środa, 16 września 2015

Zbrodnia na festynie - Christie Agatha - uczestnik Dot59

Świat przeminął, odbicie pozostało

Zaczyna się podobnie jak w wielu innych powieściach Lady Agathy: Hercules Poirot zostaje poproszony o pilne przybycie do pewnego majątku ziemskiego, położonego w odległości nieco ponad stu osiemdziesięciu mil (czyli prawie 300 km) od Londynu.  
Sprawa jest o tyle nietypowa, że choć wie, kto go wezwał, nie wie, w jakim celu tam się udaje. 
Znana już z wcześniejszych książek Ariadna Oliver, popularna autorka kryminałów, nie może albo nie chce wyjawiać przez telefon powodu, dla którego tak nagle zapragnęła towarzystwa słynnego detektywa. Poirot jednak swoim siódmym zmysłem wyczuwa, że powinien natychmiast wsiąść w pociąg... Na miejscu pani Oliver informuje go, że na życzenie właścicieli majątku przygotowała dla uczestników zaplanowanego na następny dzień festynu grę towarzyską polegającą na wytropieniu sprawcy zainscenizowanego morderstwa, on zaś, Poirot, będzie honorowym gościem, z którego rąk zwycięzca odbierze nagrodę. W rzeczywistości jednak wezwała go z zupełnie innego powodu: ma mianowicie niejasne poczucie, że ktoś w otoczeniu knuje coś złego, być może nawet... prawdziwe morderstwo? 

 Poirotowi zostaje zaledwie jedna doba na rozejrzenie się w terenie. Ale, jak możemy wywnioskować z tytułu powieści, jego obecność ani opinie, jakie poweźmie o świeżo poznanych osobach zaangażowanych w organizację festynu, nie zapobiegną tragedii... Co więcej, okaże się, że tajemniczy morderca nie zadowolił się jedną ofiarą; tego samego popołudnia przepadnie bez śladu kolejna osoba, a niebawem pozornie naturalna śmierć spotka kogoś, kto na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z całą tą historią. Detektyw i ekscentryczna pisarka będą mieli naprawdę twardy orzech do zgryzienia; mimo to za sprawą pewnych sygnałów, których nie wychwyciła tak zachwalana przez panią Oliver kobieca intuicja, mały Belg – wyjątkowo późno jak na siebie, ale jednak! – dojdzie po nitce do kłębka... 

Sprawnie skomponowana i cokolwiek przewrotna intryga, przez którą czytelnik zostaje przeprowadzony w taki sposób, by mógł stosunkowo wcześnie odkryć jeden z elementów skomplikowanej układanki i nabrać przekonania, że rozwiąże zagadkę prędzej niż sławny detektyw/ ekipa dochodzeniowa, po czym w równie szybkim tempie zrozumieć, iż jednak się myli, to sztandarowa cecha dobrego kryminału. W tym – niemal każdego autorstwa Agathy Christie. Na potwierdzeniu, że „Zbrodnia na festynie” cechę tę posiada, można by właściwie poprzestać. Bo i cóż więcej pisać, skoro zgadzamy się co do zasadniczego waloru danej powieści?

Sęk w tym, że „zasadniczy” nie musi wcale oznaczać „jedyny”, i w rzeczy samej, niejeden utwór brytyjskiej królowej kryminału mógłby zawalczyć o palmę pierwszeństwa także w kategorii... powieści psychologiczno-obyczajowej. Bo przecież zbrodnia nie bierze się z niczego. Zgoda, zdarzają się takie historie, w których jest ona tylko efektem ubocznym innego działania – jak złamanie karku jednemu z łomocących się nawzajem kibiców rywalizujących drużyn piłkarskich lub też nagły atak szaleństwa, wzbudzający w głowie dotychczas zdrowego człowieka nakaz zabicia pierwszego spotkanego „demona” czy „wroga”, którym może się okazać członek rodziny lub przypadkowy przechodzień – ale tego rodzaju przestępstw nie zwykła Lady Agatha czynić przedmiotem swoich opowieści. Tu mowa o morderstwach popełnianych z pełną świadomością – z chciwości, zazdrości, zemsty, ze strachu przed ujawnieniem innego występku, często zresztą znacznie mniejszego kalibru... I o reakcjach na nie: zgrozie, oburzeniu, rozpaczy, współczuciu, czasem uldze, czasem wręcz satysfakcji. A każde z tych uczuć ma źródło w relacjach między mordercą, ofiarą/ofiarami i ich otoczeniem, relacje te zaś wynikają z osobowości poszczególnych postaci i z ich wcześniejszych doświadczeń.

Hercules Poirot doskonale to wie i właśnie ta wiedza stanowi podstawę jego trafnych dociekań, dzięki którym jest w stanie znaleźć mordercę szybciej, niż wezwana na miejsce zbrodni ekipa policyjna. Żeby analizowane przezeń informacje uwiarygodnić, trzeba czytelnikowi personae dramatis przedstawić w całej ich krasie albo i brzydocie. Trzeba pewne wskazówki odnośnie do ich temperamentu, postaw moralnych, stosunku do innych ludzi przemycić w opisach ich strojów i gestów, w zapisie wypowiadanych przez nie kwestii.

I to właśnie robi w każdej swojej powieści Lady Agatha – z pasją i wnikliwością równą tej, z jaką buduje misterną konstrukcję intrygi kryminalnej, a ponadto, bywa, ze sporą szczyptą cierpkiego humoru. Spójrzmy tylko na taką na przykład pannę Brewis, która wydaje się ideałem sekretarki i zarazem osoby zarządzającej domem: czy nie daje nam do myślenia, gdy ta kobieta, sprawiająca „wrażenie osoby energicznej i kompetentnej”[1],
ni stąd, ni zowąd pozwala sobie na wygłaszanie przed świeżo poznanym gościem sarkastycznych uwag o żonie swego chlebodawcy?

A pani Folliat, drobniutka starowinka, z godnością znosząca upokorzenie, jakim musi być fakt, że po stracie bliskich i majątku pozwolono jej zamieszkać „w domku przy głównej bramie do jej dawnej posiadłości”[2]? 

Czy nie znajdujemy czegoś nienaturalnego, wręcz niepokojącego w zimnym, beznamiętnym tonie, którym oznajmia Poirotowi, że „to bardzo nikczemny świat (...). I ludzie na świecie są bardzo nikczemni”[3]? 
I czy nie dziwi nas, gdy raptem tak dziwnie reaguje na wzmiankę o swojej byłej podopiecznej:
„Niech pan mi o niej nie mówi, niech pan nie mówi. Nie chcę o niej myśleć”[4], choć wcześniej tyle razy podkreślała swoją wobec niej czułość i troskę? 

O każdym parę takich zdań – i już wiemy, kto tchórz, kto despota, kto snob, kto lekkoduch, kto jest wdzięczny, że mu za pracę płacą, a kto płacącymi gardzi, kogo zżera zazdrość, a kogo nieczyste sumienie... Dla równowagi o swoich pozytywnych bohaterach z reguły wyraża się autorka nieco kpiarskim tonem, donosząc na przykład, że pani Oliver w stalowoszarych satynach wyglądała jak złomowany pancernik”[5] 
lub że „opadła na fotel naprzeciw inspektora niczym duża porcja purpurowej galarety z migdałów”
po czym „przeczesała palcami swoją kunsztowną fryzurę, w wyniku czego uzyskała wygląd osoby na lekkim rauszu”[6]

bądź zauważając, iż „Ego Poirota okropnie siadło – nawet wąsy mu obwisły”[7]


W odniesieniu do postaci drugo- i trzecioplanowych również pozwala sobie na mnóstwo takich z lekka humorystycznych dywagacji, dzięki którym spoglądamy na ten może nikczemny, lecz przecież przez to nie mniej barwny świat z pewnym przymrużeniem oka:

„Posterunkowy Hoskins był najwyraźniej szczęśliwy, że może łączyć morderstwo z nazwiskiem konkretnego cudzoziemca, a nie tylko z cudzoziemcami w ogóle”[8]; 

„Trzeba użyć ogarów, bloodhoundów – orzekła pani Masterton, a komunikując to sama ogromnie była podobna do bloodhounda”[9]; 

 
„ – (...) Jak zeznaje?
– Mgliście. Naprawdę bardzo mgliście.
– To znaczy, że jest prawdziwym architektem – powiedział z przekonaniem major Merrall, który ostatnio wybudował sobie dom na wybrzeżu. – Oni są tacy mgliści”[10].


Jakaż to piękna panorama środowiska, w którym osadziła pisarka akcję tej (i większości pozostałych) powieści, co za wyborny przegląd ludzkich typów wraz z ich słabościami i śmiesznostkami! Tym bardziej cenny jest to obraz, że jako całość – podobnie jak wypomadowane wąsy, laseczka i melonik Poirota – odszedł już w przeszłość, być może bezpowrotnie. I pozostał odbity tylko w tym stendhalowskim zwierciadle, którym dla angielskiej prowincji z drugiego i trzeciego ćwierćwiecza XX wieku stały się powieści Agathy Christie. Nieważne, że kryminalne. Ważne, że świetne!

---
[1] Agatha Christie, „Zbrodnia na festynie”, przeł. Andrzej Milcarz, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996, s. 7.
[2] Tamże, s. 47.
[3] Tamże, s. 50.
[4] Tamże, s. 125.
[5] Tamże, s. 55.
[6] Tamże, s. 92.
[7] Tamże, s. 182.
[8] Tamże, s. 97.
[9] Tamże, s. 144.
[10] Tamże, s. 166.


Recenzja pochodzi z serwisu: Biblionetka i została opublikowana w ramach wyzwania Wrzesień z Agathą. Autorką recenzji jest Dot59.
Dot59 jest od dzisiaj uczestniczką bloga, a ta recenzja, zarazem konkursowa, jest Jej debiutem na tym blogu. 


http://na-tropie-agathy.blogspot.com/2015/08/wrzesien-z-agatha-christie-wyzwanie-z.html




3 komentarze:

  1. Świetna recenzja :D
    Gratuluję i witamy w kręgu miłośników Na tropie Agaty! ;)

    Muszę koniecznie przeczytać Zbrodnię na festynie! Koniecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też jeszcze nie czytałam. Ponoć Agatha opisała jeden z festynów w Torquay, gdzie mieszkała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Doskonała recenzja! Takie analityczne teksty lubię najbardziej!

    OdpowiedzUsuń