poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Agata Christie "Pięć małych świnek"

"Pięć małych świnek” to książka z jednej strony typowa, z drugiej zaś zupełnie nietypowa dla całej twórczości  Agaty Christie. 
Jest typowa, bo opowiedziana jest historia  zabójstwa, a zabić mogła jedna z sześciu osób, które w tym samym czasie znajdowały się w tym samym domu, czy jego otoczeniu. Poprzez psychologiczną dedukcję należy wskazać, która z tych osób jest zabójcą. 
A książka jest nietypowa, bowiem Herkules Poirot przystąpił do rozwiązywania zagadki zabójstwa, które rozegrało się 16 lat wcześniej. Z reguły u Christie wydarzenia rozgrywają się na bieżąco, tzn.  toczy się akcja  i w pewnym momencie ktoś zostaje zabity. Rzadko kiedy jest inaczej. 
Nie znam całej twórczości Christie, ale z książek , w których szuka się zabójcy, który zabił wiele lat wcześniej, kojarzę tylko „Nemezis.” W każdej niemal powieści są nawiązania do przeszłości, niemal każdy ma bowiem swoje tajemnice i to w nich tkwi klucz do rozwiązania zagadki. 


W tym przypadku otruty został artysta malarz Amyas Crale. Zabić go mogła żona Karolina, gdyż miał kochankę i zamierzał odejść z kochanką. Kochanka – Elza - teoretycznie też mogła dokonać zabójstwa. Zabić mógł przyjaciel malarza – Meredith Blake, który podkochiwał się z Karolinie. Mogła też to zrobić młodsza siostra Karoliny, Angela , niemal dziecko w tamtym czasie. Na miejscu była też guwernantka, Cecylia, która przed nikim nie ujawniała swoich uczuć. No i zabójcą mógł też być Filip Meredith, również przyjaciel malarza, prawdopodobnie chciał on być kimś więcej niż tylko przyjacielem . Bezpośrednio po zabójstwie przeprowadzone zostało śledztwo i rozprawa sądowa, za dokonanie zabójstwa skazano żonę, Karolinę, która po wyroku szybko zmarła. Po 16 latach jej córka poprosiła Herkulesa Poirota , aby przyjrzał się tej sprawie, ona bowiem już jako dorosła nie wierzyła w winę matki, ale jednocześnie chciała poznać prawdę, nawet najgorszą . Herkules się zgodził. Spotkał się z osobami, które zaangażowane były w proces, a także z tymi, które spędziły ostatni dzień życia malarza wraz z nim. Te osoby które mogły być potencjalnymi zabójcami poprosił też, aby opisały na piśmie tamten dzień.

W twórczości Christie najciekawsza dla mnie jest psychologia. W tym przypadku podczas opisów spotkań Herkulesa z „pięcioma świnkami”, czyli pięcioma potencjalnymi zabójcami, a także podczas czytania pisemnych relacji tych osób, widać doskonale, jak bardzo ludzie są subiektywni. Każdy co innego zapamiętał z tamtego dnia. Co charakterystyczne, każdy inne osoby opisuje zupełnie inaczej, tak jakby była mowa o zupełnie kimś innym. Przykładowo gdy mowa była o Karolinie jedna osoba pogardzała nią za defetyzm i uległość wobec losu. Dla innej była ona uosobieniem romantyzmu. Ktoś inny widział w niej wielka damę. A jeszcze inny uważał, że Karolina była na wskroś zdeprawowana, sprawiała wrażenie kruchej i bezbronnej, wzbudzała w mężczyznach rycerskie uczucia. A w rzeczywistości była zimna, wyrachowana, na chłodno mogła zaplanować zabójstwo. Do tego celowo przyjęła na siebie pozę męczennicy, a pożycie małżeńskie z nią była dla męża istnym piekłem. Temu ostatniemu obserwatorowi kojarzyła się ona z Maria Stuart, która na zimno zaplanowała zabójstwo Darnleya. I jak się okazuje, dopiero po wysłuchaniu tych wszystkich relacji i po dodaniu własnych spostrzeżeń, Herkules mógł znaleźć rozwiązanie zagadki. Analogicznie, zupełnie odmiennie postrzegane są przez każdego inne osoby. Elza – kochanka – dla jednych jest cytując wprost dziwką, dla kogoś innego jest uosobieniem Julii z dramatu Szekspira.

Okoliczność, iż Poirot badał życie pięciu osób sprzed 16 laty oraz współczesne ich losy stały się dla niego asumptem do refleksji nad charakterem i przemijaniem czasu. Doszedł do wniosku, że „Spośród pięciu osób, z którymi się zetknął w związku z powierzoną mu sprawą , najwięcej szczęścia i powodzenia w życiu osiągnęli wcale nie ci, którzy przy starcie posiadali najwięcej szans”. Ta teza wydaje mi się szczególnie trafna, przypominają mi się chociażby różne rozpieszczane dzieci, które mają wszystko, gdy dorastają, bez pomocy rodziców nie są w stanie do niczego dojść. Odwrotnie jest z osobami, które muszą zmagać się z licznymi przeciwnościami losu.

Są też i refleksje na temat charakterów ludzkich. W ostatnio czytanej przez mnie „Porze przypływu” autorstwa właśnie Christie były tam wzmianki na temat tego, czy ludzie się zmieniają pod wpływem różnych okoliczności. Według pisarki nie zmieniają się wcale. Tutaj w czasie rozmowy z Angelą, siostrą Karoliny, rozważany był przypadek, czy Ames nie mógł po prostu popełnić samobójstwa. Wszyscy co go znali, mówili, że jest to absolutnie niemożliwe. Rozmówcy zastanawiali się, czy rzeczywiście jest to niemożliwe. I autorka stwierdza „Większość ludzi robi rzeczy nieprawdopodobne – to znaczy rzeczy, które pozornie nie leżą w ich charakterze. Ale zakładamy, że gdyby się ich znało bardzo dobrze, okazałoby się, że w gruncie rzeczy są one zgodne z ich charakterem”. To też jest genialne stwierdzenie. Często rzeczywiście uważa się, że ktoś zrobił coś tak nieprawdopodobnego, że nikt się tego po nim nie spodziewał. Tymczasem po głębszym zastanowieniu nad charakterem tej osoby to zachowanie przestaje wydawać się już takie dziwne.
 
W „Pięciu małych świnkach” występuje też dodatkowy element, szalenie ciekawy. Widać wyraźnie, że Christie fascynowała się malarstwem. Nie miała ona formalnie wielkiego wykształcenia, ale po lekturze jej książek widać jasno, że nie była w stanie funkcjonować bez kontaktu z dobrami kultury, jak literatura, teatr czy sztuka. Czytelnik w tym tomie nie tylko może zastanawiać się nad tym, kto zabił, ale też może niemal podziwiać obrazy zamordowanego. Herkulesa Poirota intrygowało bardzo, jak on malował, a szczególnie interesował go ostatni obraz. Wiedział, że malował on swoją kochankę. Detektyw domyślał się, że po zobaczeniu obrazu będzie można zorientować się, czy malarz faktycznie był w tej dziewczynie zakochany, a jeżeli tak, to co go tak zafascynowało, czy uroda, czy charakter, czy jeszcze coś innego. I udało mu się ten obraz obejrzeć. Pozornie mógł wydać się banalny, widniała na nim młoda dziewczyna, siedząca na balustradzie na tle morza. Ale Christie umie odczytywać głębszy przekaz obrazów. Artysta miał nie tylko na myśli ocalenie od zapomnienia wizerunku konkretnej dziewczyny. 

„Dziewczyna to było uosobienie życia. Wszystko co jest, co może być życiem, młodością, oślepiająco witalną. Twarz promieniała życiem. A oczy? Ile w nich życia. Namiętna, żywiołowa młodość.” „Oto, co uczyniło do ślepym i głuchym w stosunku do tego uosobienia łagodności, jakim była jego żona.” Czytając książkę warto zwrócić uwagę właśnie na to, jak młoda, głupiutka dziewczyna była w stanie uwieść malarza.

W powieści są też nawiązania do Szekspira, nawet i cytat. Właśnie taka jest Christie, z głęboką wiedzą o świecie i kulturze, a przede wszystkim o naturze ludzkiej.





wtorek, 18 kwietnia 2017

"Niedziela na wsi"

Tytuł oryginału: „The Hollow”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2015
Tłumacz: Joanna Bartosik
Ilość stron: 256
Ocena: 5/6

Hercules Poirot znowu w akcji!

Dawno nie czytałam powieści, w której słynny detektyw prowadziłby śledztwo. Postanowiłam więc to zmienić i po raz kolejny sięgnąć po powieść Agathy Christie, żeby przypomnieć sobie jego słynne metody. Chociaż tym razem miał bardzo trudne zadanie.

Rzecz jasna skoro Hercules Poirot wkracza do akcji, to musiało dojść do morderstwa. A do rzeczonego zdarzenia dochodzi w wiejskiej posiadłości The Hollow należącej do państwa Angkatellów. Ginie jeden z gości przebywających u szanownego państwa. Tylko kto mógł go zamordować? Każdy z pozostałych gości mógł mieć motyw. A może ktoś ze służby? Dowody, czy może raczej poszlaki, raz przybliżają do potencjalnego sprawcy, raz oddalają. Detektyw rzecz jasna w pewnym momencie domyślił się, kto zamordował, ale my - czytelnicy dowiadujemy się tego tradycyjnie pod koniec powieści.

Muszę przyznać, że Christie po raz kolejny wyprowadziła mnie w pole. Do końca nie miałam stuprocentowej pewności, kto jest sprawcą. Może to dlatego wciągnęłam się w czytanie i uznałam tę powieść za jedną z lepszych powieści autorstwa Christie (z tych, które dotąd czytałam).

Sam Hercules Poirot nie irytował mnie tak, jak w niektórych innych powieściach. Irytował mnie za to słynny lekarz John Christow. Czy aby na pewno taki sympatyczny? No... Mam wątpliwości. Najciekawszą bohaterką w moich oczach okazała się Henrietta, inteligentna artystka.

Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów. Ci którzy czytali, zapewne trochę ich pamiętają, tym którzy chcą przeczytać, nie chcę zepsuć przyjemności z rozwiązywania zagadek.

Kryminał bardzo dobry. Rzecz jasna – możemy powiedzieć, że może nieco przestarzały, że współczesne są lepsze, ale powieści Agathy Christie wciąż mają w sobie to „coś”, co nigdy się nie zestarzeje.

środa, 12 kwietnia 2017

Co się wydarzy w Stonygates? [Agatha Christie "Strzały w Stonygates"]

W "Strzałach w Stonygates" przyjaciółka panny Marple - Ruth Van Rydock - prosi pannę Marple o pomoc. Niepokoi się o swoją siostrę, Caroline Serrocold (zwaną Carrie-Louise), a jednocześnie nie potrafi sprecyzować źródeł tego niepokoju. W atmosferze Stonygates - imponującej, choć zapuszczonej posiadłości - jest coś złowieszczego. Co tam się właściwie dzieje? Panna Marple podejmuje wyzwanie i odwiedza przyjaciółkę. Atmosfera w Stonygates rzeczywiście nie jest sielankowa. Panuje tu trudne do zdefiniowania napięcie. A jednak przecież to nie zbrodnia, zaledwie zagadka. Do morderstwa dochodzi później w dramatycznych okolicznościach. Kto zastrzelił Christiana Gulbrandsena, kuratora podlegającej Lewisowi Serrocoldowi placówki resocjalizacyjnej dla trudnej młodzieży? Czy to ktoś z domowników? Służby? A może któryś z młodocianych recydywistów przebywających na terenie Stonygates? 

"W tym domu wszyscy są obłąkani"[1] 
- mówi jeden z bohaterów. Trochę to krzywdząca i niesprawiedliwa ocena. To raczej kwestia wspomnianego napięcia panującego między członkami jednej rodziny. Mnóstwo tu żalu, niechęci, zazdrości, niezasklepionych jeszcze ran. Agatha Christie po raz kolejny stworzyła szereg barwnych, przekonujących postaci. Oczywiście to postaci nakreślone dosyć grubą kreską, a jednak dość złożone. Często ich wizerunek zostaje w toku powieści przełamany, gdy do głosu dochodzą sekrety, traumy, tłumione emocje.

Być może najbarwniejszą z nich jest właśnie Carrie-Louise Serrocold. To idealistka, która - w opinii innych - nie dostrzega zła i brzydoty panujących na świecie. Jest otoczona miłością i szacunkiem - najbliżsi chcą ją chronić za wszelką cenę. Równie ciekawym bohaterem jest jej trzeci mąż, Lewis. To wizjoner, który prowadzi zakład resocjalizacyjny dla młodych, ma poczucie misji 
"Jest jednym z tych ludzi o niespożytej energii, którzy uwielbiają żyć o kromce chleba i szklance mleka, a całe swoje siły poświęcić jakiemuś »szczególnemu przypadkowi«"[2]
Wierzy, że jego podopieczni dostali złe wzorce, wyrastali w warunkach, które przyczyniły się do tego, że weszli oni na drogę przestępczą. Znajdując im zajęcia - wymagające kreatywności, zręczności, wreszcie odpowiedzialności - pan Serrocold pomaga im odnaleźć się w świecie na nowo. Co ciekawe - takie podejście wzbudza dużo zastrzeżeń, a nawet swego rodzaju pogardę. Agatha Christie z właściwą sobie niepozbawioną humoru ironią przedstawia przemyślenia społeczeństwa na kwestię resocjalizacji. Oddam głos Ruth Van Rydock:
"Filantropia również podlega różnym modom. W czasach Gulbrandsena konikiem wszystkich była edukacja. Teraz te sprawy przejęło państwo i możliwość kształcenia należy się każdemu, więc nikogo to tak naprawdę nie interesuje. Ostatnim krzykiem mody jest resocjalizacja nieletnich przestępców. Tych młodych rzezimieszków mamy teraz tak wielu, że wszyscy powariowali na ich punkcie"[3].
W Stonygates mieszka także Mildred Strete, wdowa po kanoniku, jedyne dziecko Carrie-Louise. Ta dojrzała kobieta nosi w sobie ogromną traumę zaniedbywanego, mniej kochanego dziecka (Christie kreśli przejmujący portret psychologiczny takiej osoby). Posiadłość odwiedza również Gina Hudd (przybrana wnuczka Carrie-Louise), której małżeństwo z Walterem, pospiesznie zawarte w czasach wojny, przeżywa kryzys. Z pozoru Gina jest femme-fatale, rozkochującą w sobie kolejnych mężczyzn. Tak naprawdę za jej postępowaniem kryje się gorzka filozofia: 
"Kobietom żyje się na tym świecie o wiele trudniej niż mężczyznom. Łatwiej je zranić. Potem mają dzieci i stają się tak bardzo zależne. A gdy stracą już swoją urodę, mężczyźni, którzy je przedtem kochali, przestają kochać. Kobiety są oszukiwane, odsuwane na dalszy plan. Nie oskarżam mężczyzn; pewnie byłabym taka sama. (…) Mówisz, że jestem okrutna. To świat jest okrutny. Prędzej czy później będzie on okrutny także i dla mnie. Ale na razie jestem młoda, ładna i pociągająca. (…) Cieszę się tym"[4]. 
Warto wspomnieć także o Edgarze Lawsonie, który stara się wmówić wszystkim, że jest synem jakiejś znanej osobistości (na przykład Winstona Churchilla).

"Strzały w Stonygates" to bardzo dobry kryminał, jak na Agathę Christie przystało. Intryga jest zawikłana, ale rozwiązanie okazuje się proste (a jednocześnie trudno na nie wpaść i poukładać wszystkie elementy w sensowną całość). Kryminalną słabością tej książki jest może pewien naddatek fabularny (wciśnięte na siłę i dosyć nieprzekonujące kolejne morderstwo). Ta powieść to także obraz tego, jak po wojnie zmieniła się Anglia. Wielkie wiktoriańskie rezydencje podupadają, trudno o dobrą służbę, dziewczęta wybierają inną drogę życiową, niż ich matki czy ciotki. A jednak pewne sprawy się nie zmieniają - na przykład niechęć do cudzoziemców. Rodzina ma cichą nadzieję, że za zbrodnię jest odpowiedzialny Walter Hudd, Amerykanin (a zatem obcy). Mildred Strete powie: 
"Któż inny mógł to zrobić, jak nie ten okropny Amerykanin, mąż naszej Giny? Jest tu jedynym obcym i nie wiemy o nim absolutnie nic. Prawdopodobnie jest jednym z tych okropnych amerykańskich gangsterów."[5]
Ta bohaterka wypowie też znaczącą uwagę (choć motywowaną też osobistą niechęcią): 
"Włoszce nie należy wierzyć, w dodatku jeszcze katoliczce"[6].
Warto zobaczyć, co wydarzyło się w Stonygates. To jedno z najciekawszych śledztw panny Marple. I przejmująca, w gruncie rzeczy smutna, historia.

[1] Agatha Christie "Strzały w Stonygates", przeł. Beata Długajczyk, Prószyński i S-ka 1999, s. 77.
[2] Tamże, s. 14.
[3] Tamże, s. 13-14.
[4] Tamże, s. 168.
[5] Tamże, s. 137.
[6] Tamże, s. 139. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Siostrzane uczucia czyli "Brzemię" - Mary Westmacott

Tegoroczną edycję akcji „Rendez-vous z Agathą Christie” [Akcja w BiblioNETce LINK] rozpoczęłam od pozycji najmniej chyba reprezentatywnej dla twórczości tej pisarki, bo nie dość, że niebędącej kryminałem, to jeszcze odstającej trochę od jej podobnych utworów. Wpadła mi w ręce, a raczej… została tam złożona przez innego członka fanklubu lady Agathy, poszłam więc na łatwiznę i zamiast się rozglądać za którąś z powieści z Poirotem lub panną Marple, wzięłam, co było na podorędziu, nie odczuwając zresztą z tego powodu specjalnego dyskomfortu, jako że moje doświadczenia z niekryminalnymi powieściami autorki były dotąd zupełnie pozytywne.

„Brzemię” opowiada historię dwóch sióstr, z których starsza, Laura, przeżywa w dzieciństwie zbyt wielu rzeczy, jakich dziecko przeżywać nie powinno. Nie, to nie to, o czym pomyśleliby odruchowo ci, co czytali zbyt dużo współczesnej literatury psychologiczno-obyczajowej; dziewczynka nie jest molestowana ani maltretowana – po prostu trafia w niekorzystną dla siebie konstelację wypadków i ludzkich uczuć. Pierwszą dekadę życia spędza w cieniu starszego brata; on to pierworodny syn, urodziwy, błyskotliwy, rezolutny, otwarty w kontaktach z ludźmi; ona jest szarą myszką pozbawioną wszystkich dziecięcych wad – ani niejadek, ani mała złośnica, ani beksa, ani wiercipięta – ale też ani specjalnie ładną, ani nieprzeciętnie ujmującą, inteligentną co prawda, lecz nieumiejącą się tą inteligencją popisać: ot, takie dziecko, którego nikt nie zauważy, jeśli się ciężko nie rozchoruje. Mimo wątłej konstytucji to nie ona jednak zapada na poważną chorobę zakaźną, lecz Charles, oczko w głowie i nadzieja obojga rodziców. I to Charlesa, nie ją, zabiera śmierć, co Arthur i Angela uważają za tragiczną pomyłkę losu; jeśli nawet wstydzą się otwarcie przyznać, że raczej Laurę niż jego woleliby ujrzeć w trumnie, okazują to dostatecznie wyraźnie, by nie umknęło uwagi córki. Ale przecież żałoba w końcu przeminie, a Laura zostanie, i może wtedy doczeka się tego, co powinna była od rodziców otrzymać wcześniej: odrobiny zainteresowania i czułości? Niestety. Rodzi się nowe dziecko. Nie chłopiec co prawda, lecz takie ładne i takie bezradne, a Laura przecież jest już duża, więc nikt się o nią troszczyć nie musi… Stary przyjaciel rodziny próbuje Franklinom unaocznić problem córki, ale i on nic na to nie poradzi, że w sercu dziewczynki lęgną się zgoła niepozytywne uczucia. Potem jednak wydarza się coś, co sprawia, iż Laura przewartościowuje swój stosunek do siostry o sto osiemdziesiąt stopni. Wkrótce zastąpi jej matkę i ojca, najchętniej zastąpiłaby także męża, gdyby to tylko było możliwe. A co będzie, gdy Shirley zechce pójść własną drogą?...

Wierny fan twórczości Lady Agathy zauważy tu z pewnością niejakie podobieństwo do sytuacji opisanej w „Córka jest córką”; ta głęboka więź między dwiema najbliższymi sobie kobietami (tam – matką i córką, tu – starszą i młodszą siostrą) – tak głęboka, że przeradzająca się w żywiołową zazdrość i/lub sublimująca w patologiczną wręcz nadopiekuńczość – to zjawisko dobrze znane psychologom, a także zwykłym ludziom, którzy potrafią wnikliwie innych obserwować (i do których bez wątpienia autorka należała). Jak Sara usilnie próbuje sprawić, by Anna nie poślubiła Richarda, a Anna gotowa na głowie stanąć, żeby tylko Sara nie wyszła za Gerry’ego – tak Laura dokłada wszelkich starań, by zapobiec małżeństwu Shirley i Henry’ego lub przynajmniej jak najbardziej je opóźnić. I nie bez racji; ale posądzenie o celowe rzucanie zakochanej parze kłód pod nogi – czy raczej o samą motywację do takiego postępowania, jaką wedle Henry’ego jest zazdrość i obawa przed uniezależnieniem się siostry – tak boli, że w końcu wbrew sobie Laura pozwoli temu prawie jeszcze dziecku, które sama wychowała, pójść za głosem serca. Bo co by dał jej upór? To, że Shirley miałaby nieustający żal do siostry i wierzyłaby niezachwianie, iż ta z niskich pobudek udaremniła jej zaznanie małżeńskiego szczęścia! Finał tej historii, ukazujący, kto (jeśli w ogóle ktokolwiek) zyskał, a kto stracił, rozegra się dopiero po kilkunastu latach. Znów analogia do „Córka jest córką”. Wydawałoby się więc, że "Brzemię" udało się autorce równie dobrze.

I tu zaskoczenie: niestety, nie. O ile część pierwsza, ukazująca uczucia i dylematy Laury z jej punktu widzenia, i część druga, w której od czasu do czasu narrator przenosi swoją uwagę na Shirley, dotrzymują kroku pozostałym powieściom psychologicznym Westmacott, o tyle część trzecia wydaje się z zupełnie innej bajki. Oto niczym diabeł z pudełka wyskakuje na scenę zupełnie obca postać: Llewellyn Knox, nawiedzony kaznodzieja i, jak by dziś powiedziano, celebryta, któremu nawracanie ludu w świetle reflektorów i fleszy tak nadwerężyło organizm, że musi biedak szukać ratunku na tropikalnej wyspie. Dotarłszy tam, poczyna zanudzać przypadkowo poznanych ludzi przydługimi perorami natury etyczno-metafizycznej. „Co jest, u licha” – mówimy początkowo – „a ten cóż tu robi?”. Niemniej jednak, jeśli uważnie przeczytaliśmy część drugą, dość rychło domyślimy się, z kim los zetknął nieszczęsnego teologa, choć po co go w ogóle tenże los pchał do akcji, zostanie ujawnione dopiero w finale. A wtedy z niedowierzaniem przetrzemy oczy: nie dość, że problemy jednej z sióstr zostają wytłumaczone w sposób niekoniecznie przekonujący (przynajmniej w świetle tego, co wcześniej o niej wiedzieliśmy), to jeszcze drugiej autorka funduje taką „receptę na szczęście”, że nawet Danielle Steel by się zastanowiła, zanimby podobny pomysł przelała na papier.

To potknięcie konstrukcyjne razi na tyle, że na nic język i styl, na nic wrażenie, jakie pozostało po doskonałych scenkach rodzajowych i świetnych analizach psychologicznych z części pierwszej i drugiej: z bólem serca ocenę obniżamy co najmniej o jedno oczko. Jeśli już dość dobrze znamy twórczość lady Agathy, jakoś się z tym dysonansem pogodzimy – w końcu każdemu pisarzowi może się trafić niewypał – ale gdybyśmy od "Brzemienia" zaczęli, zapał do poznawania innych jej utworów mógłby być nierównie mniejszy. 

Recenzja pochodzi z portalu Biblionetka. Autorką recenzji jest Dot59.

sobota, 1 kwietnia 2017

Lepiej nie budzić morderstwa… - Uśpione morderstwo, Agatha Christie


"Gwenda poczuła dreszczyk emocji – zupełnie jakby rozpoznała miejsce, którego szukała. To jej dom! Była tego zupełnie pewna. Mogłaby naszkicować ogród, wysokie okna – och, tak, dom był właśnie taki, jakiego pragnęła"[1].

Gwenda Halliday Reed, młoda mężatka, wraca do Anglii z Nowej Zelandii. Ma zamiar poszukać domu, w którym ona i jej mąż Giles mogliby zamieszkać. Posiadłość Hillside wydaje się idealna. A jednak po przeprowadzce następują zdumiewające zbiegi okoliczności. Okazuje się, że praktyczne drzwi, które Gwenda chciałaby wstawić między salonem a jadalnią, istotnie kiedyś już znajdowały się w tym miejscu, a wymarzona kwiatowa tapeta widniała już na ścianach. Bohaterka odczuwa coraz silniejszy niepokój. Zaczyna podejrzewać u siebie zaburzenia psychiczne. Podczas wizyty w teatrze, słysząc pewną dramatyczną kwestię, zaczyna krzyczeć, przerażona zdumiewającą wizją. Czy to możliwe, aby jako dziecko widziała mordowaną młodą kobietę i – jak byśmy dziś powiedzieli – zepchnęła to wydarzenie do podświadomości? Jakie wspomnienie i jaką historię obudziły słowa sztuki teatralnej? Kim była piękna Helen?

Pomocy udziela bohaterce panna Marple. Szybko okazuje się, że zbiegi okoliczności mają swoje uzasadnienie. Gwenda jako dziecko mieszkała w Hillside. Dopiero później ojciec wysłał ją do Nowej Zelandii. Z pomocą Gilesa i panny Marple kobieta odtwarza swoją przeszłość. Jednak nie wszystko się wyjaśnia, wręcz przeciwnie – sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana i mroczna. Czy osiemnaście lat temu rzeczywiście doszło do morderstwa? A może Helen żyje? Panna Marple sugeruje Reedom, aby dla własnego dobra zostawili to "uśpione morderstwo". Nie słuchają jej – naiwnie traktują swoje dochodzenie jak ekscytującą przygodę. Ich dociekliwość sprawia, iż budzą się dawne demony. Wkrótce morderca uderzy raz jeszcze, a młodzi małżonkowie zrozumieją, że to nie jest przyjemna zabawa w detektywa i grozi im prawdziwe niebezpieczeństwo. Do śledztwa włącza się panna Marple. Posuwając się do umiejętnych manipulacji, o które doprawdy trudno podejrzewać taką miłą, nieszkodliwą starszą panią, poznaje lokalne plotki ("Starsze panie mają prawo być wścibskie. A w ten sposób można zebrać sporo informacji"[2]). Jest przenikliwa, nie ufa ludziom – i ostatecznie dzięki temu zbliża się do zdemaskowania mordercy.

kadr z filmu

"Uśpione morderstwo" to zdumiewające dzieło w dorobku Agathy Christie. Zaczyna się jak duszny thriller psychologiczny i nawet kiedy w końcu płynnie przechodzi w rasowy kryminał, nadal jest tu mnóstwo napięcia rodem z klasycznego dreszczowca. Giles i Gwenda stopniowo odsłaniają historię zdumiewająco mroczną, wzbudzającą silny niepokój (tego typu powieści Christie zacznie tworzyć dopiero pod koniec swej pisarskiej kariery). Historię młodej kochliwej dziewczyny, istnej femme fatale, która szukała szczęścia u boku kolejnych mężczyzn, a jednak żyła w ciągłym strachu. Dlaczego? 

kadr z filmu

Fascynująca, utrzymana w mrocznym klimacie fabuła to tylko jeden z wielu atutów "Uśpionego morderstwa". Akcja ma właściwe, niespieszne tempo. Narracja jest płynna, pojawiają się przebłyski cierpkiego angielskiego humoru (kapitalne scenki rodzajowe). Powieść zaludniają świetnie sportretowane postaci. Bardzo przekonująco wypadają nie tylko Reedowie, ale także zamknięty w sobie doktor James Kennedy, prawnik Walter Fane ("Naprawdę bardzo miły, tylko należy do tego gatunku ludzi, którzy nigdy nie zauważasz. Wiesz, takich co to przychodzą na przyjęcie, ale nigdy nie spostrzegasz, kiedy z niego wyszli. (…) Taki miły bezpieczny mężczyzna, którego można by bez obawy poślubić, gdyby nie fakt, że nie ma się na to najmniejszej ochoty"[3]), jego apodyktyczna matka, która najchętniej słucha własnych opowieści, atrakcyjny, ale przeżywający małżeński dramat u boku zazdrosnej żony Richard Erskine czy wreszcie Lily Abbott Kimble, dawna pokojówka, ciekawska, ekscytująca się sprawami kryminalnymi. Sama intryga może nie należy do najbardziej skomplikowanych, jakie udało się autorce wymyślić, ale jest spójna i – okazuje się w gruncie rzeczy prosta (choć nie oznacza to, że łatwo ułożyć wszystkie puzzle). 

kadr z filmu
John Curran w swoich analizach nazwał "Uśpione morderstwo" poprawną powieścią detektywistyczną i umieścił wśród mniej udanych utworów Agathy Christie. Trudno mi się z tym zgodzić (a stwierdzenie, że "jest właściwie książką dość bezbarwną"[4] uważam za zwyczajnie krzywdzące). Ten utwór pokazuje zupełnie inne możliwości pisarki w obrębie literatury kryminalnej. Bardzo dobry kryminał łączy się tu z niepokojącym thrillerem, opisana historia jest przerażająca, a przy tym przejmująco smutna. Nic dziwnego, że Agatha Christie w schyłkowej fazie twórczości zaczerpnęła wiele motywów właśnie z tej – bardzo udanej – powieści. Wiele z użytych w niej rozwiązań i pomysłów pojawi się w "Domu nad Kanałem" (gdzie znajdujemy fragment niemal dosłownie z niej wzięty), "Zbrodni na festynie", "Wigilii Wszystkich Świętych", "Słonie mają dobrą pamięć" czy "Nemezis".

Wielbiciele dobrych kryminałów na pewno nie będą zawiedzeni. "Uśpione morderstwo" to kolejny błyskotliwy sukces panny Marple i – w moim odczuciu – jedna z najciekawszych i najlepiej dopracowanych powieści z jej udziałem.

---
[1] Agatha Christie, "Uśpione morderstwo", przeł. Anna Minczewska-Przeczek, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 8.
[2] Tamże, s. 102.
[3] Tamże, s. 114.
[4] John Curran, "Sekretne zapiski Agathy Christie", przeł. Beata Długajczyk, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010, s. 245.

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, a jej autorem jest Misiak297.

poniedziałek, 27 marca 2017

Agatha Christie „Kieszeń pełna żyta”


„Kieszeń pełna żyta” to typowy kryminał A. Christie. Idealnie nadaje się do tego, aby odszukiwać w świecie rzeczywistym sylwetki osób, sportretowanych przez pisarkę. Jak już pisałam wcześniej, uwielbiam coś takiego robić. Zawsze podczas czytania Christie zastanawiam się, kto z moich znajomych lub rodziny ma taki sam charakter , jak ktoś z bohaterów książki. W tym przypadku jest to typowa książka Chrisite, bo wiadomo, że zabił ktoś z domowników, których wielu nie jest. A wszystkich poznajemy po kolei. Charaktery są ponadczasowe.
     Wydarzenia rozgrywają się w olbrzymim domostwie bardzo bogatej rodziny, nazwanej przekornie Domkiem pod Cisami. Wszystko rozpoczyna się od zgonu pana domu – przedsiębiorcy Rexa Fortescue, który zaraz po przyjściu do biura i wypiciu herbaty padł trupem. Okazało się, że został otruty  niacyną,  która  działa bardzo szybko. Nie ma innej możliwości, jak ta, że został on otruty w domu podczas śniadania. A w domu była jego żona, druga już, młodziutka, po której widać, że poleciała na jego pieniądze. Kobieta ta miała kochanka, jeszcze bardziej chytrego, niż ona sama, bo kochanek ten z kolei miał plan, że gdy ona zostanie bogatą wdową, będzie chciała ponownie wyjść za mąż, a wtedy on będzie pod ręką. Był też dorosły syn z pierwszego małżeństwa Rexa Fortescue, Parsival z żoną. Parsival robił idealne pierwsze  wrażenie, był pupilkiem ojca, ale to tylko pozory, im bardziej się go poznawało, tym bardziej widoczne był, że pod maską uczciwego człowieka kryje się ktoś inny. Jego żona pozornie robiła wrażenie mało rozgarniętej, ale w rzeczywistości w niektórych momentach widać było całkiem bystre, chytre spojrzenie. Córka Rexa wydawała się najnormalniejsza z całej rodziny. Służba to wyjątkowo głupia służąca – Gladys, sprytny, lubiący zaglądać do kieliszka kamerdyner, pyskata kucharka i uporządkowana, inteligentna zarządzająca domem Mary Dove. Po śmierci pana domu do Domku pod Cisami przybył z zagranicy drugi syn, ujmujący, ale będący w permanentnym konflikcie z ojcem, Lancelot z żoną.

      W miarę, jak rozgrywają się wydarzenia, można śledzić charaktery tych osób. Dla mnie najtrudniejszym było znalezienie alter ego kochanka żony. Znam sporo kobiet, wychodzących za mąż dla pieniędzy,  nawet za odrażających staruchów. Wydawało mi się, że nie znam za to męskiego odpowiednika takiego charakteru.  Po głębszym zastanowieniu okazało się, że sporo jest takich i w moim otoczeniu.
     Jak to u A. Christie bywa, jest i tajemnica z przeszłości. Rex długo wcześniej był współwłaścicielem kopalni w Afryce. Jego wspólnik zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a wszystko wskazuje na to, że mógł mieć z tym związek właśnie Rex. Zmarły w Afryce wspólnik miał żonę w i dwoje dzieci. Nie można wiec wykluczyć, że któreś z dorosłych dzieci mogło wejść do rodziny Fortescue i dokonać zemsty.

      Christie wplotła w akcję różne dygresje na temat charakteru ludzkiego. Są one stale zastanawiające. Przykładowo w jednej ze scen, Mary Dove była wypytywana przez policjanta na temat tego, czy w określonym momencie widziała przez okno kogoś w ogrodzie. Mary widziała i od razu powiedziała, że wydawało jej się, że to był … tu podała imię tej osoby, nazwijmy go X. Nie mogę oczywiście  napisać, kto to mógł być, którego zabójstwa to dotyczyło i jaki był związek tego mężczyzny z wydarzeniami. Wszystko jest jasne dopiero na końcu. Policjant zakomunikował Mary, że to nie mógł być X, bo o tej godzinie nie było go w domu. Mary przypomniawszy sobie, że rzeczywiście o tej godzinie X w domu nie było, zaczęła się wycofywać z tego, co powiedziała. Uznała, że musiał to jednak być ktoś inny. Okazało się później, że jednak pierwsze skojarzenie było trafne i faktycznie to był X. Gdyby policja wzięła pod uwagę tę ewentualność, że X był w ogrodzie, przyśpieszyłoby to rozstrzygnięcie sprawy. Skojarzyło mi się od razu, jak często ludzie wycofują się ze swoich spostrzeżeń  lub w ogóle zmieniają zdanie pod wpływem cudzej sugestii. A sugerujący, z kolei, w rozmowie niczego nie zyskują od drugiej strony. No i często przecież tak bywa, że gdy chcemy sobie coś przypomnieć, czy skojarzyć, trafne jest właśnie pierwsze wrażenie, czyli coś, co wynika z podświadomości, co nie podległo jeszcze obróbce intelektu. Szkoda, że często  rezygnujemy z tego, co od razu nam przyszło do głowy jako pierwsza myśl lub pierwsze wrażenie.
         Różnych ciekawych obserwacji charakterologicznych jest zdecydowanie więcej, nie sposób tu wszystkich wymienić. Szczególnie ciekawe było ukazanie, jak bardzo szkodliwa może być zwykła głupota, niemal tak, jak i prawdzie wyrachowanie, połączone z olbrzymim intelektem.
      Zauważyłam jeszcze jedno. Kilka lat temu oglądałam film „Kieszeń pełna żyta” z Joan Hickson. Pamiętałam mniej więcej film, gdy czytałam książkę. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyłam, że jeśli ktoś czytałby bardzo, ale to bardzo uważnie, zauważyłby jednak pewne mini poszlaki, które bardzo wcześnie wskazywały na właściwego mordercę. Były też i mylne poszlaki, wskazujące na innych, ale te właściwe były znacznie sensowniejsze i znacznie  bardziej sugestywne. Nie wiem, czy pisarka zrobiła to celowo, czy tak  tylko jej wyszło.  No i życiu też tak jest, jeżeli obserwowalibyśmy ludzi wnikliwiej, mniej byłoby zaskoczeń co do ich zachowania .
       Wydawca napisał, że jest to najbardziej gorzka powieść A. Christie. Faktem jest, że wszyscy niemal bohaterowie są tutaj obrzydliwi, a po zabitych nikt nie płacze. Ale i tak z tym stwierdzeniem się nie zgadzam. W innych jej powieściach też tak bywa.
6/6

środa, 22 marca 2017

Niełatwo się dzielić uczuciami - "Córeczka", Agatha Christie


Agatha Christie z córką Rosalind
Gdyby mi dano do przeczytania „Córeczkę” z zaklejonym nazwiskiem autorki, nie od razu bym je odgadła. Bo jest to nietypowy okaz jej twórczości, jeden z zaledwie kilku, które zupełnie wyrwała z ram swojego ulubionego gatunku. Kiedy już wiem, czyje to dzieło, nie mam powodu do zdumienia. Tych prób „odszufladkowania się” podjęła Christie więcej (i trudno powiedzieć, żeby którakolwiek była nieudana) a co więcej, wykraczanie poza konwencję widać przecież i w niejednym z najbardziej sztandarowych jej utworów. Dziś nas specjalnie nie dziwi – co najwyżej niektórych irytuje – gdy autorzy kryminałów rozbudowują życie wewnętrzne bohaterów, gdy wzbogacają intrygę elementami socjologiczno-obyczajowymi, w gruncie rzeczy zbędnymi dla rozszyfrowania zagadki. Ale w czasach, kiedy tworzyła Agatha Christie, kryminał miał być kryminałem, miał zawierać tylko takie informacje, które są w stanie naprowadzić detektywa na trop przestępcy. Ona jednak, na długo przedtem, zanim się stała najsłynniejszą na świecie przedstawicielką tego nurtu twórczości, instynktownie pojmowała, że dobarwienie zwykłej historii popełnienia i wykrycia zbrodni wyrazistymi portretami psychologicznymi i/lub nasyconymi ironią scenkami rodzajowymi nie odbiera tejże zbrodni ani grozy, ani tajemniczości. I zapewne równie instynktownie podejrzewała, że nikt nie uwierzy, iż autorka kryminałów potrafi napisać dobrą powieść obyczajową, toteż na użytek tego skromnego odgałęzienia swej twórczości przybrała zastępcze miano. Jako Mary Westmacott stworzyła między innymi omawiane tu dramatyczne studium relacji matki i córki, które jeszcze dziś robi mocne wrażenie, choć od czasów opisanych w powieści upłynęło mniej więcej 80 lat (rzecz dzieje się w latach 30. XX wieku).
Anna była kiedyś szczęśliwą żoną, trwało to jednak krótko; mąż zmarł, gdy ich dziecko miało zaledwie trzy lata. Najwyraźniej pozostawił też przyzwoity majątek, bo wdowa mogła bez przeszkód poświęcić się wychowaniu jedynaczki. Gdy rozpoczyna się ta opowieść, dziewiętnastoletnia Sara ma pracę – może nie szczególnie ambitną, ale pozwalającą się utrzymać – mnóstwo przyjaciół i niejednego adoratora, należy się więc spodziewać, że niebawem zacznie żyć już tylko własnym życiem (byle nie z Gerrym, którego, nie całkiem bezpodstawnie, jej matka uważa za nieudacznika!). A Anna liczy sobie zaledwie czterdzieści dwa lata, jest miła i atrakcyjna, dlaczego więc nie miałaby jeszcze kiedyś zakosztować małżeńskiego szczęścia? Tym bardziej że na podorędziu czeka paru panów stanu wolnego w stosownym wieku. Ale oto niespodziewanie zjawia się Richard, który w ciągu paru dni osiąga to, co nie udało się tamtym: kobieta widzi wprawdzie, że nie jest on ideałem, ale serce nie sługa, więc ochoczo zgadza się go poślubić, i to w całkiem nieodległej przyszłości. Jest tylko jeden problem: co powie Sara, która właśnie ma wrócić z wakacji? Anna słusznie się obawia, bo reakcja córki na obcego mężczyznę, z którym ma się podzielić domową przestrzenią i, co ważniejsze, uczuciami matki, jest daleka od pożądanej. Richard też nie stara się specjalnie zaskarbić sobie uczuć Sary, a jeśli nawet – czyni to w zdecydowanie nieodpowiedni sposób. Zaczyna się otwarta wojna, w której żadne z tych dwojga nie chce ustąpić. Już wkrótce przyszły małżonek postawi sprawę na ostrzu noża: albo Anna każe córce wyprowadzić się z domu, albo nici ze związku… 

Agatha z drugim mężem, Maxem Mallowanem
Od początku przypuszczaliśmy, czym się to skończy, nieprawdaż? Tego się można było spodziewać, sądząc po przemyśleniach głównej bohaterki. Ale na pewno nie podejrzewaliśmy jej o metamorfozę, którą widzimy w drugiej odsłonie. Czy ta ostentacyjnie ożywiona, przesadnie wyelegantowana kobieta to prawdziwa Anna, której dopiero teraz udało się wydobyć na wierzch własne „ja”? A może prawda jest inna? Zanim do niej dojdziemy, nie umknie naszej uwagi napięcie, jakie panuje teraz między matką i córką, i chociaż może sami nie jesteśmy przekonani, czy Gerry byłby dla Sary najlepszym partnerem, doznamy lekkiej konsternacji, widząc podejście Anny do alternatywy, jaka pojawia się na horyzoncie. Jaka szkoda, że nie docierają do niej perswazje starszej przyjaciółki i zrzędzenie wiernej gosposi! Trzecia odsłona utwierdzi nas w przekonaniu, że słusznie oceniliśmy sytuację. Tak, wina leży po obu stronach, więc teraz trzeba by dużo dobrej woli, żeby mogły naprawić to, czego jeszcze nie zdążyły zepsuć. Tylko czy potrafią?... 


Agatha Christie jako dziecko, obraz olejny

Choć nie ma w niej ani szczypty sensacji (może jedynie odrobinka niepewności w decydujących momentach: czy Anna opowie się po stronie córki, czy przyszłego męża? Czy Sara wybierze Lawrence’a, czy Gerry’ego?), „Córeczka” absorbuje naszą uwagę nie mniej niż pełnokrwiste kryminały, choć w zupełnie inny sposób. Tu koncentrujemy się na postaciach – zwłaszcza na Annie, bo to ona jest przedstawiona najpełniej i najbarwniej – i na relacjach między nimi, wyraźnie rysującymi się nie tylko w komentarzach narratora, ale przede wszystkim w dialogach. I jeśli nawet zakończenie wyda nam się nieco podbarwione na różowo, będziemy musieli przyznać, że autorka doskonale naszkicowała tę tak pospolitą sytuację (dziś chyba nawet częstszą i trudniejszą, bo choć znacznie mniej ludzi umiera w młodym wieku, redukując w ten sposób liczbę wdów i wdowców mogących potencjalnie wstąpić w nowy związek, to o wiele więcej się rozwodzi, a zaakceptowanie nowego partnera matki wcale nie jest łatwiejsze, gdy zajmuje on miejsce ojca żyjącego i pozostającego z dzieckiem w kontakcie…), dostarczając rodzicom dorastających i ledwie dorosłych dzieci sporo materiału do przemyśleń.

Autorką recenzji jest Dot59, a wpis pochodzi z serwisu BiblioNETka.

piątek, 17 marca 2017

Odrobina polityki [Róża i cis]

"Ostatnia rzecz potrzebna przy wyborach to społeczeństwo, które używa głów do myślenia."[s. 92]

"Nie chcę władzy. Nie mam ambicji władać swoim ludem ani całym światem. Człowieku, myślisz, że po co w tym wszystkim siedzę? Władza to bzdura. Ja chcę ciepłej posadki, to wszystko."[s. 134]

"- Sprzedam im ideę i będziemy o nią walczyć.
- Jaką ideę?
Gabriel rzucił w moją stronę poirytowane spojrzenie.
- Ty zawsze podchodzisz do wszystkiego nie z tej strony co trzeba. To jest w ogóle nieistotne j a k ą! Na poczekaniu mogę wymyślić kilka. W polityce tylko dwie rzeczy mogą poruszyć ludzi. Kiedy wetkniesz im coś do kieszeni i kiedy podsuniesz im jakąś ideę. Pomysł, który brzmi jak remedium na wszystko, jest łatwy do pojęcia, szlachetny, a przy tym niezbyt precyzyjny. Taki, który da im przyjemne wewnętrzne ciepełko. Ludzie uwielbiają czuć się szlachetni, tak samo, jak uwielbiają pieniądze. Tylko nie chcą angażować się w nic nazbyt realnego. Ma być humanitarnie, ale najlepiej tak, żeby nie musieli się z nikim osobiście zadawać. Zauważyłeś, jak chętnie wpłacane są datki na ofiary trzęsienia ziemi w Turcji czy gdziekolwiek? Ale jakoś nikt nie chce przyjąć pod swój dach ewakuowanego dziecka. Taka już ludzka natura. "[s. 270-271]
Róża i cis
Mary Westmacott 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie:  Maciej Grabski
tytuł oryginału: The Rose and the Yew Tree
data wydania  9 września 2015
ISBN 9788324582075
liczba stron  320

niedziela, 12 marca 2017

Agata Christie „Niedziela na wsi”



Jak zwykle u Agaty Christie jest to lekka lektura na jeden wieczór. Czyli pozornie jest tak samo, jak u Mari Jungstedt, o której ostatnio pisałam na swoim blogu. Tylko u Agaty Christie wszystko jest bardziej skomplikowane. U Jungstedt, prowadzący śledztwo są zupełnie normalni, a dewiantami wymagającymi leczenia psychiatrycznego są zabójcy. U Christie nie ma żadnych super dewiantów, którzy dokonywaliby zabójstw, przypominających zabójstwa rytualne sprzed wielu setek lat. Za to u Christie wszystkie niemal osoby, które występują w książce, mają znacznie bardziej skomplikowane charaktery, nie do końca wiedzą, czego chcą, rozważają wydarzenia z przeszłości, rozmyślając, jak mogłoby się wszystko inaczej potoczyć, potencjalnym zabójcą mógłby być tu każdy .
W tym konkretnie tomie grupa krewnych i znajomych spotkała się podczas tytułowego weekendu na wsi, u lady Lucy Angatell i jej męża. Znaleźli się tam:

John - żonaty i ojciec dwojga dzieci, lekarz. Nie jest pewny, czy kocha żonę, kochankę, czy dawną miłość sprzed lat, namiętnie zaś kocha pracę i leczenie ludzi,

Gerda – żona Johna, bezgranicznie mu oddana i zakochana, robi wrażenie porażająco głupiej i niezaradnej, a w rzeczywistości głupia nie jest , wygodnie jest jej taką udawać,

Henrietta – kochanka Johna, rzeźbiarka, kocha Johna, ale kocha sztukę i nie jest pewna, czy aby na pewno jej powołaniem jest bycie żoną i matką, w niej kocha się Edward,

Edward – szalenie bogaty arystokrata, kocha Henriettę, ale wie, ze nie ma u niej szans, bo ona kocha Johna; w trakcie weekendu spotkał się ze znaną mu od dzieciństwa Midge, zaczął się zastanawiać, czy może jednak związać się z Midge,

Midge – kocha Edwarda, ale wie, że nie ma u niego szans, bo on kocha Henriettę, wie też, że gdyby związała się jakimś cudem z Edwardem, byłaby towarem zastępczym zamiast Henrietty,

Veronice - aktorka, pierwsza wielka miłość Johna, która doszła do wniosku, że byli sobie przeznaczeni,

Dawid – student, tajemniczy, nie wiadomo, czy w kimś się podkochuje, niczego nie zdradza,

Gospodarze Angkatellwie – są dziwni, wydaje się, że z racji wieku wszystko wiedzą o gościach.



John został zastrzelony. Niemal wszyscy mieli interes w zabiciu Johna, nie wymieniłam tu wszystkich zależności i tajemnic tych osób. Pozornie może wydawać się to zagmatwane, ale to tylko pozory.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze inne wątki. John, będąc lekarzem z zamiłowania, toczy z Henriettą rozmowy o pacjentach i terapiach. Szczególnie koncentruje się na tym, jak wygląda kwestia woli walki, czy pomaga w chorobie, czy nie. Opowiada o hipochondrii pacjentów, o tym, czy dotyka ona biednych, czy bogatych, czy to bez różnicy itp. Christie naprawdę była bardzo wnikliwą obserwatorką i wszystkie te jej rozważania są i zabawne i niezwykle trafne. Jest też trochę rozmów o sztuce, głównie rzeźbie. Henrietta bowiem pracowała nad rzeźba pt. „Czciciel”, a inspiracją do tej wizji była Gerda, patrząca na Johna. Ciekawe jest również obserwowanie, jak kształtował się związek Henrietty z Johnem jako kochanków. Widać było jak na dłoni, co takiego dawała mu Henrietta, a czego nie miał u żony.
Śledztwo prowadzi Hercules Poirot. Jak dla mnie to to jedna z najlepszych książek Christie.


wtorek, 7 marca 2017

Morderstwo w samolocie - Śmierć w chmurach

Rok 1935. Na pokładzie samolotu liniowego "Prometeusz" umiera jedna z pasażerek, słynna paryska lichwiarka działająca pod pseudonimem Madame Giselle. Z pozoru – na zawał serca. Szybko jednak okazuje się, że podczas lotu popełniono wyrafinowane morderstwo. Najprawdopodobniej sprawca przy użyciu dmuchawki wbił w szyję ofiary zatruty kolec. Jednak jak to możliwe, że nikt nie zauważył tego manewru? Herkules Poirot – również jeden z pasażerów – ma twardy orzech do zgryzienia. Każdy z obecnych w tej części samolotu jest podejrzany. Tylko gdzie tu motyw? I – przede wszystkim – możliwość? Sprawa wydaje się aż nazbyt poplątana.

Intryga – jak zazwyczaj u Christie – jest skomplikowana, z mnóstwem elementów oraz mylnych tropów. I – jak zawsze – wystarczy odrzucić pewne mylne założenia, aby okazało się, że rozwiązanie jest proste. Nie jest jednak łatwo – też jak zawsze – oddzielić fakty od przypuszczeń. Miłośnicy zaskakujących rozwiązań będą usatysfakcjonowani.

A jednak "Śmierć w chmurach" trochę rozczarowuje. Tło społeczne jak zwykle ciekawe, ale niektóre postaci zostały wprowadzone na siłę i ich portrety są niepogłębione. Oczywiście nie brakuje też ciekawych bohaterów. Jane Grey, atrakcyjna fryzjerka pozbawiona perspektyw, Norman Gale, dla którego zabójstwo oznacza koniec praktyki dentystycznej (pacjenci boją się przychodzić do kogoś, kto mógł być sprawcą zbrodni). Tych dwoje pomoże Poirotowi w śledztwie. Daniel Clancy, pisarz, swoista karykatura samej Agathy Christie (zajada się bananami tak, jak ona zajadała się jabłkami). Sama ofiara również jest bardzo ciekawą postacią. Koleje losu sprawiły, że z pięknej dziewczyny stała się zimną kobietą interesu. Z jednej strony pomagała ludziom (przeznaczała spore sumy na cele charytatywne, wspierała potrzebujących), z drugiej – mogła się uciec do szantażowania tych, którzy pożyczali od niej pieniądze (jej credo brzmiało: "Wiedza to bezpieczeństwo (…). Wiedza to siła"[1]), ale grała fair. Sam Poirot przyznaje, że

"Najbardziej interesującą rzeczą w tej sprawie jest osobowość zmarłej kobiety. Kobiety bez przyjaciół, bez rodziny, bez – jak to się mówi – życia osobistego. Kobiety, która była kiedyś młoda, kochała i cierpiała, a potem nagle silną ręką zatrzasnęła okiennice i… wszystko się skończyło; nie ma fotografii, nie ma pamiątek ani żadnych świecidełek. Marie Morisot stała się Madame Giselle – lichwiarką"[2].

Jednak największą wadą "Śmierci w chmurach" – o której nie sposób nie wspomnieć – jest jej początek, tak inny od tych, do jakich przyzwyczaiła nas Christie. Brakuje tu napięcia, wyrazistego zarysowania dramatis personae, od razu pojawia się trup. Aż się prosi, aby zacytować samą autorkę, jej przepis na dobry kryminał:

"Lubię dobre kryminały (…). Ale wiecie, zawsze zaczynają się nie w tym miejscu, co trzeba! Zaczynają się od morderstwa, a morderstwo to rezultat. Jego historia zaczyna się wcześniej, czasami wiele lat wcześniej. Tam tkwią korzenie tych wszystkich związków przyczynowo-skutkowych, które doprowadzają określonych ludzi w określone miejsca o określonej porze określonego dnia"[3].

Pisarka tym razem odeszła od tej zasady – a szkoda.

Mimo tego mankamentu "Śmierć w chmurach" nadal pozostaje przyzwoitym kryminałem. I może to jest najważniejsze – nawet jeśli Christie mierzyła wyżej i zazwyczaj oferowała czytelnikom więcej niż "tylko" przyzwoite kryminały.

---
[1] Agatha Christie, "Śmierć w chmurach", przeł. Jan S. Zaus, Irena Ciechanowska-Sudymont, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 101.
[2] Tamże, s. 204.
[3] Agatha Christie, "Godzina zero", przeł. Michał Madaliński, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 9-10. chał Madaliński, wyd. Prószyński i S-ka, 1999, s. 9-10.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem recenzji jest Misiak297.

środa, 1 marca 2017

Agata Christie „Morderstwo na plebanii” audiobook, czyta Artur Dziurman

Tym razem jestem usatysfakcjonowana nie w 100%, ale w bardzo dużej mierze. Po ostatniej lekturze Agathy Christie, mniej udanej, mało znane „Morderstwo na plebanii” okazało się strzałem w dziesiątkę. Tym razem zabójcę tropi panna Marple i to właśnie w tej książce pojawia się ona po raz pierwszy.  Ofiarą, już na początku książki staje się antypatyczny pułkownik Protheroe, którego ktoś zastrzelił w najmniej spodziewanym miejscu, bowiem na plebani. Pułkownik był zakałą wioski St. Mary Mead, skrajnie nieżyczliwy,  wymądrzał się, chciał wszystkimi rządzić. Generalnie nikt go nie znosił, a co za tym idzie, każdy niemal mógł chcieć go zabić. Bardzo szybko na policję zgłosił się artysta malarz, przyjezdny, tymczasowo zamieszkujący w St. Mary Mead i oświadczył, że to on jest zabójcą. Na policję zgłosiła się też żona zabitego – właściwie wdowa - i również oświadczyła, że to ona jest zabójcą. Okoliczności zbrodni wskazują zaś na to, że ani malarz, ani żona nie mogli popełnić zbrodni. W wiosce chodziły plotki, że malarz miał romans z córką pułkownika.

     Panna Marple, analizując charaktery ludzkie, zaczęła szukać różnych wariantów. I najciekawsze, jak zwykle, są właśnie jej uwagi o ludzkich charakterach. Tym razem bierze ona pod uwagę banalną z pozoru rzecz, że są ludzie z  natury źli. I to jest kluczem do znalezienia sprawcy. Są to na szczęście tylko jednostki, ale zapominać o tym nie można. Brzmi to grafomańsko i niezbyt odkrywczo, ale ostatnio słyszałam w telewizji wypowiedź autostopowiczki, która nie bierze w ogóle pod uwagę wariantu, że niekiedy jazda autostopem może być niebezpieczna. Uważa ona, że jeżeli ona jest wobec ludzi życzliwa, to i inni będą wobec niej życzliwi. Co do zasady może i tak jest, ale nie można zapominać, że od każdej zasady są wyjątki.
     Zapadła mi też w pamięć scena z udziałem pastora, jego dużo młodszej żony  i pewnego młodzieńca.  Pastor w pewnym momencie zorientował się, że młodzi doskonale się rozumieją i poczuł się stary i samotny, a właściwie niemal zdradzony. Uzmysłowił sobie, że taka jest natura, że młodość ciągnie do młodości. Agatha Christie po raz drugi wyszła za mąż za znacznie młodszego mężczyznę. Podczas słuchania tego fragmentu wydawało mi się, że odczucia takie, jak miał pastor,  nie były jej obce.
   Interpretacja Artura Dziurmana jest ciekawa, ale i zaskakująca. Dla mnie panna Marple jest uosobieniem ciekawej osobowości, z doskonałymi manierami, inteligencją i wnikliwością. Nie za bardzo rozumiem dlaczego, ale mężczyźni nie lubią panny Marple, ani w wersji filmowej, ani książkowej. Mężczyźni w ogóle nie przepadają za Agathą Christie. Odnoszę wrażenie, że Artur Dziurman nie odbiega od tego wzorca. On nie znosi panny Marple. Jej partie czytał koszmarnym, skrzeczącym  głosem i zrobił z niej wścibską, wiejską plotkarę. Gdy zaś którakolwiek  z innych postaci wyraziła się o pannie Marple źle, czytał te opinie z olbrzymią satysfakcją , znacznie głośniej, niż inne kwestie. Miałam wrażenie, że utożsamiał się   z tymi wypowiedziami. Kiedy z kolei ktoś inny mówił o pannie Marple dobrze, Dziurman czytał te kwestie z nutą złośliwości i z przekąsem. Tak jakby mrugał okiem i dawał do zrozumienia: niech sobie tak mówi, a my i tak wiemy, jak jest naprawdę. Nie mogę pojąć, dlaczego ta postać wzbudza taką awersję. Ale Dziurmanowi nie udało się obrzydzić mi panny Marple i z pewnością za jakiś czas znowu sięgnę po kolejną powieść z nią w roli głównej. A tak na marginesie to równouprawnienie równouprawnieniem, ale są pewne książki, które podobają się głównie kobietom, i takie które podobają się głównie mężczyznom. Mówiąc o książkach, które podobają się głównie kobietom, nie mam na myśli bynajmniej tylko romansów.  Każdy z pewnością mógłby wymienić masę przykładów. Mężczyźni nie znoszą  np. „Wichrowych Wzgórz”, „Dziwnych losów Jane Eyre. ” Generalnie, interpretacja taka była nietypowa , ale za to ciekawa i mnie w odbiorze książki nie przeszkadzała. 
5/6

czwartek, 23 lutego 2017

Śmierć na Nilu - Christie Agatha

Morderstwo na pokładzie 
Czytelnik, który sięgnie po "Śmierć na Nilu", jeden z najsłynniejszych i niewątpliwie najlepszych kryminałów Agathy Christie, może poczuć się z początku zaskoczony. Przez dwanaście rozdziałów nie ma morderstwa. Dochodzi do przestępstw mniejszego (czy na pewno?) kalibru – część z nich zostanie odkryta dopiero w kolejnych rozdziałach. A jednak fabuła opiera się tu na specyficznej zbrodni. Zbrodni przeciwko miłości.

Wróćmy do początku. Poznajemy dwudziestoletnią Linnet Ridgeway, jedną z najjaśniejszych gwiazd kronik towarzyskich, dziedziczkę niewyobrażalnej fortuny. "To niesprawiedliwe, że niektórzy ludzie mają wszystko"[1], mówi z goryczą pewna młoda, stroskana dziewczyna, właśnie ją mając na myśli. I nie bez racji. Bo Linnet ma wszystko – jest piękna, arcybogata, niezależna, inteligentna, przedsiębiorcza, ze świetnymi perspektywami. Świat to dla niej pełna drogich zabawek kraina czarów. Z kolei ona dla świata jest jak niedostępna bogini, otoczona szacunkiem i podziwem wielkich oraz "maluczkich". Jednak wisi nad nią jakieś złowrogie fatum, sygnalizowane dyskretnie przez Christie już na pierwszych stronach w bzdurnej w zasadzie wypowiedzi jednego z epizodycznych bohaterów:
"– Moim zdaniem, to nie w porządku. (…) Pieniądze i uroda – tego za wiele! Bogata dziewczyna nie ma prawa być taka ładna. Bo to fakt, że jest ładna! Niczego jej nie brakuje. Coś tu jest nie w porządku"[2].

A przecież wtedy, gdy przyjaciel pana Burnaby'ego wypowiada te słowa, w życiu Linnet wszystko jeszcze układa się pomyślnie. Dziewczyna planuje nowe inwestycje, rozważa korzystne małżeństwo z pewnym lordem, znajduje swoje miejsce na ziemi w wiejskiej posiadłości Wode Hall. Mało tego, wkrótce poznaje mężczyznę, w którym zakochuje się naprawdę – Simona Doyle'a. Historia jak z "Kopciuszka" à rebours. Prosty administrator o chłopięcym uroku i księżniczka z milionami, wielka miłość, szybki ślub. A jednak nie jest to piękna baśń. Simon był wcześniej narzeczonym przyjaciółki Linnet – Jacqueline de Bellefort. Ta mści się na nowożeńcach, uprawiając – jak byśmy dziś powiedzieli – stalking. Kiedy państwo Doyle udają się w podróż do Egiptu, rusza za nimi. Napięcie rośnie. Linnet – reprezentantkę tych ludzi, którzy mają wszystko – dręczy sumienie. Czuje się także zagrożona:
"– Wszystko napawa mnie lękiem – rzekła. – Nigdy dotąd nie doznawałam podobnych uczuć. Te dzikie skały, straszne i ponure pustkowie. Dokąd płyniemy? Co będzie z nami dalej? Boję się, proszę mi wierzyć. Wszyscy mnie nienawidzą. Nie przeżywałam jeszcze czegoś podobnego. (…) To straszne uczucie być otoczoną ludźmi, którzy mnie darzą nienawiścią. (…) Czym się to wszystko skoczy? – dodała szorstko. – Jesteśmy zamknięci. Niczym w pułapce. Nie ma stąd wyjścia. Trzeba brnąć dalej. Sama nie wiem, gdzie teraz jestem…"[3]
Doyle'owie oraz Jacqueline spotkają się na statku wycieczkowym płynącym w rejs po Nilu. To właśnie tam bańka napięcia pęknie, długo tłumione konwenansami i angielską powściągliwością emocje wyjdą na wierzch. Padnie kilka strzałów. Jedna z kul – nie zbłąkana, a wymierzona z chłodną precyzją – zakończy życie Linnet Ridgeway Doyle - życie tak krótkie, życie jak z bajki, życie, które sprowadziło na nią śmierć.

Jeden z pasażerów "Karnaka", poniekąd zaangażowany w ten miłosny dramat – wypoczywający w Egipcie Herkules Poirot – podejmie się śledztwa. Szybko wyjdzie na jaw, że sprawa nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać. Jacqueline de Bellefort żadną miarą nie mogła zastrzelić swojej dawnej przyjaciółki. A zatem kto jest za to odpowiedzialny? Okazuje się, że motywów nie brakuje. Zgromadzeni na statku ludzie nie zawsze życzyli dobrze pięknej milionerce. Niebawem morderca zabije kolejną osobę.

"Śmierć na Nilu" nie bez przyczyny została uznana za jedną z najlepszych książek w dorobku Christie. Fabuła jest porywająca, intryga misterna, sporo tu zwrotów akcji i pełnokrwistych postaci (poza osobami miłosnego dramatu to na przykład autorka kipiących erotyką romansideł o przebrzmiałej sławie, jej znękana córka, Allertonowie – matka i syn połączeni chyba zbyt mocną więzią, trzymana pod swoistym kloszem Kornelia Robson czy Fergusson, radykalny komunista). Tło obyczajowe bywa zazwyczaj niedoceniane przez czytelników w powieściach kryminalnych Christie – jakże niesłusznie! Tu ciekawie została przedstawiona także przedwojenna klasa wyższa. To ludzie bogaci, zadowoleni z siebie, podlegający konwenansom, ale za fasadą dobrych manier kryjący małe brudne sekrety i nie do końca zgodne z prawem uczynki.

Warto wybrać się w rejs "Karnakiem" po Nilu. To niezapomniana podróż – również czytelnicza.
---
[1] Agatha Christie, "Śmierć na Nilu", przeł. Natalia Billi, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 83.
[2] Tamże, s. 6.
[3] Tamże, s. 68. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem jest Misiak297.

piątek, 17 lutego 2017

Agatha Christie „Nemezis”


  „Nemezis” jest tak bardzo oryginalną powieścią Christie, że nie sposób pomylić ją z innymi powieściami tej autorki. Panna Marple dostała tym razem zlecenie rozwiązania zagadki od … nieżyjącego już znajomego, niejakiego pana Rafiela. Licząc się z tym, że może szybko umrzeć, Rafiel, za pośrednictwem prawników zaproponował pannie Marple wycieczkę po brytyjskich ogrodach i posiadłościach, aby w jej trakcie zdobyła pewne informacje. Detektyw – amatorka szybko zorientowała się, że zagadka dotyczy Michaela Rafiela, syna zmarłego bogacza. Został on 10 lat wcześniej skazany za zabójstwo narzeczonej. Panna Marple zorientowała się, że zabójcą był ktoś inny. Najpierw, jej podejrzenia padły na uczestników wycieczki, ale ich było kilkunastu i ustalenie czegokolwiek w tak licznej grupie byłoby bardzo trudne.

W trakcie wycieczki na jednym z postojów panna Marple została zaproszona na nocleg do pobliskiego domostwa, które zamieszkiwały 3 starsze siostry. Jak się okazało, zamordowana przed laty dziewczyna mieszkała właśnie u nich. Wtedy stało się bardzo realne, że z zabójstwem nie miał nic wspólnego ani młody Rafiel, ani nikt z uczestników wycieczki, ale któraś z sióstr, może dwie, a może nawet trzy lub ktoś związany z ich rodziną. Jeżeli jedna z sióstr to która? Zrównoważona Clotilde, znerwicowana Anthea czy mało charakterystyczna Lavinia? Zrównoważenie może być pozorne, według panny Marple gdy ktoś nie ujawnia emocji nie oznacza to, że nic nie czuje, może być tak, że w związku z wcześniejszymi trudnymi przeżyciami, ten ktoś nauczył się już nie okazywać emocji. Anthea z kolei wydała się podejrzana z powodu dziwacznego roztrzepania, na które była za stara.


Wielokrotnie już pisałam, że Christie była mistrzem psychologii, a swoje obserwacje w tym zakresie przekazywała jako narratorka książek. Uosobieniem wnikliwości i zmysłu obserwacyjnego Christie uczyniła pannę Marple. Tym razem skupiłam się na tym, jak panna Marple ( vel Agatha Christie) postrzega rzeczywistość. W trakcie rozmowy jej uwagę przykuwa, gdy ktoś nagle zmienia temat rozmowy. Zastanawia się więc, dlaczego ten ktoś zrobił to w tym, a nie innym momencie, zapamiętuje, o czym była wówczas mowa. Potem zastanawia się, czy był to przypadek, czy też z nieznanych powodów określony temat jest komuś „nie na rękę”. Można później „przypadkiem” znów ten temat podjąć i sprawdzić, czy znowu dojdzie do zmiany tematu. Gdy ktoś o czymś zbyt często mówi, też zastanawia się, dlaczego, co się za tym kryje. Szybko orientuje się, kto z kilku osób jest dominujący. Jedna z osób gdy wypowiada jakaś tezę, to zerka na tego dominującego osobnika, szukając aprobaty, lub sygnału, że za dużo zostało powiedziane itp. Nie umyka jej uwagi, gdy ktoś zrobił coś bardzo charakterystycznego dawno temu, nawet w dzieciństwie, ma świadomość, że to już był wyraz charakteru, a ludzie generalnie nie za bardzo się zmieniają. Wierzy przeczuciom, zwraca uwagę na to, co np. czuła pierwszy raz wchodząc do określonego domu lub widząc daną osobę. To tylko oczywiście przykłady, nie sposób wymienić wszystkiego, musiałabym streszczać całą książkę.

        W każdej książce Królowej Kryminału jest pewna myśl przewodnia. W tej, na pierwszy plan wysuwa się życie przeszłością, permanentne jej rozpamiętywanie i brak możliwości pójścia naprzód. W ”Nemezis” rozpamiętywaniu przeszłości towarzyszy smutek, a nawet i rozpacz. Atmosfera jest duszna. Wyjście wydawałoby się proste, sprzedać dom, z którym kojarzą się różne straszne rzeczy i wyjechać, okazuje się to jednak za trudne. Jest to też niemożliwe, jak się później okazuje, chociaż nie dla wszystkich. To taka dziwna niemożność podjęcia walki o to, aby być szczęśliwym i poddanie się, wybranie apatii. To jest też świetny obraz tego, jak destrukcyjne mogą więzy rodzinne, gdy ludzie nawzajem unieszczęśliwiają się, a ci, którzy mogliby uciec, czują się zobowiązani aby zostać z resztą rodziny, chociaż wcale nie ma takiej potrzeby. Wszyscy stają się więc cierpiętnikami. Jedyną osobą, która zechce iść do przodu będzie młody Rafiel, który przesiedział niewinnie 10 lat w więzieniu. On mówi, że wszystko, co teraz zrobi, musi być nowe, że musi iść przed siebie. A panna Marple komentuje to w ten sposób, że najważniejsze, że nie stał się zgorzkniały.


Mottem książki mogłyby być słowa jednej z uczestniczek wycieczki: 
”Miłość to przerażające słowo”. 
Właśnie w „Nemezis” pokazane jest drugie, mroczne dno relacji rodzinnych.  Temat różnych anomalii w rodzinach jest często podejmowany także i we współczesnych powieściach kryminalnych. W tych współczesnych często jednak jest to traktowane schematyczne, np. eksploatowany do granic możliwości jest temat przemocy w rodzinie, ewentualnie pedofilia, często zaś dewiacjom tym towarzyszy alkoholizm. Skupienie się na tych zagadnieniach i czynienie z nich tematu niejako modnego powoduje, że wszystkie inne anormalne zachowania pozostają niezauważalne.  U Christie w „Nemezis” nie ma tego schematyzmu,  zbrodniarzami są ludzie wykształceni, obyci, majętni, bez nałogów, nie stosują przemocy, nie są pedofilami ani alkoholikami. Na czym konkretnie polegała przyczyna zbrodni w tej konkretnej powieści, napisać oczywiście nie mogę.  


5/6

sobota, 11 lutego 2017

Róża i cis - Mary Westmacott (Agatha Christie)

Książki obyczajowe, pisane przez Agathę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott, jeszcze bardziej niż kryminały, kreślą tło społeczne i obyczajowe w Anglii. "Róża i cis", napisana w 1947 roku pokazuje zmiany jakie zaszły w polityce oraz świadomości ludzi po drugiej wojnie światowej. 
Już sama postać Johna Gabriela, człowieka, który nie pochodzi z arystokracji, a pomimo tego kandyduje do parlamentu z ramienia konserwatystów pokazuje, jak dużo zmieniło się w świadomości mieszkańców Wysp Brytyjskich. Przed wojną, człowiek znikąd, a przede wszystkim bez pochodzenia, nie miałby czego szukać wśród torysów i nie pomogłyby mu w tym nawet zasługi wojenne, które były jego udziałem.
Johna Gabriela poznajemy z "drugiej ręki", poprzez opowieść o nim, snutą przez nieprzychylnego mu człowieka - Hugh'a Norreys'a. Główny bohater i narrator, był świadkiem wydarzeń, jakie miały miejsce podczas wyborów w kornwalijskiej wiosce St Loo, gdzie spędzał czas przykuty w wyniku wypadku do inwalidzkiego wózka. Mimowolnie stał się obserwatorem toczącego się dookoła życia i powiernikiem wielu osób. Uznał, że przejrzał Johna Gabriela na wylot. 
Oprócz polityki, lokalną społeczność żywo interesowały sprawy sercowe bliźnich. Hugh Norreys był zdecydowanie wielbicielem pewnego typu kobiet, zmagających się z wiecznym poczuciem winy, biorących "mężnie na swoje barki winy całego świata"[s.257], co najpierw uważał za jedną z ich najbardziej uroczych cech, by po czasie spostrzec, że jest to bardzo irytujące. 
O ile Gabriel sam odsłania się przed Hugh'em całkowicie, choćby w chwili gdy mówi: "Ostatnia rzecz potrzebna przy wyborach to społeczeństwo, które używa głów do myślenia."[s. 92], albo: "Nie chcę władzy. Nie mam ambicji władać swoim ludem ani całym światem. Człowieku, myślisz, że po co w tym wszystkim siedzę? Władza to bzdura. Ja chcę ciepłej posadki, to wszystko."[s. 134], to wielką niewiadomą pozostaje zarówno dla Hugh jak i dla czytelnika postać Isabelli. Młoda arystokratka zaskakuje wszystkich niespodziewaną, życiową decyzją. Jako czytelnika, aż mnie skręcało w środku z ciekawości, żeby dowiedzieć się, co kierowało życiowym wyborem młodej damy. Niestety, nie mamy wglądu w jej myśli i wiemy tylko tyle, ile domyślił się Hugh i ile my sami domyśliliśmy się na podstawie przedstawionych wydarzeń. Jest to o tyle ciekawe, że Isabella stanowi kolejną postać obdarzoną przez autorkę elementami autobiograficznymi. 

"Róża i cis" to nie tylko ciekawa powieść z historycznym tłem, pokazująca jak wyglądało życie w Anglii 70 lat temu, ale także powieść ponadczasowa. Poruszone w niej problemy, dzisiaj są takie same jak wtedy. Jeśli do tego dodamy nowe, doskonałe tłumaczenie Macieja Grabskiego, w którym ani jedno słowo nie trąci myszką, to możemy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z bardzo dobrą powieścią w stylu retro, a nie autentykiem sprzed ponad pół wieku.
Zachęcam do lektury!


Róża i cis
Mary Westmacott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie:  Maciej Grabski
tytuł oryginału: The Rose and the Yew Tree
data wydania  9 września 2015
ISBN 9788324582075
liczba stron  320