czwartek, 14 maja 2015

Walka o majątek

[w recenzji nie zdradzam istotnych szczegółów fabularnych ani tożsamości mordercy]

Arcybogaty Gordon Cload przez całe życie troszczy się o swoich krewnych. Jego bracia, owdowiała siostra oraz bratanek i siostrzenica są samodzielni, zarabiają na siebie, ale zarazem funkcjonują pod bezpiecznym kloszem opieki nieco despotycznego, za to hojnego krewniaka. Ogromnym szokiem dla rodziny jest wiadomość o ślubie sześćdziesięciodwuletniego Gordona z młodziutką wdową Rosaleen Hunter Underhay. Na domiar złego 5 października 1944 roku, podczas nalotu bombowego, Cload ginie pod gruzami własnego domu, a jego miliony dostają się Rosaleen. To początek nowej ery w życiu jego rodziny. Czasy są ciężkie, panuje powojenna bieda, trudno związać koniec z końcem. Cloadowie, choć nienawidzą pani Gordonowej, muszą się uciec do przymilania się i poniżającej żebraniny. Nieoczekiwanie wiosną 1946 roku pojawia się człowiek, który twierdzi, że pierwszy mąż Rosaleen, Robert Underhay, nadal żyje. Gdyby okazało się to prawdą, jej małżeństwo z Gordonem byłoby nieważne, a ona straciłaby prawo do majątku. To dla Cloadów szansa na wyjście z matni. Ale Enoch Arden – mający w zanadrzu te matrymonialne rewelacje – zostaje znaleziony w pokoju hotelowym z roztrzaskaną głową. Kto go zabił? Dochodzenie prowadzi Herkules Poirot.


"Pora przypływu" to zdecydowanie jeden z najbardziej udanych kryminałów Agathy Christie. Fabuła jest bogata, intryga wielowątkowa i naprawdę zawikłana, podejrzanych nie brakuje, wciąż pojawiają się nowe tropy. Autorka stawia bohaterów w bardzo trudnej sytuacji. Cloadowie w zasadzie nigdy nie musieli troszczyć się o swój byt. Wraz ze śmiercią Gordona zostają pozbawieni rodzinnego majątku i poczucia bezpieczeństwa, ale muszą jakoś żyć dalej. Pod fasadą konwenansów przypominają spanikowane, bezradne dzieci. Christie świetnie udało się oddać ich dwulicowość: wypowiadając gładkie słówka, rzekomo troszcząc się o wdowę po Gordonie – starają się ukryć swoją niechęć i realizować własne cele. Sama Rosaleen jest kobietą naiwną, trochę bezmyślną, ale niepozbawioną dobrego serca – tyle że pozostaje pod wpływem swego bezwzględnego brata Dawida, który niczym cerber strzeże jej interesów i nie daje się omotać Cloadom.
"Porę przypływu" zaludniają bardzo ciekawe postaci, przeważnie kobiece – jak choćby inteligentna, opanowana i zaradna Frances Trenton, której małżeństwo z Jeremiaszem Cloadem opiera się na niepozbawionej szacunku i przywiązania rezerwie. Intrygującą bohaterką jest zanurzona w świecie duchów, żyjąca od jednego seansu spirytystycznego do drugiego Kate Cload, nie tak naiwna i bezmyślna, jak mogłoby się wydawać. Warto też zwrócić uwagę na Lynn Marchmont, która podczas wojny należała do pomocniczej służby kobiet Marynarki Królewskiej. Ta młoda dziewczyna nie umie się odnaleźć w czasach pokoju. Trudno jej odbudować uczuciową relację z narzeczonym – kuzynem Rowleyem Cloadem (kolejny ciekawy bohater – mężczyzna, który okres wojny spędził spokojnie na swojej farmie, a teraz cierpi na kompleks ocalonego). Lynn czuje, że ostatnie lata ją zmieniły – rozbudziły w niej ciekawość świata, pragnienie przygody, poszerzyły horyzonty. Małżeństwo z nudnym, pospolitym farmerem nie wydaje się jej atrakcyjne. Stwierdza: "Dzisiejszy świat staje do góry nogami. Dawniej mężczyzna szedł na wojnę, kobieta zostawała w domu. Teraz dzieje się odwrotnie"[1]. Bohaterowie są ofiarami tego odwróconego porządku. Warto tu zacytować dłuższy fragment przemyśleń Lynn. Takich dziewczyn musiało być sporo w Anglii w 1946 roku:


"Teraz płynie z prądem. Żyje bez sensu i celu od dnia demobilizacji. Nagle odczuła przypływ tęsknoty do minionych wojennych dni. Rozkład godzin i zajęć był wtedy ściśle określony, zaplanowane życie biegło systematycznie, nie ciążyło brzemię samodzielnych decyzji. Pod wpływem tych myśli Lynn ogarnęło przerażenie. Czy naprawdę wszyscy ludzie czują teraz tak jak ona? Czy tak właśnie wygląda najcięższa krzywda wyrządzona przez wojnę? Nie chodzi o fizyczne niebezpieczeństwa; miny na morzu, bomby spadające z nieba, suchy trzask pocisków karabinowych, gdy mknie się samochodem na pustym szlaku. Groźniejsze jest niebezpieczeństwo duchowe: wniosek, że nieporównanie łatwiej jest żyć, kiedy przestanie się myśleć. Ona sama, Lynn Marchmont, nie jest dziś tą energiczną, rozsądną, inteligentną dziewczyną, która wstępowała do wojska. Swoją inteligencję wyspecjalizowała, zwróciła w określonym kierunku. Teraz, gdy jest znów panią własnej osoby i własnego życia, przeraża ją własne lenistwo umysłowe, niechęć do stawiania i rozstrzygania problemów osobistych"[2].

Sceneria powojennej Anglii stanowi dodatkowy smaczek "Pory przypływu". Dla miłośników kryminałów tło obyczajowe ma często znaczenie drugorzędne, a przecież bywa bardzo ciekawą warstwą powieści. Christie opisywała świat, który dobrze znała. Bardzo wyraziste są fragmenty przedstawiające trudy powojennego życia. Panuje powszechna bieda i bezrobocie, zdemobilizowani żołnierze pozbawieni są perspektyw, trzeba opłacać stale wzrastające podatki, korzystać z książeczek żywnościowych, stać w długich kolejkach po jedzenie, prowadzić interesy na czarnym rynku. W Anglii 1946 roku zapewne można było znaleźć niejedną Adelę Marchmont, która wygodne życie musiała zamienić na wyczerpującą pracę, wiele Lynn cierpiących z powodu zmienionego postrzegania samych siebie, wreszcie wielu Dawidów, o których komisarz Spence mówi: "Podczas wojny są nieocenieni. Mają pomysłowość, odwagę, pogardę dla osobistego bezpieczeństwa. Wszystkiemu stawią czoła. Tacy właśnie dostają Krzyż Wiktorii, często pośmiertnie. Tak. Na wojnie są bohaterami. Ale w czasie pokoju… Cóż, w czasie pokoju bardzo często trafiają do więzienia. Cenią przygodę, nie potrafią chodzić prostymi drogami, nie liczą się ze społeczeństwem"[3].


Christie ciekawie – i nie bez odrobiny humoru – pokazuje przemiany społeczne i kulturowe, jakie przyniosła wojna. Wydaje się, że temu służy wprowadzenie postaci starej wdowy po kanoniku, pani Leadbetter, którą Poirot spotyka w hotelu. Ona nie tylko naprowadza detektywa na nowy trop, ale też w pełnych jadu perorach (interesujących z dzisiejszego punktu widzenia) wyraża sprzeciw wobec nowej rzeczywistości. Dostaje się zwłaszcza młodym kobietom:

"Wszystkie mają bzika na punkcie mężczyzn. A jak się ubierają! Spodnie, dobre sobie! Niektóre idiotki noszą nawet szorty. Nie paradowałyby w szortach, gdyby mogły zobaczyć, jak wyglądają z tyłu. (...) A na głowach co mają? Uczciwe kapelusze? Nie! Jakieś pozwijane szmaty. No i te wypacykowane twarze! Nic tylko szminka i puder. Na ustach jakieś kolorowe obrzydlistwo! Lakierowane paznokcie nie tylko u rąk, ale także, wstyd powiedzieć, u nóg! (...) I do kościoła chodzą bez kapeluszy – ciągnęła dama – czasami nawet bez tych tam apaszek. Na głowach nic nie mają, tylko paskudne, kołtuniaste, ondulowane włosy. Włosy: dobre sobie! Ja mogłam usiąść na włosach, jak byłam młoda!
Poirot spojrzał na siwostalowe sploty i wydało mu się niepodobieństwem, by ta rozjuszona wiedźma mogła być kiedykolwiek młoda"[4].

Zdecydowanie warto sięgnąć po "Porę przypływu" – nie tylko dla zagmatwanej intrygi i zaskakującego rozwiązania. Agatha Christie po raz kolejny Was nie zawiedzie.

---
[1] Agatha Christie, "Pora przypływu", tłum. Tadeusz Jan Dehnel, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1992, s. 45-46.
[2] Tamże, s. 108-109.
[3] Tamże, s. 174.
[4] Tamże, s. 193-194.

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, za zgodą autora wpisu - misiaka297

1 komentarz:

  1. Bardzo polubiłam tę historię :D
    A to przez wzgląd na lekki motyw romansu (który lepiej pokazano w ekranizacji, no ale...)

    OdpowiedzUsuń