wtorek, 1 marca 2016

Kto zabił... uczucia? - "W samotności", Christie Agatha

Cóż za niespodziankę mi zaserwowała Królowa Kryminału! Właściwie nie była to niespodzianka, bo zostałam już wcześniej uprzedzona, że będę mile zaskoczona, ale mimo wszystko…

Tym razem nie zaczyna się od morderstwa. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie zostaje popełnione morderstwo w sensie fizycznym, choć trudno powiedzieć, że nie ma ofiar… I wbrew temu, co sugeruje straszliwie harlekinowata okładkowa ilustracja oraz – to już zupełnie dziwne, bo nie wyobrażam sobie, by coś podobnego mógł napisać ktoś, kto choć pobieżnie zna treść powieści! – nota wydawcy, zgodnie z którą „Samotną wiosną” należy zaliczyć do „uroczych, przepełnionych aurą tajemniczości powieści miłosnych”[1].

Ale wyłuszczmy sprawę od początku. Zbliża się do końca trzecia dekada XX wieku. Czterdziestoośmioletnia Joan Scudamore, elegancka dama z brytyjskiej klasy średniej, wraca do Londynu z Bagdadu, gdzie przebywała w odwiedzinach u chorej córki. Na skutek niespodziewanej zmiany pogody nie dociera na czas na stację i musi spędzić kilka dni w zajeździe na pustkowiu, mając za towarzystwo jedynie hinduskiego służącego, który nie jest dobrym partnerem do rozmów. Kiedy się kończy papier listowy, kiedy zostały już przeczytane zabrane na drogę książki, przychodzi czas na to, by – jak mimo woli wyprorokowała jej spotkana w Bagdadzie dawna szkolna koleżanka – „rozmyślając dzień za dniem wyłącznie o sobie (…) dowiedzieć się czegoś, czego się dotychczas o sobie nie wiedziało”[2].
Bo do tej pory Joan była przekonana, że jej „i Rodneyowi naprawdę się poszczęściło”[3] – dwadzieścia pięć lat małżeństwa, dobra sytuacja materialna, trójka dzieci „ładna, i zdrowa, i dobrze ułożona”[4] – czyż to nie dowód, że „odniosło się sukces w tym, co miało się do zrobienia”[5]? Ale w samotnych rozmyślaniach na idealnym wizerunku szczęśliwej rodziny zaczynają się pojawiać coraz to nowe rysy. Czy naprawdę Rodney czuje się spełniony i zadowolony w roli wspólnika kancelarii prawniczej, mimo że była to ostatnia rzecz, o jakiej marzył? Dlaczego każde z trojga dzieci tak szybko i definitywnie opuściło rodzinne gniazdo, a Barbara najwyraźniej nie czuła się uradowana przyjazdem matki, choć jej od kilku lat nie widziała? Czemu we wspomnieniach Joan tak często powraca dawna sąsiadka – „ani piękna, ani młoda, bez żadnej prezencji”[6]? Obraz, jaki wyłania się z jej przemyśleń i reminiscencji, nie jest bynajmniej zachwycający. Wręcz przeciwnie, stanowi cały magazyn dowodów na to, że jednak miała miejsce zbrodnia, dokonana co prawda nie z premedytacją, ba, wręcz w dobrej wierze, ale przez to wcale nie mniej karygodna – zabita została spontaniczność, szczerość, marzenia, a wreszcie i miłość. Cztery razy.


W każdym z członków rodziny Joan. A winną tego poczwórnego morderstwa jest… ona sama! Niełatwo żyć z taką świadomością, ale winowajczyni pociesza się, że małżonek – mimo wszystko – docenia fakt, iż jest „taka pogodna i kompetentna, i pracowita, taka zadowolona i szczęśliwa”[7].
A jak jest naprawdę?...
Powiem szczerze – poruszyła mnie ta powieść do głębi. Bo może są ludzie, którzy znalazłszy się w takiej sytuacji jak bohaterka, byliby w stanie przypomnieć sobie tylko szczęśliwe chwile i nie mieliby sobie nic do zarzucenia, ale ilu ich jest? Literatura, nie mówiąc już o życiu wokół nas, nieustannie dostarcza nam świadectw, że postawa Joan nie jest niczym wyjątkowym. Pokusa arbitralnego orzekania, co będzie lepsze dla innych (oczywiście musi to być coś, co – przynajmniej z krótkowzrocznej i egoistycznej perspektywy – jest lepsze dla orzekającego!) tkwi w człowieku pewnie od zarania dziejów, a jakże wzmacniają ją obiegowe przekonania i niepisane normy! „Blanche powinna zachować rozsądek i nie pozwolić na coś takiego”[8], „dzieci powinny chodzić do dobrych szkół (…). Nie zapominaj też o dobieraniu właściwych przyjaciół”[9], „Oczywiście, że pójdziesz w ślady ojca!”[10], „tak zachowują się tylko bardzo nieprzyzwoite dziewczęta”[11]… Ogromnie nieprecyzyjna i śliska jest granica między wychowaniem a tresurą, między małżeńskim kompromisem a szantażem! I patrząc na skutki nierozpoznania tej granicy przez Joan, mimo woli zaczyna się myśleć, czy samemu się ją wyraźnie dostrzega…

Za to niewesołe, lecz pouczające memento, za doskonałą konstrukcję psychologiczną postaci Joan, za mistrzowskie ukazanie procesu samopoznania dokonującego się w umyśle bohaterki należy się Lady Agacie ogromny szacunek. Bo Poirota i pannę Marple, którzy nigdy naszej pamięci nie opuszczą, uwielbiamy, ale to „biedna mała Joan”[12], nawet jeśli z czasem zapomnimy jej imienia, może w nas wywołać małą duchową rewolucję…
---
[1] Agatha Christie, „Samotna wiosną”, przeł. Bogumiła Malarecka, wyd. Rebis, 1998; tekst z okładki.
[2] Tamże, s. 22.
[3] Tamże, s. 9.
[4] Tamże, s. 9.
[5] Tamże, s. 9.
[6] Tamże, s. 196.
[7] Tamże, s. 236.
[8] Tamże, s. 12.
[9] Tamże, s. 40.
[10] Tamże, s. 91.
[11] Tamże, s. 160.
[12] Tamże, s. 237.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką recenzji jest dot59.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz