niedziela, 8 czerwca 2014

A poza intrygą...

 Obecnie panuje moda na kryminały skandynawskie - opasłe, z rozbudowanym tłem obyczajowym, makabrycznymi, mrożącymi krew w żyłach zbrodniami, pościgami za maniakalnym sprawcą. Jednocześnie na księgarniane półki nadal trafiają wydawane na nowo powieści Agathy Christie - niekwestionowanej Królowej Kryminału. Jeśli mamy więc ochotę na lekturę o morderstwie wynikłym z bardzo konkretnego (a nie tak mglistego, jak cudza psychopatia) motywu, przeprowadzonym również konkretnie i szybko (jakiś arszenik czy mniej zawodny cyjanek, jakiś pojedynczy cios w głowę czy pchnięcie nożem, a nie długie dręczenie bezbronnej ofiary), zamiast sensacyjnej sieczki zaś wybralibyśmy raczej mozolne układanie poszlak niczym puzzli - Christie nada się doskonale. Można wybrać na przykład bardzo dobrą powieść "Pani McGinty nie żyje". 

Mieszkańcy Broadhinny, małej i niczym niewyróżniającej się angielskiej miejscowości, byli zszokowani, kiedy brutalnie zamordowano Abigail McGinty - może wścibską, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwą starszą panią, która w ostatnich latach sprzątała w cudzych domach. Lokator denatki, antypatyczny James Bentley, szybko został oskarżony o dokonanie tej zbrodni i skazany. Jednak nadinspektor Spence ma wątpliwości co do jego winy - prosi więc niezrównanego Herculesa Poirota o pomoc. Genialny mały Belg podejmuje się prywatnego śledztwa i ujawnia nowe, zaskakujące szczegóły. Wkrótce wina Bentleya przestaje być oczywista, a prawdziwy morderca uderza raz jeszcze. Ci, którzy twierdzą, że "Mieszkańcy Broadhinny to wszyscy bardzo przyzwoici ludzie"[1], będą musieli zweryfikować swoje przekonanie.

Agatha Christie - powtórzę - jest niekwestionowaną Królową Kryminałów. Zawikłana intryga w "Pani McGinty nie żyje" poprowadzona została wyśmienicie, pełno tu mylnych tropów i zaskakujących zwrotów akcji. Napięcie narasta, a finał jak zwykle zaskakuje. Jednak warto zwrócić też uwagę na inne atuty tej powieści, które zazwyczaj umykają czytelnikom zajętym pasjonującą zagadką kryminalną albo przynajmniej wydają się mieć znaczenie drugorzędne - doskonale prowadzoną narrację, wartkie dialogi, świetnie zbudowane sceny, ciekawe postaci (Ariadna Oliver będąca alter ego pisarki, odpychający James Bentley, który przywodzi na myśl późniejszego Normana Batesa z "Psychozy" Roberta Blocha, nieporadna, ale sympatyczna Maureen Summerhayes, zahukana przez despotyczną matkę Deirdre Henderson).

Warto zauważyć, że "Panią McGinty..." można również czytać pod kątem ciekawostek ukazujących dawne realia czy postawy. Agatha Christie opisuje bowiem świat miniony - powojenną Anglię. Nie są to dobre czasy, panuje kryzys i bieda. Powracający z Indii i dość nieporadni Summerheysowie żyją z wynajmu pokojów w swym rozlatującym się domu. Po wojnie nie sposób też znaleźć dobrych służących, zwykle jest się skazanym na cudzoziemców, do których tzw. "przyzwoici mieszkańcy Broadhinny" podchodzą z dużą nieufnością. Nieco łaskawiej, choć też podejrzliwie, traktują przyjezdnych, którzy osiedlili się w miasteczku po wojnie - wszak nie można mieć pewności, czy naprawdę są tymi, za których się podają. Wojenna zawierucha sprawiła, że stosunkowo łatwo było zmienić tożsamość i zacząć nowy rozdział życia zupełnie gdzieś indziej (podobne spostrzeżenia odnajdziemy w wydanym parę lat wcześniej "Morderstwo odbędzie się..." z panną Marple). Z innych smaczków - konkubinat wzbudza oburzenie (zmarła tytułowa bohaterka zrezygnowała z jednej z posad, gdy wyszło na jaw, że zatrudniająca ją para żyje ze sobą bez ślubu). Okazuje się też, że metody sprzedaży nie zmieniły się za bardzo od sześćdziesięciu lat - marketing i wtedy miał się dobrze. Spójrzcie na wypowiedź pana Scuttle'a z biura nieruchomości:

"[James Bentley] Wydawał się całkiem uczciwym człowiekiem i tak dalej. Ale pojęcia nie miał o sprzedaży. Wręcz nie potrafił nic zaoferować. A w naszej branży to konieczne. Jeśli przychodzi do nas klient z domem na sprzedaż, po to jesteśmy, by go sprzedać. Jeśli poszukuje domu, znajdujemy mu dom. Jeśli jest to dom stojący na pustkowiu i pozbawiony wszelkich uroków, podkreśla się jego starożytność, nazywa domem z epoki... i nie wspomina o kanalizacji! A jeśli okna wychodzą na gazownię, mówi się o wyposażeniu, a nie wspomina się o widoku. Wciska się go klientowi i... po to tu jesteśmy. Mamy takie różne sposobiki. »Radzimy pani, madame, natychmiast złożyć ofertę. Pali się do tego pewien członek parlamentu... dom bardzo mu się podoba. Dziś po południu wybiera się jeszcze raz go obejrzeć«. Biorą się na to za każdym razem. Członek parlamentu to bardzo dobry chwyt"[2].

 Uśmiechnęliście się? Cóż, uśmiech będzie wam często towarzyszył przy lekturze tej powieści - bo choć generalnie świat przedstawiony jest ponury, nie brakuje tu błyskotliwego humoru. Biedny Hercules Poirot, przyzwyczajony do komfortu, cierpi prawdziwe męki w - eufemistycznie mówiąc - skromnym pokoju wynajętym u Summerhayesów. Jeszcze bardziej cierpi jego miłość własna - poczciwa gospodyni nie wie, z kim ma do czynienia. Bierze belgijskiego detektywa za fryzjera, a jego oryginalne nazwisko (jak sądzi - greckie) kojarzy jej się z nazwą pikli. Maureen Summerhayes ma też osobliwe poglądy na sprawę śmierci pani McGinty, swej dawnej sprzątaczki:

"Oczywiście była trochę wścibska. Przeglądała listy i takie tam. Ale na to człowiek jest przygotowany. Przecież one [tzn. sprzątaczki] mają takie szare życie, nieprawda? (...) Wiecznie na kolanach przy szorowaniu. A potem, kiedy przychodziła rano, sterty cudzego zmywania w zlewie. Gdyby mnie to co dzień czekało, odczułabym właściwie ulgę, gdyby mnie kto zamordował. Słowo daję"[3]. 

Szczególnie ciekawe są fragmenty, w których występuje Ariadna Oliver - nie jest tajemnicą, że w tej postaci Christie sparodiowała samą siebie i pokazała trudności, z jakimi musi borykać się autor kryminałów. Pani Oliver obżera się jabłkami, nie znosi wystąpień publicznych, musi się tłumaczyć ze swoich powieściowych pomyłek, a także odczuwa niechęć do stworzonego przez siebie cudzoziemskiego bohatera, którego pokochały miliony czytelników. Niewątpliwie powyższy cytat poświęcony fińskiemu detektywowi obrazuje stosunek Christie do jej ekscentrycznego Poirota:

 "Skąd mam wiedzieć, dlaczego w ogóle wymyśliłam tego obrzydliwego typa? Musiałam zwariować. Dlaczego Fina, kiedy nic nie wiem o Finlandii? Dlaczego wegetarianina? Po co te jego wszystkie dziwactwa? Takie rzeczy po prostu się zdarzają. Próbujesz kogoś... ludziom chyba się spodoba... więc ciągniesz to dalej i zanim się zorientujesz, wleczesz za sobą do końca życia kogoś tak doprowadzającego do szału jak Sven Hjerson. A ludzie nawet piszą, jaki człowiek musi być do niego przywiązany. Przywiązany? Gdybym w życiu spotkała tego chudego pokrakę, tego trawożernego Fina, popełniłabym lepsze morderstwo, niż kiedykolwiek wymyśliłam"[4].

 Ktoś może zapytać - po co sięgać ponownie po kryminały, skoro doskonale pamięta się, kto zabił i jak detektyw doszedł do właściwego rozwiązania? Właśnie dla ich innych zalet! Których w "Pani McGinty nie żyje" nie brakuje. Jak większość kryminałów Agathy Christie, i to jest lektura wielokrotnego użytku!





---
[1] Agatha Christie, "Pani McGinty nie żyje", przeł. Ewa Życińska, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1991, s. 81.
[2] Tamże, s. 48.
[3] Tamże, s. 36.
[4] Tamże, s. 156.

Recenzja pochodzi z portalu Biblionetka.
Recenzja jest dodana za wiedzą i zgodą Autora.

1 komentarz:

  1. Książkę kiedyś czytałam. Jak wszystkie z Herkulesem, mnie zachwyciła. Agatha była i pozostaje nadal Królową.
    Film jeszcze przede mną.

    OdpowiedzUsuń