poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Czas róży, czas cisu

Oj, nie można powiedzieć, aby twórczość Mary Westmacott cieszyła się wielką popularnością. W Biblionetce, daleko jej książkom nawet do średniej 4,0. Z czego to wynika? Dlaczego uwielbiana autorka w tej postaci nie zyskuje uznania czytelników? Czy takie oceny są wyrazem rozczarowania brakiem wyrazistej intrygi kryminalnej – bo w nich przecież Agatha Christie celowała? A może te powieści – skomplikowane, wielowarstwowe – okazują się w gruncie rzeczy nieprzystępne w lekturze? Czy wreszcie – o małej popularności decydują ich mankamenty? Chciałbym przyjrzeć się w tym tekście "Róży i cisowi" – jednej z najlepszych powieści podpisanych pseudonimem Agathy Christie. Ostatnio ukazała się w nowym tłumaczeniu autorstwa Macieja Grabskiego. 

Narratorem jest Hugh Norreys, były nauczyciel. Wraca on wspomnieniami do roku 1945, kiedy mieszkał razem z bratem i bratową w kornwalijskiej wiosce. Do tego zamkniętego, dosyć hermetycznego świata wkracza wówczas wielka polityka i potrzeba zbudowania powojennej rzeczywistości na nowo. Kandydatem do parlamentu jest John Gabriel, który szybko zaprzyjaźnia się z Norreysem. To człowiek niejednoznaczny, wymykający się ścisłym charakterystykom, zdecydowanie jedna z najciekawszych postaci stworzonych przez Agathę Christie. Wzbudza sympatię i zaciekawienie, szybko zjednuje sobie publikę. A jednak za fasadą charyzmatycznego polityka, który z przekonaniem mówi to, co ludzie chcą usłyszeć, kryje się cyniczny manipulator skoncentrowany tylko na swoich celach. Gabriel dąży do zwycięstwa za wszelką cenę, kariera jest dla niego sensem życia, a sukces – lekarstwem na kompleksy.


Na scenie tej powieści znajduje się jeszcze jedna arcyważna postać – piękna Isabella Charteris wychowywana w zamku przez babkę i dwie stare ciotki. To osoba tkwiąca niejako obok świata, eteryczna i zagadkowa (sam Hugh nie może się zdecydować, czy ma do czynienia z ograniczoną idiotką, czy z osobą głęboko uduchowioną, dostrzegającą więcej niż inni). Isabella wyraźnie odstaje od społeczności, przez którą jest jednak akceptowana. Ma w sobie coś ze śpiącej królewny. Mieszka jakby w chatce z piernika strzeżona przez trzy wiedźmy, gotowa przeżyć swoje zaplanowane piernikowe życie (w perspektywie ma małżeństwo z piernikowym księciem – od dawna niewidzianym kuzynem – oraz zamieszkanie w pałacu-chatce). To kobieta szczęśliwa i niewymagająca. Jej idyllę burzy tylko perspektywa śmierci – Isabella jest jak piękna ścięta róża, której nic nie może uratować przed zwiędnięciem i śmiercią, ani zmiana wody, ani aspiryna, ani przypalanie łodygi. Bratowa Norreys – inteligentna, patrząca na świat z trzeźwym cynizmem – charakteryzuje ją w ten sposób (przytoczę tutaj dłuższy dialog):  
"Ona nigdy nie zadaje sobie pytań: »Dlaczego jestem taka, jaka jestem?« albo »Co naprawdę czuję?«. Ona doskonale wie, co czuje i kim jest. I zrobi to, co będzie jej pisane (…). Dla niej nie istnieją dwa zamienne scenariusze. Tylko jeden. Nawet przez myśl jej nie przemknie, że mogłaby się wycofać. Będzie szła naprzód. Dla takich jak ona nie ma drogi odwrotu.
– Zastanawiam się, czy ktokolwiek z nas ją ma! – powiedziałem z goryczą.
– Może i nie. Ale zwykle istnieje furtka – odparła spokojnie.
– Co dokładnie masz na myśli, Tereso?
– Sądzę, że każdy z nas dostaje jedną szansę ucieczki. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopiero później, kiedy patrzymy wstecz… Ale ona jest"[1].
Jeszcze wypada scharakteryzować narratora. Hugh Norreys tkwi w specyficznej sytuacji. Trafił na wózek inwalidzki w rezultacie tragicznego wypadku. Pozostaje na marginesie życia, musi wejść w rolę dobrego słuchacza. Choć swój ból i trudne położenie znosi z godnością (może to zasługa zapasu środków nasennych, których może użyć w razie potrzeby), czasem z jego wypowiedzi przebija gorycz. Na przykład wtedy, gdy mówi do Isabelli, z którą się zaprzyjaźnia:  
"Jak myślisz, jakie jest moje życie? Myją mnie, ubierają jak dziecko. Taszczą niczym worek kartofli. Jestem bezużytecznym wrakiem. Martwą skorupą, która leży sobie tu w słoneczku, nie mając nic do roboty… nic, na co by można czekać… żadnej nadziei… gdybym był zepsutym meblem, już dawno wyrzucono by mnie na wysypisko. A ponieważ jestem istotą ludzką, ubierają mnie w cywilizowaną odzież, przykrywają kocykiem to, co najszpetniejsze, a potem wystawiają na słońce!"[2]. 
Wraz z pojawieniem się Isabelli, a także Johna Gabriela, w Hugh wstępuje nowe życie. Wikła się on w trudny emocjonalny trójkąt. Celowo mówię o trójkącie – wydaje się, że jego prawdziwą fascynację budzi nie Isabella (której zwyczajnie nie rozumie), a właśnie John Gabriel – człowiek bezkompromisowy, działający po aktywnej stronie życia, zdobywający kolejne kobiety w rozmaity sposób (władcza Adelaide St. Loo ma dla niego pewien szacunek, Milly Burt – świetnie i odważnie jak na tamte czasy sportretowana ofiara przemocy domowej – pozostaje pod jego urokiem, w końcu ulega mu także Isabella), podejmujący wyzwania. Symbolizuje wszystkie tęsknoty i pragnienia bezwolnego przez swoje kalectwo bohatera, który "przenosi" je na niedostępną Isabellę. Jego niechęć do Johna zaprawiona jest tłumionym pożądaniem. Warto w tym miejscu przytoczyć dłuższą rozmowę Hugh z przenikliwą Teresą. Choć zbywa on insynuacje szwagierki cierpkim humorem, trudno oprzeć się wrażeniu, że w jej słowach jest coś z prawdy. 
– Wreszcie zacząłeś znowu żyć. Chcesz żyć.
– Tak – powiedziałem zdziwiony. – Chyba masz rację. Co prawda nie mam pojęcia dlaczego, ale to prawda. Istotnie, mam ochotę obudzić się jutrzejszego poranka.
– Nie wątpię. Ciekawe, kto za to odpowiada. Życie w St Loo, Isabella Charteris, a może John Gabriel?
– Na pewno nie Gabriel – żachnąłem się.
– A tego akurat nie jestem pewna. Jest coś w tym człowieku…
– Najwyraźniej mnóstwo seksapilu. Ale to typ za jakim nie przepadam. Nie znoszę bezczelnych oportunistów. Ten człowiek sprzedałby własną matkę, gdyby nadarzyła się okazja na zarobek"[3].
Znacząca jest też potrzeba Hugh odseparowania się od kobiet, które darzyły go macierzyńską troską i symbolicznie pozbawiały w ten sposób męskości. Powtórzę: Gabriel uosabia pragnienia bohatera, a jego niechęć to maska, która je skrywa. Przedstawiam fragment mizoginicznej przemowy:  
"To był kobiecy świat, nie męski. Mężczyzna nadal był łowcą – beztroski, obdarty, często głodny, gnał przed siebie, zostawiając z tyłu kobietę i dziecko. W takim świecie nie ma miejsca na politykę, nie jest potrzebna. Wystarczą bystre oko, pewna dłoń i ofiara.
Ale cywilizowany świat opiera się na ziemi. Ziemi, która rodzi i wydaje plon. To świat, w którym buduje się domy i wypełnia je własnością. Żyzny, macierzyński świat, gdzie przetrwanie jest nieskończenie bardziej skomplikowane i może się powieść lub nie na tysiąc różnych sposobów. Kobieta nie patrzy w gwiazdy, ona widzi cztery ściany schronienia, garnek na palenisku i uśpione twarze najedzonych dzieci.
Bardzo chciałem uciec z tego kobiecego świata. Na Roberta nie mogłem liczyć. Był malarzem, artystą zaangażowanym w macierzyński proces wydawania na świat kolejnego obrazu. Gabriel był wystarczająco męski – jego obecność przecięła wreszcie sieć damskich intryg. Tyle że akurat jego nie darzyłem sympatią.
Dzięki Rupertowi wróciłem do własnego środowiska. (…) Znów byłem prawdziwym mężczyzną w beztroskim wojennym świecie, gdzie tak blisko do śmierci, ale człowiek ma dużo ruchu i jest się z czego pośmiać"[4].
"Róża i cis" może zdumiewać, może rozczarowywać. Nagły zwrot akcji – sygnalizowany zresztą na okładce (!!!) – może się wydawać nieprawdopodobny i słabo umotywowany. Ale czy na pewno taki jest? Gabriel pozwolił Isabelli na przebudzenie, wyjście z bajkowego snu, skorzystanie z furtki, o której wspominała Teresa. Isabella poznaje smak innego losu. I nawet jeśli to tułaczka na marginesie społeczeństwa, zarazem jej życie jest spełnione, prowadzone w cieniu miłości absolutnej. Ten człowiek ją pociągał, przez całą powieść obserwujemy narastanie napięcia, które w pewnym momencie wybuchło. W końcu dał jej szczęście. Świetnym wyborem jest tu oddanie głosu Hugh – on nie wszystko rozumie, nie potrafi zinterpretować sygnałów, widzi wydarzenia powierzchownie. Potrafi słuchać, ale nierzadko wyciąga mylne wnioski. Stanowi w gruncie rzeczy inną, niekryminalną wersję Arthura Hastingsa, wiernego towarzysza Herculesa Poirota, z którego intelektem zawsze musi przegrać. Niebezzasadnie Teresa mówi pod koniec powieści: 
"Upierasz się przy swoim widzeniu świata, Hugh (…) i starasz się nagiąć do niego innych. Ale inni mają własny świat, własne życie. Borykają się z nim każdy na swój sposób i to właśnie czyni życie takim pogmatwanym"[5]. 
Dzięki tak wybranemu sposobowi narracji – i bardzo niedoskonałemu opowiadaczowi – w tej historii pozostaje dla czytelnika wiele białych plam, znaków zapytania i nierozwiązanych tajemnic.  


Na zakończenie chciałbym podkreślić, że Agatha Christie w powieściach napisanych pod pseudonimem Mary Westmacott często ukazywała samą siebie, swoje traumy i obawy. W "Chlebie olbrzyma" chodzi o konflikt sławy i miłości (który przyczynił się do rozpadu jej pierwszego małżeństwa), w "Córka jest córką" odbija się nieobcy Królowej Kryminałów problem relacji z dorastającą córką, "Niedokończony portret" odsłania kulisy zagadki związanej ze słynnym zaginięciem pisarki. Według Jareda Cade'a – autora świetnej biografii "Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni" – również w omawianej pozycji opisała ona własne problemy (pokuta naznaczona Gabrielowi – dość pretensjonalny aspekt powieści – wydaje się jej prywatną literacką zemstą na mężczyźnie, który ją zawiódł). Isabella jest jednym z autoportretów Christie. To wyjaśnia też zagadkowy tytuł książki: 
"Żadne życie nie jest zmarnowane, bo krótkie życie róży i długie życie cisa dopełniają się we własnym tempie. Niewielu ludzi potrafi rozpoznać swoją naturę i przeznaczenie, a Isabella była jedną z nich – trudno było ją zrozumieć nie dlatego, że była tak skomplikowana, ale dlatego, że była tak bardzo prosta i jasno widziała najmroczniejsze sprawy. Dojrzała Agatha opisała w ten sposób samą siebie"[6].
Agatha Christie, jako Mary Westmacott nie musząc skupiać się na intrygach, w książkach wydanych pod pseudonimem przedstawiała naprawdę skomplikowane sprawy i złożonych, bardzo ciekawych bohaterów. "Róża i cis" nie może konkurować z dzisiejszymi powieściami psychologicznymi, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że ten utwór przeszedł próbę czasu. Nie warto skazywać go na czytelnicze zapomnienie.

---
[1] Agatha Christie, "Róża i cis", przeł. Maciej Grabski, wyd. Publicat, 2015, s. 159.
[2] Tamże, s. 105.
[3] Tamże, s. 162.
[4] Tamże, s. 223.
[5] Tamże, s. 314.
[6] Jared Cade, "Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni", przeł. Małgorzata Glasenapp, wyd. W.A.B., 2014, s. 220. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorem jest Misiak297.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz