przez policjanta na temat tego, czy w określonym momencie widziała przez okno kogoś w ogrodzie. Mary widziała i od razu powiedziała, że wydawało jej się, że to był … tu podała imię tej osoby, nazwijmy go X. Nie mogę oczywiście  napisać, kto to mógł być, którego zabójstwa to dotyczyło i jaki był związek tego mężczyzny z wydarzeniami. Wszystko jest jasne dopiero na końcu. Policjant zakomunikował Mary, że to nie mógł być X, bo o tej godzinie nie było go w domu. Mary przypomniawszy sobie, że rzeczywiście o tej godzinie X w domu nie było, zaczęła się wycofywać z tego, co powiedziała. Uznała, że musiał to jednak być ktoś inny. Okazało się później, że jednak pierwsze skojarzenie było trafne i faktycznie to był X. Gdyby policja wzięła pod uwagę tę ewentualność, że X był w ogrodzie, przyśpieszyłoby to rozstrzygnięcie sprawy. Skojarzyło mi się od razu, jak często ludzie wycofują się ze swoich spostrzeżeń  lub w ogóle zmieniają zdanie pod wpływem cudzej sugestii. A sugerujący, z kolei, w rozmowie niczego nie zyskują od drugiej strony. No i często przecież tak bywa, że gdy chcemy sobie coś przypomnieć, czy skojarzyć, trafne jest właśnie pierwsze wrażenie, czyli coś, co wynika z podświadomości, co nie podległo jeszcze obróbce intelektu. Szkoda, że często  rezygnujemy z tego, co od razu nam przyszło do głowy jako pierwsza myśl lub pierwsze wrażenie.
         Różnych ciekawych obserwacji charakterologicznych jest zdecydowanie więcej, nie sposób tu wszystkich wymienić. Szczególnie ciekawe było ukazanie, jak bardzo szkodliwa może być zwykła głupota, niemal tak, jak i prawdzie wyrachowanie, połączone z olbrzymim intelektem.
      Zauważyłam jeszcze jedno. Kilka lat temu oglądałam film „Kieszeń pełna żyta” z Joan Hickson. Pamiętałam mniej więcej film, gdy czytałam książkę. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyłam, że jeśli ktoś czytałby bardzo, ale to bardzo uważnie, zauważyłby jednak pewne mini poszlaki, które bardzo wcześnie wskazywały na właściwego mordercę. Były też i mylne poszlaki, wskazujące na innych, ale te właściwe były znacznie sensowniejsze i znacznie  bardziej sugestywne. Nie wiem, czy pisarka zrobiła to celowo, czy tak  tylko jej wyszło.  No i życiu też tak jest, jeżeli obserwowalibyśmy ludzi wnikliwiej, mniej byłoby zaskoczeń co do ich zachowania .
       Wydawca napisał, że jest to najbardziej gorzka powieść A. Christie. Faktem jest, że wszyscy niemal bohaterowie są tutaj obrzydliwi, a po zabitych nikt nie płacze. Ale i tak z tym stwierdzeniem się nie zgadzam. W innych jej powieściach też tak bywa.
6/6

środa, 22 marca 2017

Niełatwo się dzielić uczuciami - "Córeczka", Agatha Christie


Agatha Christie z córką Rosalind
Gdyby mi dano do przeczytania „Córeczkę” z zaklejonym nazwiskiem autorki, nie od razu bym je odgadła. Bo jest to nietypowy okaz jej twórczości, jeden z zaledwie kilku, które zupełnie wyrwała z ram swojego ulubionego gatunku. Kiedy już wiem, czyje to dzieło, nie mam powodu do zdumienia. Tych prób „odszufladkowania się” podjęła Christie więcej (i trudno powiedzieć, żeby którakolwiek była nieudana) a co więcej, wykraczanie poza konwencję widać przecież i w niejednym z najbardziej sztandarowych jej utworów. Dziś nas specjalnie nie dziwi – co najwyżej niektórych irytuje – gdy autorzy kryminałów rozbudowują życie wewnętrzne bohaterów, gdy wzbogacają intrygę elementami socjologiczno-obyczajowymi, w gruncie rzeczy zbędnymi dla rozszyfrowania zagadki. Ale w czasach, kiedy tworzyła Agatha Christie, kryminał miał być kryminałem, miał zawierać tylko takie informacje, które są w stanie naprowadzić detektywa na trop przestępcy. Ona jednak, na długo przedtem, zanim się stała najsłynniejszą na świecie przedstawicielką tego nurtu twórczości, instynktownie pojmowała, że dobarwienie zwykłej historii popełnienia i wykrycia zbrodni wyrazistymi portretami psychologicznymi i/lub nasyconymi ironią scenkami rodzajowymi nie odbiera tejże zbrodni ani grozy, ani tajemniczości. I zapewne równie instynktownie podejrzewała, że nikt nie uwierzy, iż autorka kryminałów potrafi napisać dobrą powieść obyczajową, toteż na użytek tego skromnego odgałęzienia swej twórczości przybrała zastępcze miano. Jako Mary Westmacott stworzyła między innymi omawiane tu dramatyczne studium relacji matki i córki, które jeszcze dziś robi mocne wrażenie, choć od czasów opisanych w powieści upłynęło mniej więcej 80 lat (rzecz dzieje się w latach 30. XX wieku).
Anna była kiedyś szczęśliwą żoną, trwało to jednak krótko; mąż zmarł, gdy ich dziecko miało zaledwie trzy lata. Najwyraźniej pozostawił też przyzwoity majątek, bo wdowa mogła bez przeszkód poświęcić się wychowaniu jedynaczki. Gdy rozpoczyna się ta opowieść, dziewiętnastoletnia Sara ma pracę – może nie szczególnie ambitną, ale pozwalającą się utrzymać – mnóstwo przyjaciół i niejednego adoratora, należy się więc spodziewać, że niebawem zacznie żyć już tylko własnym życiem (byle nie z Gerrym, którego, nie całkiem bezpodstawnie, jej matka uważa za nieudacznika!). A Anna liczy sobie zaledwie czterdzieści dwa lata, jest miła i atrakcyjna, dlaczego więc nie miałaby jeszcze kiedyś zakosztować małżeńskiego szczęścia? Tym bardziej że na podorędziu czeka paru panów stanu wolnego w stosownym wieku. Ale oto niespodziewanie zjawia się Richard, który w ciągu paru dni osiąga to, co nie udało się tamtym: kobieta widzi wprawdzie, że nie jest on ideałem, ale serce nie sługa, więc ochoczo zgadza się go poślubić, i to w całkiem nieodległej przyszłości. Jest tylko jeden problem: co powie Sara, która właśnie ma wrócić z wakacji? Anna słusznie się obawia, bo reakcja córki na obcego mężczyznę, z którym ma się podzielić domową przestrzenią i, co ważniejsze, uczuciami matki, jest daleka od pożądanej. Richard też nie stara się specjalnie zaskarbić sobie uczuć Sary, a jeśli nawet – czyni to w zdecydowanie nieodpowiedni sposób. Zaczyna się otwarta wojna, w której żadne z tych dwojga nie chce ustąpić. Już wkrótce przyszły małżonek postawi sprawę na ostrzu noża: albo Anna każe córce wyprowadzić się z domu, albo nici ze związku… 

Agatha z drugim mężem, Maxem Mallowanem
Od początku przypuszczaliśmy, czym się to skończy, nieprawdaż? Tego się można było spodziewać, sądząc po przemyśleniach głównej bohaterki. Ale na pewno nie podejrzewaliśmy jej o metamorfozę, którą widzimy w drugiej odsłonie. Czy ta ostentacyjnie ożywiona, przesadnie wyelegantowana kobieta to prawdziwa Anna, której dopiero teraz udało się wydobyć na wierzch własne „ja”? A może prawda jest inna? Zanim do niej dojdziemy, nie umknie naszej uwagi napięcie, jakie panuje teraz między matką i córką, i chociaż może sami nie jesteśmy przekonani, czy Gerry byłby dla Sary najlepszym partnerem, doznamy lekkiej konsternacji, widząc podejście Anny do alternatywy, jaka pojawia się na horyzoncie. Jaka szkoda, że nie docierają do niej perswazje starszej przyjaciółki i zrzędzenie wiernej gosposi! Trzecia odsłona utwierdzi nas w przekonaniu, że słusznie oceniliśmy sytuację. Tak, wina leży po obu stronach, więc teraz trzeba by dużo dobrej woli, żeby mogły naprawić to, czego jeszcze nie zdążyły zepsuć. Tylko czy potrafią?... 


Agatha Christie jako dziecko, obraz olejny

Choć nie ma w niej ani szczypty sensacji (może jedynie odrobinka niepewności w decydujących momentach: czy Anna opowie się po stronie córki, czy przyszłego męża? Czy Sara wybierze Lawrence’a, czy Gerry’ego?), „Córeczka” absorbuje naszą uwagę nie mniej niż pełnokrwiste kryminały, choć w zupełnie inny sposób. Tu koncentrujemy się na postaciach – zwłaszcza na Annie, bo to ona jest przedstawiona najpełniej i najbarwniej – i na relacjach między nimi, wyraźnie rysującymi się nie tylko w komentarzach narratora, ale przede wszystkim w dialogach. I jeśli nawet zakończenie wyda nam się nieco podbarwione na różowo, będziemy musieli przyznać, że autorka doskonale naszkicowała tę tak pospolitą sytuację (dziś chyba nawet częstszą i trudniejszą, bo choć znacznie mniej ludzi umiera w młodym wieku, redukując w ten sposób liczbę wdów i wdowców mogących potencjalnie wstąpić w nowy związek, to o wiele więcej się rozwodzi, a zaakceptowanie nowego partnera matki wcale nie jest łatwiejsze, gdy zajmuje on miejsce ojca żyjącego i pozostającego z dzieckiem w kontakcie…), dostarczając rodzicom dorastających i ledwie dorosłych dzieci sporo materiału do przemyśleń.

Autorką recenzji jest Dot59, a wpis pochodzi z serwisu BiblioNETka.