niedziela, 4 września 2016

A wszystko to, bo ktoś kogoś kochał... [Niedziela na wsi]



Kolejna powieść Christie, choć króciutka, przeczytana w ciągu jednego popołudnia, utwierdziła mnie w mniemaniu, że traktowanie tej autorki tylko jako seryjnej twórczyni kryminałów jest dla niej niesprawiedliwe. Pomijając już nawet doskonałe postacie wykreowanych przez nią światowej sławy detektywów – genialnego profesjonalisty Herculesa Poirot i równie genialnej amatorki Jane Marple (mniej znanych Beresfordów, Parkera Pyne'a etc. nie liczę) – nie sposób nie zauważyć, że w wielu jej powieściach wątek kryminalny jest raczej wabikiem, przyciągającym uwagę czytelnika do świetnie nakreślonego tła psychologiczno-obyczajowego. W „Niedzieli na wsi” także.

Akcję tej powieści usytuowała, jak w zdecydowanej większości przypadków, w dobrze sobie znanym środowisku ziemiańskim – tym razem (przeważnie, bo i w Londynie spędzimy z bohaterami trochę czasu) w wiejskiej posiadłości małżeństwa po sześćdziesiątce, Henry’ego i Lucy Angkatellów. Mają oni zwyczaj od czasu do czasu zapraszać na weekendy wąskie grono krewnych i znajomych, niekoniecznie dobranych pod względem temperamentu i wzajemnej sympatii. Żeby się zorientować, co może się w takim towarzystwie wydarzyć, 
 poznajmy teraz spodziewanych gości. 

John Christow przed laty był zaręczony z piękną Veronicą, marzącą o karierze w Hollywood, lecz żadne z nich nie potrafiło dla tego drugiego zrezygnować z własnych planów. Po rozstaniu postanowił znaleźć sobie towarzyszkę życia w każdym calu różniącą się od niej – i znalazł Gerdę, średnio atrakcyjną, powolną, niezdecydowaną, mało lotną, pozbawioną własnych ambicji, ale za to wpatrzoną w męża jak w obraz. A „na boku” jest Henrietta Savernake, utalentowana plastyczka, starająca się dowiedzieć jak najwięcej o jego pracy, rozumiejąca jego naukowe dążenia. W Henrietcie kocha się daleki krewny, Edward, stary kawaler powoli dziwaczejący w wielkim starym domu, będącym dla obojga (i nie tylko dla nich) utraconym rajem dzieciństwa. Gdyby systematycznie odrzucała jego oświadczyny z miłości dla sztuki, byłby gotów to znieść; ale kiedyś musi się dowiedzieć, że nie rzeźbiarstwo odbiera mu ukochaną, lecz mężczyzna z krwi i kości… W Edwardzie zakochana jest – rzecz jasna, bez wzajemności – Midge Hardcastle, równie daleka, a sporo młodsza ich wspólna kuzynka, sierota zmuszona zarabiać na życie jako sklepowa w tandetnym butiku.

Mogłoby to wszystko trwać bez zmian całymi latami, gdyby właśnie w ten weekend nie spotkali się wszyscy w „The Hollow”, co w zależności od fantazji możemy przetłumaczyć jako „Dolinkę”, „Dziuplę” albo nawet „Dołek”(gwoli ścisłości trzeba dodać jeszcze jednego gościa, kolejnego Angkatella, którego stopień spokrewnienia z resztą rodziny pozostaje tajemnicą; wiadomo natomiast, że David, wśród gości najmłodszy, jest lewicowym radykałem, co zresztą w żaden sposób nie przeszkadza mu korzystać z dobrodziejstw wynikających z nierówności majątkowych angielskiego społeczeństwa). I gdyby właśnie w tej okolicy nie nabyła letniego domku słynna aktorka Veronica Cray. Jej niespodziewana wizyta porządnie wstrząsa na pozór stabilnym układem. A po tym wstępnym wstrząsie następuje istne trzęsienie ziemi: pada strzał i oto grono gości zmniejsza się o jedną osobę. Druga stoi nad ofiarą z rewolwerem w ręku; trzecia sprawia, że narzędzie zbrodni przestaje się nadawać na dowód rzeczowy. Zaś ze wszystkich pokrzywdzonych, niedocenionych, sfrustrowanych zaczynają się wylewać emocje, dotąd trzymane na wodzy. Co jest nawet ciekawsze, niż to, która z kilku osób, mających po temu rzetelne powody, pociągnęła za spust…
Oczywiście i tego się dowiemy, nie na darmo przecież w domku sąsiadującym z tym panny Cray spędza lato niemłody, lecz wciąż bystro myślący i systematycznie oddający swoje szare komórki w służbę sprawiedliwości belgijski detektyw! Ale to sylwetki ofiar i podmiotów mniej lub bardziej daremnych uczuć będą tym, co bardziej przyciągnie naszą uwagę podczas lektury i pozostawi po sobie trwalsze wrażenie…

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorką recenzji jest Dot59.

10 komentarzy:

  1. Bardzo lubię tego Piorota. Ale i adaptacja tego odcinka z Suchetem jest jedną z lepszych. Tak uważam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiedziałbym, że właśnie w tej książce Agatha Christie najlepiej nakreśliła owo "tło psychologiczno-obyczajowe". Wyróżnia się naprawdę świetnie napisanymi postaciami.

    Film, czy też serial, w tym wypadku jest naprawdę udany - wyjątkowo dobrze oddano charakter książki i samych postaci, na szczęście zrezygnowano z jakiś dziwnych przeróbek czy dodatków, co często jest zmorą tej serii (zwłaszcza w późniejszych częściach).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do przeróbek to cieszę się, że przerobiono beznadziejną 'Wielką czwórkę' ;)

      Usuń
    2. Nie przepadam za to książką, ale serialowa przeróbka też jest beznadziejna. Scenarzyści kompletnie nie mieli pojęcia jak wykorzystać postać Hastingsa. Wrzucili go na siłę do scenariusza i równie dobrze (a właściwie źle) mogło wcale go tam nie być. A wyjaśnienie w tej wersji jest strasznie banalne i naciągane. Chyba już książkowe było bardziej prawdopodobne.

      Usuń
    3. *tą książką, oczywiście. Chyba jeszcze się nie rozbudziłem ;)

      Usuń
    4. Uważam kompletnie odwrotnie - że książka to kompletna klapa, niepodobna do innych powieści autorki, a film uratował wszystko.

      Usuń
    5. Wadą książki jest na pewno chaotyczność. Sprawia wrażenie luźno powiązanych ze sobą opowiadań, z których akcja dzieje się zbyt szybko, są zbyt powierzchowne, brak im rozwinięcia. Podobny patent (powiązanych ze sobą opowiadań) o wiele lepiej wyszedł w "Śledztwie na cztery ręce". Pewnie dlatego, że "Wielka czwórka" wcale nie miała być zbiorem opowiadań.

      Na plus filmu na pewno zaliczam Jappa - ta postać jest wyeksponowana jak trzeba, w przeciwieństwie do Hastingsa.

      Usuń
  3. Zgadzam się. I książka i ekranizacja były świetne.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Niedziela na wsi" to pierwsza powieść Agaty Christie, jaką przeczytałam (wcześniej było "Dwanaście prac Herkulesa" ale to, wiadomo, zbiór opowiadań).
    Pamiętam, jak dziś, jak bardzo nie rozumiałam tego tła psychologiczno-obyczajowego. Szukała Poirota! A kiedy go znalazłam? W połowie książki! Nie rozumiałam tego... a potem odkryłam, jak istotną rolę miał ten "długi wstęp". Zdecydowanie książka godna uwagi - chociażby ze względu na psychologię i rozwiązanie.

    Pierwsze widzę tę pierwszą okładkę, jaka pojawia się w recenzji! Widać autorką okładki musiała długo zastanawiać się nad jej ostatecznym wyglądem, bo ja mam jeszcze inną, trzecią wersję u siebie na półce :D

    OdpowiedzUsuń