sobota, 18 października 2014

Królowa może być tylko jedna

Herkules Poirot powraca – i pojawia się konsternacja. To dla wielu czytelników jeden z ulubionych detektywów, a więc możliwość przeczytania o kolejnym śledztwie wydaje się nie lada gratką. Z drugiej strony kontynuacje pisane [źródło zdjęcia] 
inną ręką rzadko wychodzą dobrze. Ale przecież Sophie Hannah to znana autorka cenionych thrillerów psychologicznych. Sama deklaruje, że twórczość Agathy Christie jest jej obsesją. Jak zatem prezentują się „Inicjały zbrodni”?

Londyn pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Herkules Poirot spotyka kobietę, która wyraźnie czegoś się obawia. Jennie – bo tak ma na imię - zdradza znakomitemu detektywowi, że wkrótce zostanie zamordowana. Jednocześnie prosi go, aby nie szukał sprawcy zbrodni. Jak się okazuje, tej samej nocy w ekskluzywnym hotelu zostają znalezione zwłoki trzech osób. Ciała są ułożone tak, jakby przygotowano je do pochówku, a sprawca włożył w usta każdej z ofiar spinkę do mankietów z inicjałami PIJ. Czy potrójna śmierć w hotelu Bloxham ma związek ze sprawą Jennie? Klucz do rozwiązania tej makabrycznej zagadki tkwi w odległej przeszłości. Nie wdając się w szczegóły napiszę tylko, że kilkanaście lat wcześniej jedna plotka nieodwracalnie zniszczyła życie kilku osób. Nemezis długo czekała, ale w końcu nadeszła.

Sophie Hannah – na wzór Agathy Christie – stworzyła naprawdę zawikłaną intrygę. Mnożą się zagadki, niektóre ścieżki prowadzą na manowce, tropy pozostają nieczytelne – aż do spektakularnego finału. Dochodzenie prowadzi Herkules Poirot. Jego towarzyszem (i narratorem powieści) jest Edward Catchpool ze Scotland Yardu, niepewny, wiecznie mający poczucie winy i dręczony przez wspomnienia policjant.

A jednak „Inicjały zbrodni” to nie jest dobra powieść – a ściślej ujmując, nie jest dobra, jeśli rozpatrywać ją w kontekście powieści Królowej Kryminałów. Przede wszystkim zbezczeszczenie zwłok i ułożenie ich w określonych pozycjach przywodzi raczej na myśl współczesne thrillery. U Christie morderca postępował w taki sposób niezmiernie rzadko (przypomina się tylko „Kieszeń pełna żyta” i biedna Gladys Martin z klamerką na nosie), zwykle tworzenie „scenografii” na miejscu zbrodni miało bardzo wyrazisty cel (jak choćby w „Morderstwie w Boże Narodzenie”, „Morderstwie w Mezopotamii” czy „Nocy w bibliotece”), tak samo jak masakrowanie zwłok. To, co zaproponowała Sophie Hannah, nie jest
elementem rodem z kryminałów Christie.

Jeśli idzie o „zmartwychwstałego” Herkulesa Poirota, na pierwszy rzut czytelniczego oka mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z belgijskim detektywem jak żywym. Jednak z kolejnymi rozdziałami Poirot nieoczekiwanie staje się tak irytującą postacią, że miałoby się ochotę zdrowo nim potrząsnąć. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te irytujące cechy, w które Christie wyposażyła swojego bohatera, tu zostały niepotrzebnie wyolbrzymione, a przez to detektyw jawi się jako własna karykatura.
 Wydawałoby się, że stosunkowo łatwo odtworzyć tak charakterystyczną postać jak Poirot – wskazać jego imponujące wąsy, pochwalić szare komórki (Hannah przypomina o nich do znudzenia), podkreślić umiłowanie symetrii, użyć w dialogach francuskich wtrętów. Okazuje się, że to nie takie proste. Inaczej mówiąc, uważny czytelnik bez problemu zauważy, że Poirot z „Inicjałów zbrodni” to Poirot farbowany. Szczytem absurdu jest scena, w której belgijski detektyw przesłuchuje sto osób na raz w hotelowej sali restauracyjnej (wygląda to tak, jakby był prowadzącym w jakimś idiotycznym teleturnieju).

W powieści zupełnie brakuje też klimatu opisywanych lat dwudziestych. Czy można się temu dziwić? Chyba nie – Christie pisała o czasach, w jakich żyła, o ludziach, których prototypy widziała na co dzień. Często dla nas, współczesnych czytelników, wyłapywanie takich „smaczków” mówiących o epoce jest częścią przyjemności lekturowej. W „Inicjałach zbrodni” tego niestety nie uświadczmy.

Jednak mój największy zarzut dotyczy intrygi. Agatha Christie wikłała swoje niesłychanie – i Sophie Hannah poszła jej śladem (brawo). A jednak u Królowej Kryminałów – zwodzącej czytelnika aż do finału - koniec końców rozwiązanie zazwyczaj okazywało się naprawdę proste (a czytelnik zastanawiał się: „Jak mogłem na to nie wpaść! Przecież to oczywiste!”). Wystarczyło tylko odrzucić jedno czy dwa mylne założenia i tropy, a wszystko zaczynało dokładnie do siebie pasować – niczym w puzzlach. Sophie Hannah namotała tak, że chyba bardziej już się nie dało, a w dodatku nie podsunęła czytelnikowi niektórych wskazówek (Christie raczej sobie na to nie pozwalała).

Rozwiązanie w „Inicjałach zbrodni” wydaje się po prostu mocno przekombinowane. Na marginesie – czytając powieść Sophie Hannah, zacząłem się zastanawiać, kiedy ekscytacja i napięcie związane z odkrywaniem mordercy („o rany, zaraz poznam rozwiązanie”) zmieniają się w znużenie i irytację („rany, ile jeszcze? Mogłoby już wyjść na jaw, kto zabił”). Mam tu na myśli końcowe wyjaśnienie. Dodam tylko, że słynne przedstawienie Poirota, w którym słynny detektyw gromadzi wszystkich podejrzanych (jak również charakterystyczny epilog z wyjaśnieniem pozostałych wątpliwości w mniejszym gronie) zajmuje w tej książce sporego formatu blisko siedemdziesiąt stron. A znudzony czytelnik przewraca kolejne kartki i tłumi uwłaczające kryminałowi ziewnięcia…

 Paradoksalnie, „Inicjały zbrodni” zapewne by się broniły jako kryminał – gdyby nie powstały pod patronatem Agathy Christie. To właśnie wystawia powieść Sophie Hannah na porównania i w pewnym sensie pozbawia ją własnego głosu (bo każde odstępstwo od stylu Christie może być uznane za niedociągnięcie). Innymi słowy, gdyby recenzować tę powieść jako „samodzielne” dzieło Hannah, zapewne w ostatecznym rozrachunku wypadłaby lepiej.

Przy lekturze takich utworów jak „Inicjały zbrodni” musi pojawić się pytanie o sens tworzenia kontynuacji. Skąd nagła zgoda spadkobierców Christie na dopisywanie kolejnych tomów do zamkniętego cyklu? Chyba nie trzeba być Poirotem, żeby dojść do oczywistego, acz mało eleganckiego wniosku, który pominę tu milczeniem. Tylko co z czytelnikami, zawiedzionymi, że powieść Sophie Hannah niewiele ma wspólnego z dziełami Królowej Kryminałów? A już chyba najmniej się liczy w tym wszystkim sama Agatha Christie. Przecież to nie jest pisarka, którą trzeba by przypominać – o niej nadal się pamięta (czego dowodzą kolejne wydania jej powieści na całym świecie, a także liczne ekranizacje).


Szkoda, że dopisywany jest tak niepotrzebny i marny rozdział do tej wielkiej legendy literatury kryminalnej.


Autor recenzji - misiak297. Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka.

3 komentarze:

  1. Czytałam kilka recenzji i nie - kompletnie nie jestem przekonana. Raczej na pewno nie sięgnę po tą powieść.

    http://booklovinbypas.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Niektórym czytelnikom książka się podoba. Chyba sedno leży w tym, jak bardzo ktoś jest oczarowany kryminałami samej Agathy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Agathę uwielbiam.
    Nie wiem co sądzić o "tej" książce. Tyle różnych opinii, a ja ciągle niezdecydowana czy ją przeczytać. Trochę się obawiam...

    OdpowiedzUsuń