sobota, 19 listopada 2016

Panna Jane obserwuje - "Morderstwo na plebanii"; WRZESIEŃ Z AGAHTĄ CHRISTIE

Pannę Marple wszyscy znamy, choć tak niewiele o niej wiemy. Jedyne, co jest pewne, to że mieszka w maleńkiej miejscowości St. Mary Mead w skromnym domku z ogródkiem, liczy sobie niemało lat (choć, zdaje się, upływ czasu w jej wypadku jest względny: kiedy widzimy ją po raz pierwszy, wydaje się znacznie starsza, niżby to wynikało z późniejszych utworów), nigdy nie była zamężna i ma (miała?) przynajmniej dwie siostry – syn jednej z nich to wspominany wielokrotnie w powieściach i opowiadaniach Raymond West, córka drugiej – Mabel, po mężu Denman, występuje w opowiadaniu „Zbrodnia i ryby”. Ale czy pamiętamy, kiedy i w jakich okolicznościach wkroczyła na scenę, niemal natychmiast wywalczając sobie trwałą pozycję wśród słynnych literackich detektywów?

Po raz pierwszy pojawiła się w opowiadaniu „Klub wtorkowych spotkań”, opublikowanym w grudniu 1927 roku w numerze 350 miesięcznika „The Royal Magazine”; w kolejnych numerach ukazało się jeszcze pięć tekstów, a później – w innych czasopismach – następne, które w łącznej liczbie trzynastu weszły następnie w skład tomu „Trzynaście zagadek”. W nich jednak panna Marple występowała w roli stosunkowo biernej, opowiadając własne historie i komentując te, które opowiadał jej siostrzeniec lub ktoś z przyjaciół, a przy tym nie zdradzając jeszcze pełni swoich możliwości.

Przedstawił ją szerszej publiczności dopiero pastor Leonard Clement. Któż to taki? Postać, rzecz jasna, fikcyjna, którą Lady Agatha uczyniła narratorem pierwszej swojej powieści z udziałem panny Marple – „Morderstwa na plebanii”. A czego się od niego dowiadujemy? Że mieszkańcy St. Mary Mead „spożywają chyba posiłki stojąc przy oknie, żeby na pewno nic nie uszło ich uwagi”[1], zaś we wtykaniu nosów w cudze sprawy wiodą prym stare panny (są to czasy, kiedy swobodnie używa się tego określenia), pośród których, „jeśli chodzi o sztukę widzenia, nie będąc sama widzialną, panna Marple jest niedościgniona”[2], za to w odróżnieniu od pozostałych „ma przynajmniej poczucie humoru”[3]. Ze wszystkich jej wad i zalet w tym przypadku poczucie humoru przyda się akurat najmniej, bo to, co wydarzy się w spokojnej, cichej miejscowości, gdzie „nawet kina nie ma”[4], doprawdy nie będzie zabawne… Jego małżonka za to uważa, że panna Marple „wyciąga z każdego zdarzenia jak najgorsze wnioski”[5]. I pewnie coś w tym jest…

Przedstawmy aktorów tego dramatycznego spektaklu. Wspomniany pastor Clement to proboszcz miejscowej parafii (anglikańskiej, oczywiście); ma do pomocy ponurego wikarego Hawesa. Oprócz nich na plebanii mieszkają jeszcze żona Leonarda, Gryzelda – można powiedzieć, antyideał pastorowej: młoda, płocha, kompletnie sobie nieradząca z gospodarstwem domowym – jego szesnastoletni siostrzeniec Dennis oraz służąca Mary, mająca jeszcze mniejsze pojęcie o gotowaniu i sprzątaniu niż jej pani, zatrudniona głównie dlatego, że… jej brak kwalifikacji stosunkowo mało chlebodawców kosztuje, a zaręczona (o czym dowiemy się nieco później) z osobnikiem będącym nieco na bakier z prawem, niejakim Archerem. Radą parafialną, i, jak się zdaje, całą okolicą trzęsie pułkownik Protheroe, człowiek krewki i napastliwy, o raczej ciasnych poglądach; rezyduje on wraz z Anną, drugą żoną (pierwsza uciekła odeń przed wielu laty) i dobiegającą pełnoletności córką Letycją w Starym Dworze, największej w okolicy posiadłości. Na jego gruntach prowadzi prace wykopaliskowe niejaki doktor Stone, sławny archeolog, mieszkający wraz ze swoją sekretarką panną Cram w miejscowym hotelu. I oni, i malarz Lawrence Redding (któremu do obrazów pozują pani i panna Protheroe, jak zresztą wszystkie inne ładne i młode damy) są dla stałych mieszkańców miasteczka pewnego rodzaju osobliwością. Nie aż taką jednak, jak niejaka pani Lestrange, która przybywszy tu, wynajęła dom, lecz nie bierze udziału w lokalnym życiu
towarzyskim, widuje się jedynie z doktorem Haydockiem. Domysły na jej temat stanowią stałą pozycję w rozmowach odbywanych przez staropanieńskie trio: pannę Hartnell, pannę Wetherby i znaną nam już pannę Jane Marple. Za chwilę będą miały spore pole do popisu, bowiem pułkownik, oczekując na plebanii na pastora, którego nagle wezwano do chorego, pada ofiarą mordercy. Powód, by się go pozbyć, znalazłby się u co najmniej połowy wymienionych osób. Wszystkie, jak się wydaje, mają wystarczające alibi. Za to przyznających się do zbrodniczego czynu jest aż za wiele… Do akcji wkraczają ambitny inspektor Slack i pułkownik Melchett, naczelnik policji hrabstwa. Ale niewiele by zdziałali bez pewnej starszej damy, która, choć „nic prawie nie wie o życiu przez wielkie Ż, to jednak bez wątpienia wie o wszystkim, co się dzieje w St. Mary Mead”[6]! Rozwiązanie okaże się bardzo zaskakujące – choć czy bardzo prawdopodobne, to inna sprawa.
Lecz, szczerze mówiąc, tego rodzaju powieść czyta się przecież nie dla samego finału; cała przyjemność tkwi w zgłębianiu ścieżek, którymi panna Marple (czy, w innym przypadku, Poirot) dochodzi do celu, zaś jeszcze bardziej w studiowaniu tła. A to Christie szkicuje w sposób dość swoisty, kładąc nacisk nie na detale zewnętrzne – zwróćmy uwagę, że w zasadzie jedyną osobą, której wygląd opisuje w miarę dokładnie, jest Hercules Poirot; o pannie Marple wiemy (z „Trzynastu zagadek”), że ma „śnieżnobiałe, upięte do góry włosy” i „dobrotliwe, wyblakłe niebieskie oczy”[7]; tyle samo, albo jeszcze mniej, dowiadujemy się o dziesiątkach innych postaci zaludniających scenę jej utworów – tylko na osobowość poszczególnych bohaterów i relacje między nimi.

Popatrzmy na przykład na młodą panią pastorową; cóż z tego, że nie wiemy, jak wygląda, skoro znamy jej beztroski i cokolwiek prowokacyjny stosunek do rzeczywistości? Jakże bezpośrednia jest Gryzelda, gdy zwraca się do męża: „Len, błagam cię, nie udawaj, żeś wysiadł przed chwilą z arki Noego!”[8] lub gdy wyznaje: „nie znoszę starych kobiet – opowiadają o swoich chorych nogach i czasem je nawet pokazują”[9], jak się uroczo naigrawa z zawodowych spraw małżonka, oznajmiając: „pierwsi chrześcijanie byli o tyle szczęśliwsi, że nie znali rady parafialnej [10]”! Jak trafnie podsumowuje zwyczaje starszych sąsiadek, mówiąc: „przydałaby się im odrobina niemoralności w życiu (…). Wówczas nie doszukiwałyby się jej tak gorliwie w życiu innych ludzi”[11] – i z jaką słodką perfidią dostarcza im powodów, by jednak czegoś się doszukały:
„– Mnie też maluje – oznajmiła Gryzelda.
– Ale nie w kostiumie kąpielowym, droga pani – rzekła panna Marple.
– Może jeszcze gorzej – powiedziała uroczystym tonem Gryzelda”[12]
!

A weźmy samego wielebnego Leonarda: z jakim rozbrajającym wdziękiem wyraża swoje dążenia do ideału („Pastor Kościoła Anglikańskiego nie powinien nigdy dawać powodu do tego, aby porównywano go z rozjuszonym tygrysem”[13], „stanowisko moje nie pozwala mi wyrażać niechęci do niektórych osób w sposób tak szczery i niedwuznaczny, jak to czynią oni”[14]) i swoją samoocenę („Nie 
pozostawało mi nic innego, jak kiwać głową z inteligentną miną, choć – być może – pochlebiam sobie co do tej miny”[15]! Z jaką uroczą delikatnością dostrzega ułomności swoich owieczek („Doprawdy, jeśli chodzi o żywiołową furię, nikt nie dorówna miłośnikowi ludzi, gdy jest czymś odpowiednio rozjątrzony”[16]) i jak się stara dobrze wypaść nawet wobec osób, które budzą jego żywiołową antypatię („Zaproponowałem bezwstydnie szklaneczkę starego porto. (…) Jedenasta rano nie jest porą do picia ciężkiego wina, ale miałem nadzieję, że dla inspektora nie gra to roli. Było to oczywiście potworne marnowanie doskonałego trunku, ale w takich wypadkach nie można być skąpym”[17]!
Można by tak każdą postać rozebrać na czynniki pierwsze, używając odpowiedniej porcji cytatów, ale resztę niech czytelnik sam odkryje – tu jeszcze tylko dwie scenki, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w pierwszorzędnej komedii:

„– Czy używano nieprzyzwoitych słów? – spytał pułkownik Melchett.
– To zależy od tego, co pan nazywa nieprzyzwoitymi słowami.
– Czy je pani rozumiała? – spytałem.
– Oczywiście, że rozumiałam.
– W takim razie to nie mogły być nieprzyzwoite wyrazy – stwierdziłem.
Pani Ridley spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Wytworna dama – wyjaśniłem – nie zna sprośnych wyrażeń”[18];

„– Uważam St. Mary Mead za sadzawkę ze stojącą wodą – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu (…).
– Nie jest to trafne porównanie, kochany Rajmundzie – odparła wesoło panna Marple. – Pod mikroskopem nic chyba nie jest tak pełne życia, jak kropla stojącej wody.
– Życia w swoim rodzaju – przyznał powieściopisarz.
– Wszelkie życie jest tego samego rodzaju – odrzekła panna Marple.
– Przyrównujesz siebie do stworzenia z sadzawki, ciociu?
– Mój drogi, sam w ostatniej książce napisałeś coś podobnego”[19].
I chyba nie mamy wątpliwości, po kim panna Jane powtarza:

„moim konikiem jest – i zawsze była – natura ludzka. Taka różnorodna i taka fascynująca. (…) Człowiek zaczyna klasyfikować ludzi jak ptaki, albo kwiaty – taki a taki rodzaj, taki a taki gatunek, taka a taka odmiana. Niekiedy oczywiście popełnia się błędy, ale z biegiem czasu coraz mniej” [20].

Gdyby nie ten konik, kto wie, czybyśmy jeszcze dziś tak chętnie sięgali po powieści Lady Agathy?

---
[1] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 40.
[2] Tamże, s. 213.
[3] Tamże, s. 9.
[4] Tamże, s. 85.
[5] Tamże, s. 9.
[6] Tamże, s. 84.
[7] Agatha Christie, „Trzynaście zagadek”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006, s. 5.
[8] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 24.
[9] Tamże, s. 161.
[10] Tamże, s. 7.
[11] Tamże, s. 25.
[12] Tamże, s. 20-21.
[13] Tamże, s. 24.
[14] Tamże, s. 124.
[15] Tamże, s. 168.
[16] Tamże, s. 283.
[17] Tamże, s. 159.
[18] Tamże, s. 118.
[19] Tamże, s. 190.
[20] Tamże, s. 248.


Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka. Autorką opinii jest Dot59.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz