niedziela, 14 lutego 2016

Nie kryminał, nie romans, a jednak... się czyta! - "Róża i cis", Christie Agatha

Ależ się nabrałam! O ile o „Samotnej wiosną” doskonale wiedziałam, że to rzecz nietypowa jak na twórczość królowej kryminału, o tyle po „Różę i cis” sięgnęłam, nie czytając wcześniej żadnej recenzji ani opisu (może i dobrze, bo gdybym zauważyła, że w katalogu zaliczona jest do kategorii „romans” [sic!], zapewne wskutek sugestywnej treści noty wydawniczej, pewnie bym jej nie tknęła); cis, jak wiadomo, zawiera silną truciznę, więc kryminalne skojarzenia były oczywiste. Pierwszoosobowa narracja też mnie nie zbiła z tropu, bo już się kiedyś z taką u niej spotkałam. Trudno powiedzieć, kiedy się zorientowałam, że jednak żadnego morderstwa nie było i nie będzie, ale na pewno w tym momencie czułam się już dostatecznie wciągnięta w opowieść. O miłości? Trochę też, oczywiście, ale w żadnym wypadku nie w konwencji romansu. Miłość to tylko jedna z sił, które kierują bohaterami, tylko jedno z całej gamy uczuć, które ich łączą i dzielą.

Hugh Norreys, narrator powieści, były nauczyciel i zdemobilizowany żołnierz, jest z góry skazany na pozostanie na pozycji obserwatora; jego kule i wózek inwalidzki przyciągają doń kobiety spragnione raczej współczucia i zrozumienia niż miłości. Choć może i w jego osobowości jest coś, co sprawia, że ten typ do niego lgnie – przecież jeszcze przed wypadkiem spotkał Jennifer, pośrednią tego wypadku przyczynę… Unieruchomiony na wózku, staje się obiektem litości i idealnym kandydatem na biernego słuchacza, jednak czy potrafi zachować bierność w obliczu tak nieszablonowej konfiguracji wydarzeń?


Znienawidzony przezeń – o czym dowiadujemy się już na wstępie relacji, zanim poznamy tego przyczynę – major John Gabriel wdziera się dość obcesowo w spokojny światek kornwalijskiej wioski, niemal spadając z nieba (a może… wyskakując wprost z piekła?) jako kandydat na członka parlamentu z ramienia partii konserwatywnej, choć jego pochodzenie nakazywałoby mu opowiadać się raczej za laburzystami, a jego poglądy… no właśnie, czy Gabriel ma jakieś poglądy? Czy może tylko pragnienia, dla których spełnienia gotów jest wejść w każdą skórę, jaka mu się pod rękę nawinie? Czy jest cynicznym manipulatorem, którego każdy krok ma dać odpowiedni efekt, czy to tylko kolejna maska, jaką nałożył, by nie zdradzić swojej prawdziwej osobowości? Bo jeśli nie zależy mu na niczym prócz kariery, czemużby miał się angażować w sprawę Milly Burt (postaci w gruncie rzeczy niewiele znaczącej, zarysowanej zaledwie w paru scenach, które jednak pozwalają rozpoznać w niej doskonały okaz syndromu ofiary), wiedząc, jak to będzie postrzegane przez opinię publiczną? A może jest klasycznym typem łowcy, który interesuje się swoim obiektem pożądania tylko póty, póki ten pozostaje niezdobytym? Udział w wyborach nie dlatego, by zasiadać w parlamencie, lecz by udowodnić, że potrafi się wygrać, zaloty nie po to, by spędzić życie u boku wybranej, lecz by pokazać, że przezwyciężyło się jej opory, obrona maltretowanej i poniżanej kobiety nie ze współczucia, tylko dla demonstracji wyższości nad jej prymitywnym małżonkiem? A może wszystkie te jego zachowania są jedynie bezładnym miotaniem się sfrustrowanego, dręczonego kompleksami człowieka pomiędzy światem, do którego on sam nie chce powrócić, a światem, który go nie chce przyjąć takim, jakim jest naprawdę? To świetna kreacja, jeden z tych bohaterów, których nie da się polubić i niełatwo ich zrozumieć, a jednak nie sposób przejść obok nich obojętnie, bez próby wniknięcia w ich myśli i motywacje… To właśnie Gabriel i działanie rozkręconej wokół niego machiny wyborczej, a nie którykolwiek z wątków romansowych, stanowią główną oś fabuły. Oczywiście, w pewnym momencie środek ciężkości przesuwa się w kierunku dość absurdalnej i, prawdę powiedziawszy, słabo umotywowanej afery miłosnej; zbyt mało wiemy o Isabelli (albo raczej Hugh wie o niej zbyt mało i taką skąpą wiedzą się z nami dzieli), by pojąć, dlaczego, doczekawszy się wreszcie swojego ledwie pamiętanego ukochanego z lat dziecinnych (ukochanego? a może tylko wyobrażenia, jakie trzeba sobie było stworzyć, by móc się wpasować w przygotowany przez rodzinę schemat?...), podejmuje nagłą i nieodwracalną decyzję, która okaże się dla niej tak niefortunna. Co zadziałało: rozczarowanie przewidywalną przyszłością? przekorna chęć wyrwania się ze świata, do którego ją przypisano? feromony? Czy, choć to chyba najmniej prawdopodobne, wewnętrzne przekonanie, że pod nieciekawą powierzchownością i mało wytwornymi manierami znanego wszystkim mężczyzny kryje się inny człowiek – wart tego, by mu poświęcić życie? Tego nie dowiemy się nawet z ostatniej rozmowy narratora z Gabrielem…

 Ostatecznie więc „Róża i cis” (poetyckie wyjaśnienie tytułu pojawia się w tekście), mimo że nie jest ani kryminałem, ani romansem, nie sprawia zawodu, okazawszy się całkiem niezłą powieścią psychologiczno-obyczajową. Można autorce wytknąć drobne uchybienia, na przykład (co zauważyli też redaktorzy wydania polskiego) że ojcu dziewczyny liczącej sobie 19 lat w roku 1945 (zatem urodzonej w 1926) kazała polec na wojnie co najmniej 7 lat przed jej narodzinami czy że chcąc umieścić mały fragment akcji w egzotycznej dla Brytyjczyków Słowacji postąpiła w sposób typowy dla kogoś, kto wie, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele, na skutek czego ani nazwa miejscowości Zagrade (która może być chorwacka, serbska, czarnogórska, bułgarska, ale nie słowacka), ani nazwiska przedstawicieli lokalnej społeczności, Stołanow i Crassvitch, nie brzmią autentycznie. Można jej też zarzucić nieco melodramatyczne zakończenie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatecznym rozrachunku powieść i tak wypada lepiej niż niejedno dzieło zachwalane przez wydawcę jako „niezwykłe świadectwo wyjątkowego talentu” czy coś w tym rodzaju…

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką jest  dot59.

1 komentarz:

  1. Bardzo dobra recenzja, choć nie uważam, aby decyzja Izabeli była słabo umotywowana. Przecież wszystko znamy z relacji Hugh, a ta jest subiektywna, ten narrator również nie jest kimś, kto umie patrzeć na ludzi i ich rozumieć.

    Jednak bliżej mi do Twojej opinii o tej książce niż do tej (moim zdaniem krzywdzącej), która ostatnio pojawiła się na blogu. Ale myślę, że obie recenzje mogą sprowokować do dyskusji i to jest najważniejsze.

    OdpowiedzUsuń