czwartek, 22 września 2016

Musująca śmierć [ Rosemary znaczy pamięć]



Miałam ambitny zamiar przeczytania/powtórzenia całego cyklu z Poirotem po kolei, ale rychło się rozmyśliłam; wypadło na „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, na które zdecydowanie nie miałam ochoty (niestety nie akceptuję pewnego rozwiązania fabularnego, które autorka tu zastosowała), a co do następnych… wiadomo, jak to jest z książkami, których się nie ma własnych – nie zawsze osiągalna jest ta, jakiej akurat potrzebujemy. Wybrałam więc coś spoza serii: „Rosemary znaczy pamięć”. Notabene nigdy nie zrozumiem, co kieruje wydawcami, gdy decydują się na zmianę oryginalnego tytułu, z wyjątkiem przypadków, gdy ten oparty jest na grze słów zrozumiałej tylko dla czytelnika dobrze znającego język; w tym przypadku trzeba jednak przyznać, że tytuł „zastępczy” wyjątkowo zgrabnie odnosi się do treści. Ale ten „prawdziwy” jest równie wymowny: „Sparkling Cyanide”, czyli „Musujący cyjanek”.

Bo cyjanek tu musuje. Najpierw w kieliszku szampana podniesionym do ust przez Rosemary Barton podczas uroczystej kolacji w restauracji „Luxembourg”. Któż miałby powód mordować uroczą młodą mężatkę, która nigdy nikomu nie wyrządziła żadnej krzywdy? Po krótkim śledztwie jej śmierć zostaje uznana za samobójczą, z tym większym prawdopodobieństwem, że denatka niedawno przebyła ciężką grypę, ponoć sprzyjającą depresyjnym nastrojom. I na tym sprawa by się zakończyła, gdyby w niespełna rok po tej tragedii wdowiec nie otrzymał anonimowych liścików sugerujących, że jego żonę zamordowano. Wobec tego George wpada na dość niesamowity pomysł, który, jak się spodziewa, pomoże mu odnaleźć mordercę: w rocznicę śmierci Rosemary zaprasza do „Luxembourga” wszystkich uczestników tamtej feralnej kolacji. Tak samo jak owego dnia, na stole stają kieliszki z szampanem – a wtedy zdarza się coś nieoczekiwanego, nie jest to jednak niespodzianka zaplanowana przez George'a! Bo tym razem on sam pada martwy, łyknąwszy musującej trucizny…

Zagadka, którą ma rozwiązać nadinspektor Kemp z pomocą pułkownika Race'a i jeszcze jednej osoby, której tożsamości nie trzeba tu zdradzać, wydaje się ekstremalnie trudna. Bo choć początkowo wydawało się, że nikt nie miał motywu, by zabić Rosemary, w tej chwili należy przyjąć, iż mieli go wszyscy zebrani na przyjęciu przed rokiem. A dlaczego teraz zginął George? I w jaki sposób komuś udało się po raz drugi niepostrzeżenie wsypać cyjanek do kieliszka? 


Królowa Kryminału tak sprytnie manewruje informacjami, że do samego końca nie jesteśmy pewni, czy nasze rozumowanie idzie dobrym tropem. Bo zamiast, by tak rzec, materialnych poszlak, w pierwszej części powieści mamy głównie myśli i emocje, jakimi dzielą się z nami poszczególni uczestnicy przyjęcia. Iris Marle, osiemnastoletnia siostra Rosemary, dziedzicząca po niej cały pokaźny majątek przyszywanego wuja i dopiero po śmierci siostry zdająca sobie sprawę, że w gruncie rzeczy wcale jej nie znała. Anthony Browne, człowiek młody, ale już mający za sobą jakąś tajemniczą przeszłość, zauroczony Rosemary... a może jednak nie nią, tylko Iris?... i nie wiadomo dlaczego stroniący od George'a oraz jego znajomych. Stephen Farraday, polityk szybko zbliżający się do szczytu kariery, która mogłaby lec w gruzach, gdyby dowiedziano się o pewnym małym mieszkanku i odwiedzającej je kobiecie. Sandra Farraday, córa wpływowego arystokratycznego rodu, gotowa zrobić wszystko, by zatrzymać przy sobie męża. Ruth Lessing, sekretarka George'a, kobieta miła i ładna, a do tego niezmiernie fachowa, mająca tylko jedną, lecz za to poważną wadę: jej zdaniem byłaby dla swego szefa o wiele lepszą żoną niż ta pustogłowa piękność. No i sam George, poczciwy i raczej nieciekawy biznesmen, wielbiący młodą żonę pod niebiosa, ślepy i głuchy na wszelkie jej wyskoki (ale może tylko do czasu?). Gdyby nie ten cyjanek, byłaby to po prostu historia o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, rozpisana na kilka głosów...

W drugiej części, rozgrywającej się pomiędzy otrzymaniem przez George'a anonimów sugerujących, że do śmierci Rosemary ktoś się przyczynił, a finałem drugiej kolacji w "Luxembourgu", wydarzenia trochę nabierają tempa, wciąż jeszcze przypominając bardziej akcję powieści psychologiczno-obyczajowej niż kryminału, zaś w trzeciej rozpoczyna się dochodzenie pełną parą. To tempo jest niezmiernie istotne, bo winowajca wciąż pozostaje wolny, a któż wie, czy nie ma na oku kolejnej ofiary?

Na ile jest prawdopodobne ostateczne rozwiązanie, trudno orzec (parę szczegółów fabularnych budzi moje wątpliwości: ile lat ma Victor, że zdążył się już paru zawodów nauczyć i tyle różnych miejsc odwiedzić? Matka urodziła go, mając koło czterdziestki, a w scenach, w których się pojawia, nie jest przedstawiana jako siwowłosa staruszka, zatem raczej nie przekroczyła siedemdziesiątki. Dlaczego Iris, najbliższa kuzynka, miałaby go w ogóle nie znać (jako jedyna z rodziny)? Czy ktoś, kto przez parę miesięcy grywał w jakimś teatrzyku, potrafiłby dwukrotnie w ciągu krótkiego czasu, w miejscu pełnym ludzi, całkowicie zmienić charakteryzację i strój, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi?). Ale przecież tę powieść, tak jak i inne utwory lady Agathy, czyta się nie dla intrygi kryminalnej, tylko dla tego, co ją otacza: wspaniałych portretów postaci, atmosfery, smaczków obyczajowych!

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorką recenzji jest Dot59.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz