poniedziałek, 1 czerwca 2015

Co pamiętają słonie?

"Słonie mają dobrą pamięć" to jeden z ostatnich kryminałów Agathy Christie i ostatni z Herculesem Poirot, jaki wyszedł spod jej pióra ("Kurtyna" – która zamyka działalność słynnego Belga – została napisana podczas wojny i wydana dopiero po śmierci Królowej Kryminałów). Jak wszystkie późne powieści Christie, jest utrzymany w mrocznym klimacie, nieco niespójny, nie odznacza się zawikłaną intrygą, wreszcie – do pewnego stopnia został oparty na wcześniejszych pomysłach i rozwiązaniach, choć oczywiście motyw główny jest świeży i bardzo intrygujący.
Agatha Christie miała 

– jak zwykle – 

wspaniały pomysł na fabułę, zagadka jest naprawdę porywająca.
Ceniona pisarka kryminałów Ariadna Oliver udaje się na spotkanie literackie (w jej niechęci do tego typu wydarzeń, pewnej nieśmiałości i nieumiejętności promowania siebie odkrywamy samą Christie i jej problemy). Tam spotyka kobietę, która wcale nie chce – jak można by się spodziewać – rozmawiać o książkach. Pani Burton-Cox pyta o Celię Ravenscroft – swoją synową in spe i chrześniaczkę pani Oliver. Rodzice Celii – generał Ravenscroft i jego żona Margaret "Molly" Preston-Grey – zmarli kilkanaście lat wcześniej w niejasnych okolicznościach. Oboje znaleziono nad urwiskiem, a między nimi rewolwer. Trudno było dociec, czy żona zabiła męża, a potem odebrała sobie życie, czy też mąż zastrzelił żonę, a potem siebie. A może było to wspólne samobójstwo? Pani Oliver zwraca się o pomoc do Herculesa Poirota. Wspólnie próbują rozwiązać zagadkę z odległej przeszłości. Starają się dotrzeć do ludzi (których nazywają słoniami o dobrej pamięci – stąd tytuł) pamiętających rodzinę Ravenscroftów. Początkowo poruszają się po omacku wśród plotek, domysłów i sprzecznych wersji (czy generał miał romans z sekretarką spisującą jego wspomnienia z pobytu na Malajach i dlatego chciał usunąć żonę? A może Molly – znacznie młodsza od niego – zadurzyła się w uroczym nauczycielu syna? Albo chodziło o śmiertelną chorobę któregoś z oddanych sobie małżonków? Tropów jest wiele.* [fragment, który zawiera szczegóły zakończenia, znajduje się na dole]. 

Tropów jest wiele.

Agatha Christie miała – jak zwykle – wspaniały pomysł na fabułę, zagadka jest naprawdę porywająca. A jednak "Słonie..." należą do jej najmniej udanych powieści. Nie mogą się równać choćby z bardzo podobnym, ale przy tym rewelacyjnym, opublikowanym trzydzieści lat wcześniej kryminałem "Pięć małych świnek". Podobieństwa są uderzające (nic więc dziwnego, że bohaterowie ciągle wspominają tamtą sprawę). W obu przypadkach Hercules Poirot bada zbrodnię sprzed lat i aby znaleźć zabójcę, musi przeanalizować zarówno fakty, jak i emocje paru osób zaplątanych w morderstwo. "Pięć małych świnek" zachwyca wyrafinowaną intrygą, psychologią postaci, napięciem. Tymczasem w "Słoniach..." napięcie się rozmywa, tonie w szeregu długich, niewiele wnoszących dialogów. Brak tu ciekawych, wyróżniających się postaci (poza głównymi dramatis personae – generałem, Molly Ravencroft i Dorotheą Jarrow). W zasadzie nietrudno odgadnąć, co naprawdę stało się tamtego tragicznego dnia (choć nawet jeśli się domyślamy, rekonstrukcja tej historii robi wrażenie). Dorzućmy do tego błędy rzeczowe (różnica wieku między Ravenscroftami wynosi dwadzieścia lat, a z późniejszej wzmianki możemy wnioskować, że była nieznaczna), nieścisłości (są rozbieżne zdania odnośnie do tego, kiedy Ravenscroftowie zginęli, a przecież stosunkowo łatwo byłoby to ustalić. Ponadto córka Jarrowów w którymś momencie zupełnie znika ze sceny, choć niewątpliwie była ważną postacią).

 
A jednak "Słonie..." należą do jej najmniej udanych powieści.


Czy winę za te mankamenty ponosi Christie? Można by zapytać – któż inny, jeśli nie autorka? A jednak trzeba pamiętać, że kiedy ukazała się omawiana powieść, pisarka miała już ponad osiemdziesiąt lat, była też schorowana. I jeśli weźmie się pod uwagę, że "Słonie..." napisała osoba tak posunięta w latach – trudno nie kryć podziwu. Bo mimo słabszych stron ta książka się broni, potrafi zaciekawić, wciągnąć, może nawet zaskoczyć czytelnika. Warto zauważyć, że do najbardziej przejmujących scen należą w niej te dotyczące starości: zapominalstwa, życia wśród umarłych (kiedy bliscy i przyjaciele odchodzą) i wspomnień, ograniczeń, problemów ze sztuczną szczęką (i tutaj Królowej Kryminałów nie zabrakło charakterystycznego dla niej poczucia humoru, choć tym razem to humor nieco gorzki). Tak jak w "Karaibskiej tajemnicy", "Nemesis" czy "Zwierciadło pęka w odłamków stos", i tu widać, że Christie – podobnie jak jej bohaterki – niekiedy przestaje rozumieć współczesny świat, nie akceptuje jego przemian. Ariadna Oliver i stara Julia Carstairs narzekają na nowoczesne śluby:
"Śluby nie są już tak ładne, jak za naszych czasów. Niektórzy ubierają się naprawdę dziwacznie. Parę dni temu moja znajoma wybrała się na ślub i opowiadała mi, że pan młody miał na sobie jakiś pikowany biały atłas z kryzą przy szyi. Z walenckiej koronki, jak sądzę. Bardzo dziwaczne. A dziewczyna nosiła osobliwy kostium ze spodniami. Też biały, ale z góry na dół zadrukowany zielonymi koniczynkami.
- No popatrz, droga Ariadno. Doprawdy niezwykłe. W kościele to samo. Gdybym ja była księdzem, odmówiłabym im ślubu"
[1].

Czy winę za te mankamenty ponosi Christie? Można by zapytać – któż inny, jeśli nie autorka?
Z kolei pani Buckle, komentując sprawę Ravenscroftów, stwierdza:

"Wtedy nie było tak źle jak dziś. Musi pani pamiętać, że to działo się, zanim ludziom przyszło do głowy używać przemocy. Niech pani spojrzy, o czym czyta się teraz w prasie każdego dnia. Młodzi ludzie, praktycznie jeszcze chłopcy, biorą narkotyki, tracą rozum i zaczynają szaleć strzelając do ludzi zupełnie bez powodu, zapraszają dziewczynę w pubie na drinka, odprowadzają ją do domu, a następnego dnia ktoś znajduje w rowie jej ciało. Porywają niemowlęta z wózków, zabierają dziewczyny na tańce i mordują je albo duszą w powrotnej drodze. Człowiek czuje się tak, jakby mógł zrobić wszystko"[2].

Nie da się ukryć, że powieść "Słonie mają dobrą pamięć" rozczarowuje na tle wcześniejszych dokonań Agathy Christie, ale nadal może stanowić miłą rozrywkę czytelniczą. I tylko trudno uciec od myśli, jaka by była, gdyby Królowa Kryminałów stworzyła ją jakieś trzy dekady wcześniej...

... trzeba pamiętać, że kiedy ukazała się omawiana powieść, pisarka miała już ponad osiemdziesiąt lat, była też schorowana.
---
[1] Agatha Christie, "Słonie mają dobrą pamięć", przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 80.
[2] Tamże, s. 101-102.


Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorem jest Misiak297

* [fragment, który zawiera szczegóły zakończenia]

Poirot i pani Oliver stopniowo odkrywają niezwykle dramatyczną historię naznaczoną przez wielką miłość, wielką nienawiść, chorobę psychiczną i wyjątkową więź między bliźniaczkami.

5 komentarzy:

  1. A ja lubię tę książkę. Za tę nostalgiczność i nie zgadzam się z tym, że z czasem Christie pisała gorzej. Można tak powiedzieć o Chmielewskiej, ale nie o Christie.

    OdpowiedzUsuń
  2. W planach! mam nadzieję, że bliskich!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tak czy siak uwielbiam jej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja Mama film widziała, a ja znam tylko książkę, ale nie byłam nią zawiedziona

    OdpowiedzUsuń
  5. Odwrotnie. To jest bardzo dobry kryminał, bo zakończenie nie jest oczywiste. Większość kryminałów Christie jest mimo wszystko dość przewidywalna, przynajmniej jeśli już się trochę czytało i zwłaszcza, gdy zna się naturę Poirota. Tu jest inaczej, piękne studium pracy detektywa, który z pajęczyny domysłów odtwarza przeszłość.

    OdpowiedzUsuń