piątek, 26 lutego 2016

Jak alfa i omega, początek i… „Kurtyna”, czyli pożegnanie Poirota - recenzuje gość: Stworek.vel.Oka



Agatha Christie „Kurtyna”
Bo widzi pan, ludzie na ogół boją się wyroku. Wolą wiadomości uspokajające. Po lekarzu spodziewają się słów otuchy i nadziei. Wolą łagodny syropek od gorzkiej prawdy. I to syropek podawany małymi porcjami. W końcu zdarzają się czasem cuda.
Wielki powrót do Styles pięćdziesiąt pięć lat później. Tu, gdzie wszystko się rozpoczęło, kończy się, zabierając z kart powieści cząstkę Artura Hastingsa. Ale to nie jest smutny, depresyjny finał, to pełna energii, barwna i dowcipna opowieść o spotkaniu przyjaciół po latach (który może zszarzeli i fizycznie oklapli, jednak ich umysły dalej są wielkie), o ostatnim wspólnym śledztwie i kubku słodkiej czekolady, która w towarzystwie małego Belga zawsze będzie smakowała najlepiej.

Niebezpieczeństwo, mój przyjacielu, nadaje smak życiu. (…) Mężczyźni ryzykują w rozmaity sposób, kobiety najczęściej w przygodach miłosnych. I dlatego podnieca je cień rzucony przez tygrysa – schowane pazury, podstępny skok! Nienagannego mężczyznę, pełnego zalet, który byłby dobrym i przykładnym mężem, mijają obojętnie.
Hastings, nasz narrator (trochę kulawy pod względem opisów postaci, co sam otwarcie przyznaje), wdowiec, ojciec czwórki dzieci, przybywa na zaproszenie swojego starego przyjaciela, poczciwego Herkulesa Poirota, do dawnej posiadłości państwa Cavendish, która obecnie jest pensjonatem (nie najwyższych lotów). Nudno być nie może, bo przyjaciel wąsatego Belga ciągle i niezmiennie nie dostrzega tego, co powinien, dając się ponosić emocjom, wyprowadzać na manowce, mimo że na prośbę Poirota ma wysilać swoje szare komórki i odkryć, kto będzie ofiarą tajemniczego Iksa. Katalizatorem jego dziwnych zachowań jest temperamentna córka Judith, dwudziestojednoletni wybitny naukowiec, która również przebywa w Styles, prowadząc badania wraz ze swoim mentorem, doktorem Franklinem. Stężenie mężczyzn i kobiet jest dość spore, więc oczywistym jest, że miłości i namiętności, będą dawać o sobie znać. Iks wspaniale to wykorzysta, zwłaszcza, że jest mistrzem zbrodni pozornie bez znaczenia i nie mających ze sobą nic wspólnego.
Prawda rzadko popłaca. Ale pozwala nam oszczędzić wiele czasu, a szczególnie mnóstwa obłudnych słów.
Na szczęście nasz wspaniały detektyw ciągle ma trzeźwy umysł, głowę na karku i do ostatniego oddechu doskonale wie co robi (a trzeba mu przyznać, że działa zaskakująco i logicznie, jak zwykle!). Mam nadzieję, że czekoladą skutecznie wybił z głowy Hastingsa marzenia o byciu detektywem na wzór Sherlocka Holmesa, bo czytając o wnioskach, do jakich dochodzi poczciwy kapitan, nie można się nie uśmiechnąć.
Skoro nie możesz używać swoich szarych komórek, bo ich nie posiadasz, używaj przynajmniej oczu, uszu i nosa, choćby w takim stopniu, w jakim pozwalają ci na to nakazy honoru.
poirot„Kurtyna” jest bardzo dobrym zwieńczeniem przygód belgijskiego detektywa, który jest moim number one jeśli chodzi o tropicieli zbrodni. Oprócz żalu, który ściska serce poirotowego fana, nie sposób się nie uśmiechnąć, czytając zabawne dialogi pomiędzy starymi przyjaciółmi i przyglądając się torom ich myślenia. Odwołanie do twórczości Szekspira jest również niezwykle ciekawym zabiegiem, który jeszcze dodaje smaczku całej historii. Christie kolejny raz pokazała, że jej powieści nie mogą być banalne, przewidywalne i szablonowe, a to, że czuje się żal po odejściu stworzonej przez nią postaci jest chyba najlepszym dowodem na to, jak mocno wryła się w serca czytelników.

I na koniec, kłaniając się nisko, pozostaje mi tylko powiedzieć:

Dziękuję, mon ami, że umilałeś moje dni. :)



Recenzja pochodzi z bloga: . (: Rozmaite poczytania gagatki :) i została opublikowana w ramach wyzwania Wrzesień z Agathą. Autorką recenzji jest Stworek.vel.Oka.


wtorek, 23 lutego 2016

O Poirocie krótkometrażowo - Wczesne sprawy Poirota

Zanim się ukazał tomik „Wczesne sprawy Poirota”, wielbiciele słynnego detektywa mogli już byli przeczytać prawie wszystkie powieści i kilka innych zbiorów opowiadań z jego udziałem. Nie jest on typowym „prequelem”, pisanym po latach dla wyjaśnienia wcześniejszych losów popularnego bohatera, zawiera bowiem teksty publikowane w czasopismach mniej więcej równocześnie z "Tajemniczą historią w Styles" i w ciągu kilku następnych lat.
Jest ich 18:  
"Wypadki na Balu Victory", 
"Przygoda kucharki z Clapham", 
"Kornwalijska tajemnica", 
"Przygoda Johnniego Waverly", 
"Podwójny dowód", 
"Król trefl", 
"Dziedzictwo Lemesurierów", 
"Zagubiona kopalnia", 
"Ekspres do Plymouth", 
"Bombonierka", 
"Projekt okrętu podwodnego", 
"Mieszkanie na trzecim piętrze", 
"Podwójna wina", 
"Tajemnica Market Basing", 
"Gniazdo os", "Dama z woalką", 
"Na pełnym morzu" i 
"Jak rosną kwiatki w pani ogródku?", a prawie wszystkie doczekały się pełnometrażowych ekranizacji w ramach serialu z Davidem Suchetem w roli głównej. Całkiem niedawno zdarzyło mi się widzieć większość z nich, wskutek czego przyjemność ze śledzenia zawartych w nich zagadek kryminalnych wyraźnie osłabła. Gdyby to były pełnowymiarowe powieści, można by się było skupić na szczegółach obyczajowych i scenkach rodzajowych, ale w tak krótkich tekstach niewiele na to miejsca... Co nie znaczy jednak, że czytać ich nie warto. Bo na przykład właśnie tutaj, w opowiadaniu "Podwójny dowód", pojawia się po raz pierwszy hrabina Vera Rossakoff, wspominana później przez Poirota jako domniemany ideał kobiety. I nawet w tych niedługich opowiastkach jest miejsce na błyskotliwe spostrzeżenia oraz sarkastyczne uwagi małego Belga. Dla niego samego warto je przeczytać, nawet jeśli opisane w nich historie wydają się nazbyt zwięzłe.


Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest dot59.

czwartek, 18 lutego 2016

"A. B. C." - recenzuje gość Miłka Kołakowska


Źródło
Jakże inna jest ta powieść od wielu kryminałów świadczy każda kolejna jej strona. Agatha Christie wpadła na całkiem nowatorski pomysł i postanowiła zabawić się z czytelnikami w niecodzienne śledztwo. Tym razem, pozornie, to nie odnalezienie sprawcy jest priorytetem, a raczej rozsądne i przemyślane wyprzedzanie jego myśli. Sprawa zaczyna się od krótkiego niepozornego listu, który podsyca ciekawość Poirota. Nadawca, tajemniczy A.B.C., wyzywa Herkulesa Poirota na inteligentny alfabetyczny pojedynek, celowo nazywa detektywa mądralą, czym podjudza jego i tak niemałą ciekawość.

Trzeba przyznać, że nie tylko Poirot przyjął wyzwanie, ja jako czytelnik, również drążyłam każdą myśl i analizowałam dotychczas poznane fakty. Wszystko, aby wyprzedzić bohaterów i móc chociażby podejrzewać, jakim motywem kierował się okrutny sprawca. Przez ułamek sekundy miałam właściwy zalążek myśli, ale umknął tak szybko, że nie zdążyłam się nim poważnie zainteresować. Trzeba przyznać, że autorka wyhodowała sprawcę niezwykłego i wyjątkowo zachowawczego. Stworzyła dla odmiany mordercę seryjnego, który począwszy od poinformowania o swoim planie słynnego Herkulesa Poirota, zaczyna zabijać kolejne ofiary w nieprzypadkowej kolejności. Podpisując się już w pierwszym liście inicjałami A.B.C. i wskazując miejscowość Andover jako miejsce zbliżającego się zdarzenia, daje do zrozumienia, że zbrodnia jest przez niego zaplanowana misternie, a w drugim liście uświadamia bohaterom, że pierwsze morderstwo nie było jedynym. Ku zdziwieniu prowadzących śledztwo, działaniami sprawcy kieruje ściśle określony porządek alfabetyczny, zarówno nazwiska, jak i miejscowość pierwszej ofiary zaczynają się na literę A, a drugiej na literę B. Alfabetyczna gra o ludzkie życie zaczyna się w głowie Poirota, nie dając mu długo spokoju. Każdorazowo przed popełnieniem przestępstwa, sprawca bawi się z detektywem, podając mu jak na tacy miejscowość i dzień, w którym popełni następny morderczy czyn. Zadziorność i ekstrawagancja pana A.B.C. dodaje śledztwu rozmachu, a detektywowi pozostawia spore pole do popisu. 

Jak szybko Poirot zdoła znaleźć sens prowadzonej przez mordercę gry? Jaka literka zakończy śmiertelne abecadło?

Winny morderstwa zabawia się z ze słynnym detektywem, usilnie zatajając wszelkie logiczne ślady. Błyskotliwy Poirot potrafi jednak dostrzec ślad nawet w braku śladu. Działa u niego bowiem wyobraźnia i znajomość psychologii drugiego człowieka. Ma perfekcyjny zmysł obserwatorski i łączy pozornie niezwiązane elementy w sensowną całość. Jest to dopiero moja druga książka z tym bohaterem i nie wiem, czy lubi grać w karty, ale twierdzę, że byłby idealnym asem pokerowym. Składam hołd tej postaci, bo choć kolejne sprawy nie miały prawa się ze sobą powiązać, to inteligentne i rozsądne przemyślenia głównego bohatera potwierdziły, jak bardzo logiczną całość stworzył A.B.C. 
Pani Agatha Christie nie zawiodła mnie wcale. Pokazała, że tytuł królowej kryminałów jest jej zdecydowanie należny, a profil sprawcy w powieści A.B.C. został przemyślany i dopracowany w 100%. Finał okazał się zaskakująco inny od przewidywanego w trakcie czytania, autorka najpierw upewniła nas w jednym rozwiązaniu, po czym skierowała do zupełnie innego, mniej oczywistego, lecz zdecydowanie bardziej zagadkowego. Kazała nam wsłuchiwać się w każdy wypowiedziany zwrot znajomych ofiar i prowadzących śledztwo, w końcu, jak powiedział sam Herkules Poirot: 

„Słowa (…) są przecież zewnętrzną powłoką myśli”

Kluczem do jednej z decydujących myśli detektywa stają się same słowa, słowa wypowiedziane przez narratora (większości rozdziałów), którym jest kapitan Hastings, wieloletni przyjaciel Herkulesa. Początkowo wyjątkowo sceptyczny i uznający sprawę za co najmniej ponurą, dla Poirota stanowi regularną podporę i niejako źródło inspiracji do kolejnych działań. Dla mnie natomiast kapitan Hastings był trochę nijaki, po prostu był, akceptowałam go, ale nie stanowił ważnej postaci. Równie dobrze, mogłoby go nie być i powieść utrzymałaby podobnie wysoki poziom. 

Czytając, nasunął mi się także drobny błąd. Nieścisłość dotyczyła trzeciego listu, który został jakoby doręczony w poczcie o godzinie 22:00, a kilka akapitów później Poirot sprawdza godzinę i jest 21:20. Nie wpłynęło to jednak na wydarzenia więc nie zajmuję sobie tym głowy.

Najważniejsze, że Herkules Poirot był nadal błyskotliwy i nie zszedł na własnej jakości, a autorka zadziwiła umiejętną grą logiczną. Nie mogło być jednak inaczej, bo główny bohater zajmuje stanowisko tylko przy wybornych zleceniach, z pozoru zwykłych i niczym się nie wyróżniających, a finalnie okazujących się prawdziwą detektywistyczną słodyczą:

„Herkules Poirot uznaje dziś tylko delicje.” 

Tytuł: A.B.C.
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 186
Moja ocena: 7/10
http://mozaika-literacka.blogspot.com/2015/09/tytu-zabojstwo-rogera-ackroyda-autor.html

Recenzja pochodzi z bloga: Mozaika literacka i została opublikowana w ramach wyzwania Wrzesień z Agathą. Autorką recenzji jest .

http://na-tropie-agathy.blogspot.com/2015/08/wrzesien-z-agatha-christie-wyzwanie-z.html

niedziela, 14 lutego 2016

Nie kryminał, nie romans, a jednak... się czyta! - "Róża i cis", Christie Agatha

Ależ się nabrałam! O ile o „Samotnej wiosną” doskonale wiedziałam, że to rzecz nietypowa jak na twórczość królowej kryminału, o tyle po „Różę i cis” sięgnęłam, nie czytając wcześniej żadnej recenzji ani opisu (może i dobrze, bo gdybym zauważyła, że w katalogu zaliczona jest do kategorii „romans” [sic!], zapewne wskutek sugestywnej treści noty wydawniczej, pewnie bym jej nie tknęła); cis, jak wiadomo, zawiera silną truciznę, więc kryminalne skojarzenia były oczywiste. Pierwszoosobowa narracja też mnie nie zbiła z tropu, bo już się kiedyś z taką u niej spotkałam. Trudno powiedzieć, kiedy się zorientowałam, że jednak żadnego morderstwa nie było i nie będzie, ale na pewno w tym momencie czułam się już dostatecznie wciągnięta w opowieść. O miłości? Trochę też, oczywiście, ale w żadnym wypadku nie w konwencji romansu. Miłość to tylko jedna z sił, które kierują bohaterami, tylko jedno z całej gamy uczuć, które ich łączą i dzielą.

Hugh Norreys, narrator powieści, były nauczyciel i zdemobilizowany żołnierz, jest z góry skazany na pozostanie na pozycji obserwatora; jego kule i wózek inwalidzki przyciągają doń kobiety spragnione raczej współczucia i zrozumienia niż miłości. Choć może i w jego osobowości jest coś, co sprawia, że ten typ do niego lgnie – przecież jeszcze przed wypadkiem spotkał Jennifer, pośrednią tego wypadku przyczynę… Unieruchomiony na wózku, staje się obiektem litości i idealnym kandydatem na biernego słuchacza, jednak czy potrafi zachować bierność w obliczu tak nieszablonowej konfiguracji wydarzeń?


Znienawidzony przezeń – o czym dowiadujemy się już na wstępie relacji, zanim poznamy tego przyczynę – major John Gabriel wdziera się dość obcesowo w spokojny światek kornwalijskiej wioski, niemal spadając z nieba (a może… wyskakując wprost z piekła?) jako kandydat na członka parlamentu z ramienia partii konserwatywnej, choć jego pochodzenie nakazywałoby mu opowiadać się raczej za laburzystami, a jego poglądy… no właśnie, czy Gabriel ma jakieś poglądy? Czy może tylko pragnienia, dla których spełnienia gotów jest wejść w każdą skórę, jaka mu się pod rękę nawinie? Czy jest cynicznym manipulatorem, którego każdy krok ma dać odpowiedni efekt, czy to tylko kolejna maska, jaką nałożył, by nie zdradzić swojej prawdziwej osobowości? Bo jeśli nie zależy mu na niczym prócz kariery, czemużby miał się angażować w sprawę Milly Burt (postaci w gruncie rzeczy niewiele znaczącej, zarysowanej zaledwie w paru scenach, które jednak pozwalają rozpoznać w niej doskonały okaz syndromu ofiary), wiedząc, jak to będzie postrzegane przez opinię publiczną? A może jest klasycznym typem łowcy, który interesuje się swoim obiektem pożądania tylko póty, póki ten pozostaje niezdobytym? Udział w wyborach nie dlatego, by zasiadać w parlamencie, lecz by udowodnić, że potrafi się wygrać, zaloty nie po to, by spędzić życie u boku wybranej, lecz by pokazać, że przezwyciężyło się jej opory, obrona maltretowanej i poniżanej kobiety nie ze współczucia, tylko dla demonstracji wyższości nad jej prymitywnym małżonkiem? A może wszystkie te jego zachowania są jedynie bezładnym miotaniem się sfrustrowanego, dręczonego kompleksami człowieka pomiędzy światem, do którego on sam nie chce powrócić, a światem, który go nie chce przyjąć takim, jakim jest naprawdę? To świetna kreacja, jeden z tych bohaterów, których nie da się polubić i niełatwo ich zrozumieć, a jednak nie sposób przejść obok nich obojętnie, bez próby wniknięcia w ich myśli i motywacje… To właśnie Gabriel i działanie rozkręconej wokół niego machiny wyborczej, a nie którykolwiek z wątków romansowych, stanowią główną oś fabuły. Oczywiście, w pewnym momencie środek ciężkości przesuwa się w kierunku dość absurdalnej i, prawdę powiedziawszy, słabo umotywowanej afery miłosnej; zbyt mało wiemy o Isabelli (albo raczej Hugh wie o niej zbyt mało i taką skąpą wiedzą się z nami dzieli), by pojąć, dlaczego, doczekawszy się wreszcie swojego ledwie pamiętanego ukochanego z lat dziecinnych (ukochanego? a może tylko wyobrażenia, jakie trzeba sobie było stworzyć, by móc się wpasować w przygotowany przez rodzinę schemat?...), podejmuje nagłą i nieodwracalną decyzję, która okaże się dla niej tak niefortunna. Co zadziałało: rozczarowanie przewidywalną przyszłością? przekorna chęć wyrwania się ze świata, do którego ją przypisano? feromony? Czy, choć to chyba najmniej prawdopodobne, wewnętrzne przekonanie, że pod nieciekawą powierzchownością i mało wytwornymi manierami znanego wszystkim mężczyzny kryje się inny człowiek – wart tego, by mu poświęcić życie? Tego nie dowiemy się nawet z ostatniej rozmowy narratora z Gabrielem…

 Ostatecznie więc „Róża i cis” (poetyckie wyjaśnienie tytułu pojawia się w tekście), mimo że nie jest ani kryminałem, ani romansem, nie sprawia zawodu, okazawszy się całkiem niezłą powieścią psychologiczno-obyczajową. Można autorce wytknąć drobne uchybienia, na przykład (co zauważyli też redaktorzy wydania polskiego) że ojcu dziewczyny liczącej sobie 19 lat w roku 1945 (zatem urodzonej w 1926) kazała polec na wojnie co najmniej 7 lat przed jej narodzinami czy że chcąc umieścić mały fragment akcji w egzotycznej dla Brytyjczyków Słowacji postąpiła w sposób typowy dla kogoś, kto wie, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele, na skutek czego ani nazwa miejscowości Zagrade (która może być chorwacka, serbska, czarnogórska, bułgarska, ale nie słowacka), ani nazwiska przedstawicieli lokalnej społeczności, Stołanow i Crassvitch, nie brzmią autentycznie. Można jej też zarzucić nieco melodramatyczne zakończenie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatecznym rozrachunku powieść i tak wypada lepiej niż niejedno dzieło zachwalane przez wydawcę jako „niezwykłe świadectwo wyjątkowego talentu” czy coś w tym rodzaju…

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest  dot59.

środa, 10 lutego 2016

Agatha Christie. ABC Murders (2016) - recenzja gry

Jako OGROMNA miłośniczka zagadek, kryminałów i wszystkiego, co jest związane z Agatą Christie po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tak wspaniałej gry. ABC Murders miała swoją oficjalną premierę 4. lutego, jednakże polscy fani nie muszą długo czekać na ukazanie się tej gry na ojczystym rynku.  

Od 12. lutego A.B.C. będzie dostępna w polskim sklepach!

Choć wspominałam już o tej grze w zapowiedziach, dla niezorientowanych przypomnę, iż A.B.C została stworzona na podstawie powieści Agaty Christie o tym samym tytule. Dlatego możemy liczyć na wspaniałą rozrywkę, pobudzającą nasze "szare komóreczki", ponieważ tym razem sami wcielimy się w rolę detektywa! 

11
Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com
Nie jest tajemnicą, iż wychowałam się właśnie na grach detektywistycznych. Jeszcze jako małe dziecko grałam w przygody Scooby Doo bądź rozwiązywałam zagadki z samym Sherlockiem Holmesem. O ile przy pierwszym tytule nie miałam większego problemu, tak drugi był o niebo trudniejszy. Jako że pokochałam gry symulacyjne, nie mogłam się zatem obejść smakiem i rok temu zakupiłam Kolekcję Tajemnic Agathy Christie, w zestawie którym znalazłam aż trzy gry: Morderstwo w Orient Expressie (2006); Zło, które żyje pod słońcem (2007) oraz I nie było już nikogo (2005). Cały czas pamiętam, że miałam napisać o tych przygodówkach (i na pewno to zrobię)! 

Czemu o tym wspominam? Ponieważ chcę zaświadczyć, iż mam porównanie i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, iż najnowsza adaptacja znanej powieści Agathy Christie w końcu spełniła moje oczekiwania (zrozumiecie moją radość, gdy opiszę wcześniejsze publikację). Tak, moi drodzy, ABC MURDERS to gra, na którą warto było czekać... i w którą trzeba zagrać!
 
Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com

Jednakże po kolei...

ABC MURDERS to najnowsza (o ile się nie mylę), szósta gra przygodowa na podstawie powieści Agaty Christie. Wcielając się w rolę słynnego na cały świat Herkulesa Poirot, gracz może poznać jedną z najbardziej skomplikowanych zagadek kryminalnych świata - wyzwanie rzucone przez tajemniczego przeciwnika o pseudonimie ABC. Wraz z detektywem stopniowo zagłębiamy się w sprawę potrójnego morderstwa, w której ofiary pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. 

Konieczne jest odwiedzanie miejsc zbrodni, przepytywanie świadków oraz baczna obserwacja podejrzanych. W tej rozgrywce ważny jest najmniejszy szczegół, tak jak w układance konieczne są wszystkie puzzle. Aż w końcu rozwiń w sobie zdolność dedukcji i pokrzyżuj plany szalonego mordercy. 

Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com
I w końcu zrób to bez większych problemów technicznych! Tak, moi drodzy, ABC Murders zostało przygotowane z największą dokładnością, której zabrakło we wcześniej granych przeze mnie tytułach. 
Zacznę może od samej oprawy graficznej, w której się zakochałam! Ilustracje wyglądają jeszcze piękniej podczas gry. Widać, iż graficy zadbali o każdy jeden szczegół, by umilić wizualnie czas rozgrywki. Należy też zwrócić uwagę na przejścia, które w końcu są płynne. Nie musimy czekać w nieskończoność, aż główna postać przemieści się z punktu A do punktu B (co naprawdę bywa nużące i co naprawdę zniechęciło mnie podczas grania w I nie było już nikogo (2007)). Tutaj pomieszczenia są dobrze rozplanowane, byśmy jak najmniej czasu marnowali na niepotrzebnym oczekiwaniu. Również ustawienia, obsługa czyli wszystko to, co było niezbędne, byśmy nie mieli problemów w odnalezienie się w grze, było proste - nie było możliwości, by czegoś nie zrozumieć. 

Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com

Na pierwszym planie jest cała intryga. Zagadka, choć nie będzie wielkim zaskoczeniem dla osób, które przeczytały oryginał, jest naprawdę złożona, a dodatkowe pomysły na jej rozbudowanie, jakimi uraczyli nas twórcy, jedynie dodaje smaczku ABC Murders. Najważniejsze jest odnalezienie sprawcy trzech morderstw (zaczynamy grę oczywiście od pierwszej sprawy, a dopiero później przychodzi czas na kolejne), choć przed sobą mamy do nazbierania wiele istotnych wskazówek.

I tutaj bardzo mi się podobała forma podpowiedzi. Grając w Morderstwo w Orient Expressie (2006), nieustannie musiałam minimalizować ekran i czytać podpowiedzi. Dlaczego? Ponieważ nie miałam pojęcia, czego powinnam teraz szukać. Natomiast w ABC Murders nie dość, iż znamy nasze następne zadanie, to dodatkowo jeżeli nie wiemy, co z czym połączyć, wystarczy wcisnąć przycisk pauzy i użyć tropu, by Poirot samoistnie wykonał kolejne zadanie. Wniosek? Nie potrzeba nam żadnej solucji!
Bardzo podobały mi się także zadania, jakie musieliśmy wykonać. Były takie... konkretne i naprawdę gracz rozumiał, czemu w tym momencie jest to tak istotne. Uruchamialiśmy w ten sposób związek przyczynowo-skutkowy, który naprawdę mi się podobał, ponieważ miał (powtórzę się) związek ze sprawą, a i dzięki temu lepiej poznawaliśmy postaci. 

Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com

Kolejny plus należy się za pomysł obserwacji oraz liczne możliwości zadawania pytań. Wybierając to, a nie inne zdanie, kontrolowaliśmy emocje podejrzanych/świadków i tak na przykład, kiedy wybieraliśmy dosadny sposób zadawania pytań, postać mogła patrzeć na nas pogardliwie, niechętnie i tym samym nie będzie chciała dalej odpowiadać na pytania. Natomiast poprzez dobieranie odpowiednich słów, czuliśmy ich odprężenie, czym samym mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. 

Na uwagę zasługuje jeszcze opcja "szarych komóreczek", w której to MY łączymy poszczególne elementy układanki w całość, tym samym odpowiadając na kluczowe pytania. Jednakże serce skradły mi rekonstrukcję, czyli ustalenie krok po kroku, jak przebiegło morderstwo, za co należą się ogromne brawa dla twórców. Do tego genialna (tutaj wszystko jest genialne!) jest także opcja oś czasu - polecam ją odtworzyć właśnie po wygraniu, by poczuć się jak w kinie i jeszcze raz przeżyć przygodę kryminalną.

Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com
Ważne są tutaj punkty EGO, które zbieramy podczas całej rozgrywki. Sprawiają, iż mimo tego, że odkryliśmy sprawcę, możemy cały czas poprawiać swój wynik, by zdobyć 600/600 punktów. Podobnie jest z trofeami, których mamy do zebrania aż 50! 

Jakże mogłabym nie wspomnieć o muzyce oraz pięknych brytyjskich głosach, które towarzyszą nam przez te wszystkie godziny spędzone przy rozwiązywaniu zagadek. Tło zostało dobrane idealnie, szczególnie że wszyscy miłośnicy serialu Poirot natychmiast ją skojarzą. Do tego ten akcent... Cudo! 

Źródło: wymarzona-ksiazka.blogspot.com

Choćbym chciała, po prostu nie mogę doszukać się w ABC Murders jakiejś wady. Naprawdę! Grało mi się bardzo dobrze i coś czuję, że każdy po spróbowaniu swych sił w tym wyzwaniu, przyzna mi rację. Gra bez wyjątku dla wszystkich - a w szczególności dla miłośników kryminału, zagadek, akcji oraz... Agaty Christie!!!

GRA DO ZAMÓWIENIA NA CDP.PL
Dostępna na PC, PS4 oraz XBOX ONE 



 RECENZJA DLA NA TROPIE AGATHY OD WYMARZONEJ KSIĄŻKI!

poniedziałek, 8 lutego 2016

Gdy matka i córka walczą - czyli "Córeczka" Mary Westmacott

"Córeczka" to kolejna z niedocenionych powieści Mary Westmacott (pod takim pseudonimem publikowała swoje psychologiczno-obyczajowe książki Agatha Christie). Mało znana, nisko oceniana przez czytelników (być może oczekujących kryminalnej zagadki), teraz ma szansę zainteresowania odbiorcy. To za sprawą nowego wydania, nowego tytułu ("Córeczka" zastąpiła wcześniejszy i zgodny z oryginałem "Córka jest córką") i nowego tłumaczenia (autorem nowego przekładu jest Maria Grabska Ryńska). Cóż, w "Córeczce" nie ma morderstwa, są za to zbrodnie - z miłości, nienawiści, zazdrości.

Anna Prentice, atrakcyjna kobieta po czterdziestce, prowadzi spokojne, pozornie satysfakcjonujące życie. Od dawna pozostaje we wdowieństwie. Mieszka w Londynie z dorastającą córką – żywiołową, apodyktyczną, obdarzoną silnym charakterem. Annę i Sarę łączy niezwykle silna emocjonalna więź, są sobie bardzo oddane. Ta pierwsza stwierdza:
"Macierzyństwo w ogóle daje wiele radości. To trochę tak, jak gdyby przeżywało się własne życie jeszcze raz, lecz tym razem spokojniej, bez dramatycznych rozterek, które są udziałem młodości. Kiedy się już wie, jak małe znaczenie ma to czy tamto, prawie każdy powszechni kryzys można zbyć pobłażliwym uśmiechem"[1]. 
Powieść zaczyna się w przełomowym momencie – Sara właśnie wyjeżdża na kilkutygodniowe wakacje do Szwajcarii. To dla Anny pora rozliczeń. Bohaterka godzi się ze świadomością, że nic jej już w życiu nie czeka, może poza starością. Podczas nieobecności córki początkowo nie umie się odnaleźć, owładnięta poczuciem samotności. Dopiero później dostrzega, że to dobry czas, aby pożyć w oderwaniu od Sary, zająć się bardziej sobą. 

"To były wakacje, wyrwa w uporządkowanym wzorcu życia. Kiedy się mieszka z ukochanym dzieckiem, człowiek nigdy nie jest wolny od podświadomego niepokoju. "Czy jest szczęśliwa?" - myśli. "Czy A, B albo C jest dla niej odpowiednią przyjaciółką?", "Coś niemiłego musiało ją spotkać na tej wczorajszej potańcówce. Chciałabym wiedzieć co""[2].  

Lady Laura Whitstable, mądra, choć nieco cyniczna przyjaciółka Anny, mówi: 
"Naucz się czytać w sobie. To w życiu bardzo ważne: znać siebie"[3]. 
Wkrótce pani Prentice przypadkowo poznaje Richarda Cauldfielda – samotnego mężczyznę po przejściach. Rodzi się między nimi silne, gorące uczucie. Kobieta – nareszcie szczęśliwa, spełniona – planuje małżeństwo. Kiedy jednak powraca Sara, sprawy się komplikują. Ona i jej przyszły ojczym, delikatnie mówiąc, nie pałają do siebie sympatią. Ciągłe konflikty, napięcie, pretensje – wykańczają Annę psychicznie. Wkrótce będzie musiała dokonać dramatycznego wyboru między szczęściem z ukochanym a lojalnością wobec jedynej córki. Może straci coś jeszcze? Jej decyzja będzie miała wpływ na dalsze życie całej trójki.

"Córeczka" zdumiewa, jeśli wziąć pod uwagę dorobek Christie. To właściwie poprowadzona z prawdziwą wirtuozerią wiwisekcja psychologiczna toksycznych relacji matki i córki. Dużo tu bólu, braku zrozumienia, miłość leży naprawdę blisko nienawiści. Całość utrzymana jest w dusznej atmosferze. Wbrew pozorom to nie opowieść o dobrej, oddanej matce i dobrej, troskliwej córce. To jedna z książek, których nie da się czytać obojętnie – kameralny dramat bohaterek boli, bo tu w istocie chodzi o miłosny trójkąt o bardzo ostrych wierzchołkach. Inne osoby – Laura Whitstable, wierna służąca Edith, nawet Gerry Lloyd – to tylko widownia, która obserwuje kolejne odsłony rodzinnej tragedii. Rozmawiają, komentują (szczerze mówiąc, utwór jest wyraźnie przeładowany dialogami i to jego mankament. Trzeba jednak pamiętać, że "Córeczka" powstała jako sztuka teatralna, Christie przerobiła ją na powieść w latach 50.), rzadko doradzają. 


Przejmująca jest ta historia – przesycona życiową mądrością. Mówiąca o tym, że złożenie siebie w ofierze nie zawsze daje szczęście. Laura mówi: 

"To nie jeden heroiczny moment, kiedy czujesz się wzniosła, hojna i zdolna wyrzec się siebie. Poddanie piersi pod nóż jest łatwe, bo zamyka się w chwili, gdy wyrastasz ponad siebie samą. Ale z większością poświęceń trzeba żyć dalej, dzień po dniu i to już nie jest takie proste"[4].
To również pozycja dość jak na Christie odważna. Tło obyczajowe jest tu naprawdę wyraziste, wprost mówi się również o seksie. Pozwolę sobie zacytować jeden z monologów Laury Whitstable (swoją drogą ciekawe, co powiedziałaby dzisiaj ta dama o przesadzie, widząc "50 twarzy Greya" na księgarnianych półkach):
"Ach, ta nowa moda! W czasach wiktoriańskich tak bardzo baliśmy się seksu, że zasłanialiśmy nawet nogi mebli! Sprawy płci skrupulatnie zamiatano pod dywan. To nie było zdrowe, ale teraz popadamy w przeciwną skrajność. Traktujemy seks jak coś, co kupuje się w aptece, lek podobny sulfamidom czy penicylinie. Młode kobiety przychodzą do mnie i pytają: "Czy powinnam wziąć sobie kochanka?", "A może urodzić dziecko?". Jakby pójście do łóżka z mężczyzną nie było przyjemnością, lecz świętym obowiązkiem"[5].
Ta powieść jest karygodnie niedoceniona. A przecież to kawał naprawdę dobrej psychologicznej literatury. Sądząc po ocenach, wydaje mi się, że czytelnicy są otwarci na Agathę Christie – Królową Kryminałów, a zamknięci na Agathę Christie – autorkę powieści psychologicznych (które z romansami nie mają wiele wspólnego). Pora przywrócić twórczości Mary Westmacott jej właściwe miejsce! I dobrze, że za sprawą Wydawnictwa Dolnośląskiego to właśnie się dzieje. 


 
Tekst jest zmienioną wersją recenzji "Wojna matki i córki", który ukazał się na portalu Biblionetka oraz na blogu "Na tropie Agathy".

---
[1] Agatha Christie, "Córeczka", przeł. Maria Grabska-Ryńska, wyd. Dolnośląskie, 2016, s. 13.
[2] Tamże, s. 44.
[3] Tamże, s. 25.
[4] Tamże, s. 243.
[5] Tamże, s. 24-25. 

Autorem recenzji jest Misiak297.

piątek, 5 lutego 2016

Róża i cis - Agatha Christie jako Mary Westmacott

Autor – Mary Westmacott/Agatha Christie
Tytuł – Róża i cis
Tytuł oryginału – The Rose and the Yew Tree
Przekład – Maciej Grabski
Grupa Wydawnicza Publicat/Wydawnictwo Dolnośląskie
ISBN 978-83-245-8207-5
Są takie straszne wspomnienia, których człowiek nie może się pozbyć do końca życia.
Prawie wszyscy wiedzą, a zwłaszcza moi blogowi znajomi, że uwielbiam Agathę Christie. Jej kryminały są świetne i na miano królowej kryminału zasługuje, jak mało kto. Niestety książka Róża i cis zawiodła mnie przeogromnie. To nie jest ta Agatha, którą wielbię. Czy pisanie pod pseudonimem mogło aż tak bardzo zmienić jedną z moich ulubionych pisarek?  Róża i cis to książka obyczajowa, jedna z sześciu, napisana pod pseudonimem Mary Westmacott. Mary jednak, to nie Agatha. Po tej książce nie mam więcej ochoty na dorobek Mary. Pozostaję wierna tylko jednej Agacie, tej, która stworzyła cudowne, wnikliwe kryminały, między innymi z Herkulesem Poirot i panną Marple w rolach głównych.
Właśnie skończyła się II wojna światowa. Narratorem tej książki jest Hugh Norreys, który na skutek wypadku samochodowego jest kaleką poruszającym się na wózku, to on opowiada swoją historię. Jednak pierwsze skrzypce odgrywa w niej nie Hugh, ale bohater wojenny kandydujący do parlamentu John Gabriel. Postać budząca kontrowersje i wątpliwości, niejednoznaczna. John z jednej strony postrzegany jest jako prostak i awanturnik, z drugiej zaś oddany społecznik i patriota. Mimo tak sprzecznych opinii ludzie do niego lgną, darzą zaufaniem. Kobiety zaś bardzo się nim interesują i nierzadko tracą dla niego głowę. Można by powiedzieć, że w akcie jakiejś niezrozumiałej desperacji są skłonne porzucić poukładane i przyszłe szczęście rodzinne. I w tym momencie na scenę wkracza Isabella Charteris. Kim tak naprawdę okaże się zagadkowy John Gabriel? Jak potoczą się ich losy?
Sporo rozmyślałem o Johnie Gabrielu. Nie mogłem się zdecydować, czy ten człowiek mi się podoba czy wręcz przeciwnie. Jego jawny oportunizm budził odrazę, za to niezwykła szczerość bardzo mnie pociągała.
(…) on sam nie jest zbyt ciekawy. Powiem szczerze, nie ma na co patrzeć. (…) To cwany lis: bystry, ma refleks i potrafi powiedzieć coś do śmiechu. Aczkolwiek dowcip ma… niewyszukany. (…) To taki człowiek wytrych, zwykły, statystyczny Anglik. Mógłby pasować wszędzie.
Róża i cis to tego typu książka, którą mimo niewielkiej objętości czyta się długo. Zaiste to dziwne, ale odnosiłam wrażenie, że od godziny nie przewróciłam żadnej kartki. Zupełnie jakbym stała w miejscu, nie mogąc przebrnąć przez opowiadaną historię. Może powinnam zacząć od książek obyczajowych Agathy, wtedy może doceniłabym te obyczajówki. Ale jak już poznałam gro powieści kryminalnych, z których Agatha słynie, to nie ma przebacz, nie potrafiłam się przekonać.
Może to zabrzmi głupio, ale czy trzeba żyć po coś? W jakimś celu? Czy nie wystarczy po prostu żyć?
Dech mi zaparło w obliczu takiej prostoty.
Może nie jest to tak bardzo zła historia. Jest spójna, ma ciekawych bohaterów, podłoże psychologiczne, lecz niestety nie jest to Poirot i brak mi było jakiegoś zaskoczenia i tego dreszczyku emocji, który towarzyszy mi przy czytaniu kryminałów Christie. Miłośnikom Agathy nie zaszkodzi, żeby sprawdzili jak leży im to drugie wcielenie autorki, czyli Mary. Natomiast polecam tym wszystkim, którzy przygody z królową jeszcze nie zaczęli i nie są przyzwyczajeni do jej niebywałego geniuszu.

wtorek, 2 lutego 2016

Nemezis w obłoku różowej wełny - recenzuje gość Aine


Lektura codziennej gazety w pewnym wieku staje się prawdziwym rytuałem. Panna Marple nie jest tu wyjątkiem. Pierwszą gazetę, Daily Newsgiver, czyta zwykle do porannej herbatki. Drugą, czyli Timesa, rozpoczyna po południu. Na początek główne wiadomości, potem rzut okiem na spis treści, a wreszcie kronika towarzyska i nekrologi.

Z racji zaawansowanego wieku czytelniczki nie dziwi, że częściej napotyka ona znajome nazwiska w nekrologach niż zawiadomieniach ślubnych, czy o chrzcinach. I choć często w pierwszej chwili panna Marple ma tylko mgliste wrażenie, że znała zmarłego, w końcu przypomina sobie więcej szczegółów.

Tak dzieje się też pewnego popołudnia, gdy wśród nekrologów pojawia się nazwisko Rafiel. Jason Rafiel. Jane Marple wprawdzie nie znała zmarłego zbyt dobrze, ale ich spotkanie było wyjątkowe i pełne wrażeń. W końcu nie co dzień demaskuje się mordercę, w dodatku na karaibskiej wyspie. Mimo to, wspomnienie o panu Rafielu ograniczyłoby się do tego jednego popołudnia - oboje, on i ona, byli niby... (...) statki mijające się nocą [1] i starsza pani nie poświęciłaby mu więcej swych myśli. Jednak Jason Rafiel miał wobec Jane Marple inne plany i nawet śmierć nie była w stanie przeszkodzić mu w ich realizacji.

Kilka dni po przeczytaniu notatki w prasie, panna Marple otrzymuje list z kancelarii adwokackiej. Prawnicy, równie zaintrygowani jak starsza pani, przedstawiają pośmiertną propozycję Jasona Rafiela. Zapisał on pannie Marple znaczną sumę pieniędzy jako wynagrodzenie za ... rozwiązanie tajemnicy pewnego morderstwa. Sprawa jest o tyle zagadkowa, że zleceniodawca nie wyjawia żadnych szczegółów dotyczących okoliczności sprawy, ani nawet tożsamości ofiary. Czy zaufanie do zdolności panny Marple, jej talentu do wyczuwania zła i poszukiwania sprawiedliwości nie było przesadne? Czy Jason Rafiel nie przecenił jej umiejętności? I pytanie najważniejsze, choć dla czytelnika chyba jednak retoryczne, czy Jane Marple podejmie wyzwanie?

Początkowe wrażenie, że starsza pani jest pozostawiona sama sobie, bez żadnych wskazówek i pomocy, nie odpowiada rzeczywistości. Po przyjęciu propozycji Rafiela, Jane Marple staje się uczestniczką starannie zaplanowanej gry, w której pani detektyw udaje się we właściwe miejsca, i spotyka ludzi, którzy stanowią klucz do rozwiązania zagadki, ale ostateczny wynik tej rozgrywki zależy od niej samej.
Panna Marple nie ma złudzeń. Wie, że nie jest profesjonalnym śledczym, nie ma specjalistycznej wiedzy, ani umiejętności.
Niektórzy ludzie przypominają mi tylko inne, znane wcześniej osoby i na tej podstawie mogę czasami przewidzieć ich zachowanie. Jeżeli jednak sądzi pan, że wiem, co tutaj robię, to się pan myli. [2]
W dodatku wiek i zdrowie znacznie ograniczają jej możliwości. Ale każdy medal ma dwie strony. To co wydaje się ograniczeniem, może okazać się atutem. Cóż bowiem bardziej naturalnego od wypytywania wścibskiej staruszki? Czy można traktować poważnie kogoś tak roztrzepanego i zapominalskiego? Panna Marple po mistrzowsku wykorzystuje stereotypowe postrzeganie leciwej osoby do swoich celów. Zdobywa cenne informacje, obserwuje ludzi, wyciąga wnioski i niczym mityczna bogini staje się wysłannikiem sprawiedliwości.
Nemezis to jedna z ostatnich książek Agathy Christie. Panna Marple wspomina w niej nie tylko Karaibską Tajemnicę, ale i ciało znalezione w bibliotece, czy pobyt w Hotelu Bertram. Nie zdradza wprawdzie zbyt wiele, ale ze względu na te retrospekcje, odradzałabym rozpoczynanie przygody z Miss Marple od tej właśnie książki. Sporo w niej też powtórzeń, które mogą wydać się nieco nużące. Kilkukrotnie starsza pani relacjonuje powody dla których znalazła się na wycieczce po angielskich rezydencjach, czy też ze szczegółami tłumaczy, jak zdobyła adres na jaki została wysłana pewna paczka - mimo, że czytelnik dokładnie wie, jak panna Marple osiągnęła swój cel.

Sama tajemnica morderstwa sprzed lat jest intrygująca, atmosfera bardzo angielska, zaś rozważania Jane Marple dotyczące jej samej, trzeźwa ocena możliwości i upływającego czasu, bez sentymentalizmu i rozczulania się nad sobą, nastrajają nostalgicznie, gdy człowiek sobie uświadomi, że Agatha Christie miała ponad osiemdziesiąt lat, gdy wydano Nemezis.

Jestem już stara - stwierdziła. - Ludzie mówią: "w podeszłym wieku", ale "stara" to właściwsze określenie. Możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne, że nie dożyję końca roku i nie doczekam otrzymania pieniędzy, zakładając oczywiście, co wydaje się raczej wątpliwe, że zdołam na nie zapracować. [3]

A czy zgadniecie na jakie zachcianki wydałaby otrzymane pieniądze Miss Marple?
Warto spędzić chwilę na ławeczce w ogrodzie i posłuchać, co ma do opowiedzenia starsza pani. 
------------
[1] Agatha Christie, Nemezis, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013, str. 16,
[2] jw. str. 123,
[3] jw. str. 26
Recenzja pochodzi z bloga: Czytanie przy kominku i nie tylko  i została opublikowana w ramach wyzwania Wrzesień z Agathą. Autorką recenzji jest Aine.