wtorek, 27 września 2016

Morderstwo na plebanii - Agata Christie

Przeczytanie pierwszych przygód swoich ulubionych bohaterów jest czymś niezwykle "odkrywczym" (że się tak wyrażę). Zdając sobie sprawę, że autor dopiero przywołuje do życia jedną z najbardziej znanych postaci literackich (przynajmniej dla osób czytających kryminały) i domyślając się, że przecież to mogło być pierwsze i ostatnie spotkanie z panią detektyw-amator... uważny czytelnik analizuje każde kolejne słówko związane z cechami charakteru, usposobieniem, wyglądem...

Morderstwo na plebanii miało swoją premierę w 1930 roku (dokładnie 10 lat po pierwszym spotkaniu z Herkulesem Poirotem) i to właśnie w tej niepozornej książeczce po raz pierwszy przyszło nam się spotkać z panną Marple.  Wierzcie bądź nie, lecz spodziewałam się czegoś zupełnie innego.
Pułkownik Protheroe nie jest człowiekiem lubianym. Wręcz przeciwnie - gdyby zginął, byłoby aż siedmiu podejrzanych... a właściwie JEST siedmiu podejrzanych, ponieważ Protheroe ginie. Już na samym początku śledztwa do winy przyznają się jednocześnie dwie postacie - młoda żona oraz jej młody kochanek. Lecz policji coś nie pasuje w ich zeznaniach, a jednym najważniejszych świadków w tej sprawie jest niepozorna staruszka... Jane Marple.

Przyznaję się - obejrzałam ekranizację Morderstwa na plebanii. Od tego seansu minęły gdzieś dwa lata, ale że historia bardzo mi się spodobała, to i zapamiętałam wiele szczegółów (przede wszystkim sprawcę!). Dlatego też spojrzałam na tę lekturę z zupełnie innego punktu widzenia - skupiłam się na przebiegu sprawy oraz bohaterach... a nie na samej zagadce. 

- Śmiejesz się, moja droga - powiedziała panna Marple - ale to mimo wszystko bardzo logiczny sposób docierania do prawdy. Coś, co ludzie zwą intuicją i z czego robią wielkie halo. Intuicja jest jak odczytywanie wyrazu bez konieczności dzielenia go na litery. Dziecko nie posiada takich umiejętności, ponieważ ma niewielkie doświadczenie. Ale dorosła osoba domyśla się tego słowa, bo wielokrotnie je widziała. Rozumie pan, do czego zmierzam, pastorze?*

Zaczęłam czytać i aż nie mogłam się nie uśmiechnąć, jak już na pierwszych stronach pojawiła się Jane Marple. Bardzo ciekawiło mnie, jak patrzyli na nią wszystkie postacie - nie zaskoczyło mnie, że była lekko wścibską osóbką, która nie miała zbytniego poważania. Później czytałam dalej... a Marple pojawiała się równie często, co inne postacie. Gdyby nie fakt, że wiedziałam, iż to ona jest tą ważną postacią, zapewne bym ją przeoczyła - ot, takie urozmaicenie. I w sumie... mnie się ten zabiegł spodobał. Mogę jedynie zazdrościć osobom, które żyły w latach 30., które prawdopodobnie zaskoczył fakt, iż Morderstwo na plebanii kończą właśnie słowa niepozornej babuni. A tym bardziej - że to ona odkryła prawdę!

- Małżeństwo (...) jest rzeczą poważną i należy je zawierać jedynie po dłuższym okresie namysłu i rozwagi, przy czym zgodność upodobań i skłonności winna być najwyższym względem.*

Ale tak mówię o tej Marple, a przecież większość osób sięgnie popowieść ze względu na zagadkę kryminalną. A jest też o czym opowiadać, ponieważ Christie zaskakuje pomysłowością. Wyprowadza w pole, a liczba podejrzanych - a szczególnie ich niedopowiedzenia w zeznaniach - sprawiają, że każda postać jest ciekawym materiałem na mordercę!  

Cały czas będę twierdziła, że pomysł wprowadzenia nieco wścibskiej starszej pani był genialnym posunięciem dopiero rozwijającej swoje skrzydła pisarki. Ostatecznie kto jak kto, ale nierzadko wiedza babć może jedynie zaskoczyć... a sokole oko wręcz przestraszyć! Dlatego też bardzo polecam! Osobiście sądzę, że ze względów sentymentalnych będę powracała do tej historii nieraz!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz