wtorek, 9 września 2014

"Inicjał zbrodni" i deser inspirowany twórczością Agathy

Blog kulinarny "Łakomym okiem" niezmiennie wywołuje u mnie ślinotok. A już zwłaszcza wtedy, gdy jego autorka - Ola, bierze się za pichcenie zainspirowana ... książką. Zapraszam do lektury i kuchennych eksperymentów.



Bałam się sięgnąć po tą książkę, a jednocześnie mnie kusiło. Mówi się, że niektóre serie powinny pozostać zakończone. Dopisywanie książek przez innych autorów się nie sprawdza. Pamiętam, jak w dzieciństwie rozczarowały mnie rozliczne kontynuacje „Pana samochodzika”. Nie dorastały do pięt oryginałowi. Seria o Herkulesie Poirot wyróżnia się wg mnie na duży plus wśród książek Agathy Christie. Nie tylko zbrodnia i skomplikowana intryga, ale i wątek psychologiczny, a przede wszystkim społeczny! Uwielbiam te barwne postacie i odniesienia obyczajowe. Któż nie chciałby zapijać herbatkę z porcelanowych filiżanek w salonie, zamiast pędzić każdego dnia z wywieszonym językiem do pracy? Pytanie raczej retoryczne. To tak jak z książkami Jane Austin – przenoszą nas do innego, eleganckiego świta. Również sfilmowana seria Poirota z Davidem Suchetem to dla mnie czysta przyjemność i relaks estetyczny. Gdy więc dowiedziałam się, że spadkobiercy spuścizny Agathy Christie wyrazili zgodę na opublikowanie nowej przygody słynnego detektywa autorstwa współczesnej brytyjskiej pisarki Sophie Hannah, miałam mieszane uczucia. Zaczęłam czytać „Inicjały zbrodni” z nastawieniem na nie. Porównywałam i porównywałam, co by było inaczej i oczywiście lepiej, gdyby faktycznie napisała tą książkę sama Christie. I tak było gdzieś do jednej trzeciej książki. A potem… wciągnęłam się, przestało mi to przeszkadzać. Niektóre fragmenty nadal uważałam za przesadnie odnoszące się do oryginału, np. ciągłe napomknięcia przez Poirota o „małych szarych komórkach”, ale minął mi przymus ciągłego porównywania. Przemieszczałam się po przedwojennym Londynie i brytyjskiej prowincji z niemałą przyjemnością i z zaskoczeniem odebrałam zakończenie. Było zatem dobrze, idealnie żeby rozpocząć jesień z książką!


 


Żeby pozostać w książkowym klimacie polecam Wam dziś prosty deser czekoladowy o niepoprawnej politycznie nazwie „murzyn w koszuli”. Nie mniej nie więcej pochodzi on z książki Agaty Christie „Niedziela na wsi”. Poszperałam w sieci i przepis znalazłam tu. Popularny w Wielkiej Brytanii jak i w Austrii, gdzie nawet pewne frakcje polityczne starały się zmienić mu na siłę nazwę. Niezależnie od nazewnictwa polecam na jesienne wieczory z książką, gdy zaczyna nas znów brać zapomniana podczas lata chętka na czekoladę;-) .

A sam przepis znajdziecie TUTAJ.

6 komentarzy:

  1. Ja się swego czasu rozczarowałam kontynuacją "Rebeki" Daphne du Maurier. Cieszę się, że tym razem to nie ten przypadek:) "Smakowita" ta recenzja:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie, że taka fanka jak ty uznała tę książkę za dobrą:)
    Bo sama jestem tej ksiażki bardzo ciekawa!
    Choć oczywiście na pewno będę porównywała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kilka fragmentów wydało mi się słabych i rozwlekłych, ale reszta ok, zresztą Agatha też miała swoje gorsze momenty:)

      Usuń
  3. Z niecierpliwości, aby książkę dorwać w swe ręce przebieram już nogami!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Z ogromną ochotą przeczytam, choć nie jestem do końca przekonana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka już zamówiona, nie mogę się doczekać :) Przeczytam i będę porównywała : A co? :D

    OdpowiedzUsuń