środa, 25 maja 2016

Córeczka - Mary Westamacott



Każda matka jest także córką… 
Trzy części jak trzy akty sztuki, fabuła rozgrywająca się głównie poprzez dialogi. Tak! Po raz kolejny widać fascynację Agathy Christie teatrem. Powieść „A Daughter’s a Daughter”, wydana w tłumaczeniu Marii Grabskiej-Ryńskiej jako „Córeczka”, doskonale nadaje się do wystawienia na scenie.

AKT I

Anna Prentice ma niewiele ponad czterdzieści lat, dziewiętnastoletnią córkę i od wielu lat jest wdową. Żyje z majątku, jaki zostawił jej zmarły mąż, wychowuje Sarę, do pomocy ma gospodynię Edith, tę samą, która opiekowała się nią, gdy była jeszcze dzieckiem. Kiedy rozmyśla nad swoim życiem, pojawia się w jej głowie myśl:  

„Dawniej córki były po to, żeby usługiwać rodzicom, nie odwrotnie”[1]. 

Jaką matką jest Anna? Nadopiekuńczą, nadskakującą. Nadal usługuje, ale teraz już nie rodzicom, a swojemu dziecku. 

„Nadskakiwanie rodzicom przez dzieci czy dzieciom przez rodziców nie wpływało na ich więź. Ona i Sara bez wątpienia kochały się mocno i szczerze. Czy to samo łączyło ją z własną matką? Z perspektywy czasu stwierdzała raczej, że pod wzajemnymi czułościami krył się ten właśnie życzliwy brak zainteresowania, który dopiero ostatnio wszedł w modę”[2] – zauważa.

Teraz byśmy powiedzieli, że dopadł ją syndrom opuszczonego gniazda. Wyjazd Sary na trzy tygodnie daje jej przedsmak chwil, gdy córka wyjdzie za mąż i odejdzie z jej życia. Anna, która przez lata spełniała się w roli matki i pani domu, traci grunt pod nogami.

Czym wypełni sobie życie?
Werbalizuje obawy przed przyjaciółką Laurą, pełniącą rolę głosu rozsądku, mistrza i terapeuty. Wydaje się ona w tej historii jedyną naprawdę dorosłą, dojrzałą osobą. Po koniec powieści objawi się jeszcze druga taka postać i będzie dla czytelnika nie lada zaskoczeniem. Anna wyznaje:

 „Mówiąc szczerze, Lauro, życie wydało mi się zupełnie bezcelowe. Czekają mnie długie lata i żadnego celu, którym mogłabym je wypełnić. Jestem tylko głupią, bezużyteczną kobietą…”[3].

Do syndromu pustoszejącego gniazda dochodzi syndrom zamykających się drzwi. Anna pragnie mieć trochę życia dla siebie, wszak dziewiętnaście lat poświęciła na bycie wzorową matką, na stworzenie córce domu. Jakże współczesne są jej problemy, jak dobrze może zrozumieć je kobieta żyjąca w XXI wieku. Christie po mistrzowsku kreśli portret psychologiczny bohaterki, przerzucając pomost ponad dziesięcioleciami. Gdyby Anna wyjęła z torebki telefon komórkowy, nie zauważyłabym żadnej różnicy, tak mało istotne są szczegóły, a tak ważne to, co dzieje się z bohaterami.

Kiedy Sara bawi na nartach w Szwajcarii, Anna prowadzi życie towarzyskie. Poznaje Richarda Cauldfielda, wdowca, i zakochuje się w nim bez pamięci.

Czy po powrocie z wakacji córka, wokół której do tej pory krążyło życie matki, zaakceptuje tak wielką zmianę? Co zrobi Anna, gdy będzie musiała dokonać wyboru?

AKT II

W akcie drugim patrzymy na sytuację w domu bohaterki z perspektywy Laury, która po długiej nieobecności powraca do Londynu. Anna i Sara rzuciły się wir towarzyskiego życia, jakby chciały zagłuszyć niewygodne myśli. Zmieniły tryb życia i styl ubierania się, przemeblowały mieszkanie. Sara jest już dorosłą kobietą, natomiast Anna… gdyby była mężczyzną, zapewne kupiłaby wyścigowy, obowiązkowo czerwony, samochód.

Richard zniknął, Sara ma nadal ten sam dom, a Anna usiłuje skubnąć z tortu, który nazywamy życiem, bodaj kawałeczek dla siebie. Obowiązki towarzyskie są bardzo wyczerpujące, więc kobiety mijają się w domu tak, jak obecnie czynią to dwie zaharowane pracownice korporacji. Nie mają czasu na rozmowę. Nie mają czy nie chcą mieć?

Wychowana w ślepym posłuszeństwie wobec rodziców Anna daje swojej córce całkowitą wolność, taką, jakiej pragnęłaby dla siebie, jaką częściowo udało jej się uzyskać w dojrzałym wieku.

AKT III

Sara wyszła za mąż, ale nie jest szczęśliwa. Laura, jak wyrzut sumienia, oskarża Annę o to, że nie zapobiegła nieszczęściu. O to samo oskarża ją również Sara. Ta usługująca najpierw swoim rodzicom, a później córce kobieta nie potrafi, a może nie chce wyplątać się z narzuconej jej służebnej roli. Z poświęcenia czyni sens życia. Nie potrafi też dorosnąć na tyle, aby bez biegania do przyjaciółki po radę zadbać o swój los i być oparciem dla Sary, która stanęła na skraju przepaści.

Czy jest jeszcze dla Sary ratunek i kto jej poda pomocną dłoń? Jak ułoży sobie życie Anna?

„Opatulona w miękki niebieski szlafrok, półleżąc na sofie, Anna zapatrzyła się w ogień. Po chwili weszła Edith z tacą, którą ustawiła na niskim stoliku obok sofy.
– Później wyszczotkuję pani włosy – oznajmiła.
Anna uśmiechnęła się do niej.
– Traktujesz mnie dzisiaj jak małą dziewczynkę. Czemu?
Gosposia chrząknęła zmieszana.
– Dla mnie zawsze jest pani małą dziewczynką”[4].

Agatha znana jest jako autorka powieści detektywistycznych, uwielbiam także jej książki autobiograficzne. Nie zawiodła mnie również w tej historii psychologiczno-obyczajowej, aczkolwiek przez pierwsze 100 stron „Córeczka” przypominała babskie czytadło i miałam ochotę odłożyć ją na półkę. Kiedy zastanawiałam się, czy cokolwiek jeszcze może się wydarzyć, o czym tu pisać i czy nie umrę z nudów, autorka nagle wyłamała się z szablonu i zaskoczyła mnie poprowadzeniem wydarzeń. Po skończeniu lektury zaczęły do mnie przypływać spod, wydawałoby się, dość płytkiego dna kolejne znaczenia, przesłania i warstwy tej książki.

Napisana lekkim piórem, porusza ona istotne problemy relacji między matkami i córkami. Pomimo realiów powojennego Londynu, w którym toczy się akcja, nie trąci myszką ani nie straciła na aktualności, bowiem poplątane związki matek z córkami istniały dawniej, istnieją teraz i będą istnieć do końca świata. 


W bogactwie pozycji o podobnej tematyce, które okupują księgarskie półki, łatwo zlekceważyć książkę powstałą przez sześćdziesięcioma pięcioma laty. Ale jeśli się chwilę zastanowić, oczywistym jest, że pisarka, która tak wiele razy wywiodła nas w pole w swoich powieściach detektywistycznych, była specjalistką od psychologii zabójcy i detektywa oraz dała się poznać jako spostrzegawczy obserwator w książkach autobiograficznych, nie zaserwuje nam przeciętnego czytadła. To, co mi się początkowo wydawało dłużyzną, było pokazaniem pewnych relacji, które potem zostały interesująco rozpracowane.

Obecnie panuje tendencja, żeby od początku przykuć uwagę czytelnika mocnym akcentem i być może dlatego obyczajowe powieści Christie, które rozpoczynają się w tradycyjny sposób, nie są w stanie obronić się na rynku. A szkoda.

Szczególnie polecam matkom i córkom!
---
[1] Agatha Christie, „Córeczka”, przeł. Maria Grabska-Ryńska, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016, s. 8.
[2] Tamże, s. 9.
[3] Tamże, s. 19.
[4] Tamże, s. 301.

Tę recenzję poleca Redakcja BiblioNETki ! Link: [TUTAJ]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz