czwartek, 31 stycznia 2013

Mężczyzna w brązowym garniturze

Wszyscy namawiali mnie, abym opisała tę historię. Nalegali i ci najznamienitsi (na przykład lord Nasby), i ci mniej ważni, jak nasza dawna służąca Emily, którą spotkałam podczas mojego ostatniego pobytu w Anglii. („Proszę pomyśleć, panienko, jaką przepiękną książkę mogłaby panienka napisać. Przecież ta historia jest zupełnie jak z filmu.”)
Muszę przyznać, że posiadam wszelkie kwalifikacje, aby sprostać temu zadaniu. Byłam zamieszana w całą sprawę od samego początku, przez cały czas znajdowałam się w centrum wydarzeń, wreszcie triumfalnie doprowadziłam ją do końca. Ponadto tak się szczęśliwie złożyło, że te epizody, których nie mogłabym opisać na podstawie własnych przeżyć, doskonale uzupełnia dziennik sir Eustachego Pedlera. Sir Pedler bardzo uprzejmie pozwolił mi wykorzystać swoje zapiski.
A więc do dzieła. Anna Beddingfeld zaczyna opowieść o swoich przygodach.
  Fragment pochodzi z książki pt. "Mężczyzna w brązowym garniturze" autorstwa A. Christie wydanej w 1999 roku przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Kto z nas nie marzył kiedyś o podróżach i przygodach? Wielu pewnie nadal marzy, nie każdemu jednak dane jest spełnienie tych marzeń. A dane ono było Annie Beddingfeld - córce znanego antropologa, biednej jak mysz kościelna dziewczynie z zabitej deskami dziury w Królestwie Brytyjskim. Po śmierci papy Anna rzuca się w wir przygód stawiając wszystko na jedną kartę i jakąż wspaniałą przygodę przeżywa!
Zupełnie przypadkiem na stacji kolejowej staje się świadkiem wypadku - mężczyzna stojący niedaleko niej na peronie, wystraszony widokiem kogoś, kogo Annie nie udało się dostrzec, niefortunnie usiłuje cofnąć się, żeby zapewne uciec, i wpada na tory i ginie. Doktor udzielający mu pierwszej pomocy wydaje się Annie podejrzany, a w dodatku odchodząc gubi kartkę, którą jak Anna sądzi wyjął z kieszeni denata. Na kartce zapisane są cyfry i nazwa, które Annie nie dają spokoju - postanawia rozwiązać zagadkę tajemniczego mężczyzny, a to prowadzi ją do niespokojnej, targanej zamieszkami Afryki  Południowej.
Ta książka to nie tylko kryminał, w dodatku dobry. To przednia książka przygodowa. Wir wydarzeń, cudowne scenerie Afryki Południowej naprawdę zapierają dech. Opisy przedstawione są po mistrzowsku - wcale nie są naszpikowane szczegółami, ale przyprawiają czytelnika  skręt narządów wewnętrznych z zazdrości, że nie jest się na miejscu i nie widzi się tego, co bohaterowie. Intryga jest dobrze zawiązana, a losy bohaterów poznajemy z zapisów w dzienniku głównej bohaterki i sir Eustachego Pedlera - współtowarzysza jej podróży. Mam nadzieję na więcej takich podróży literackich w tym roku!

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Dwanaście prac Herkulesa



Ostatnio przeczytałam książkę pod lekkim przymusem, ale z jakże wielką przyjemnością. Mowa o zbiorze krótkich opowiadań kryminalnych Agathy Christie pt. „Dwanaście prac Herkulesa”. Dlaczego pod przymusem? Ponieważ była to moja lektura szkolna. A dlaczego  z przyjemnością? Kryminały wielkiej Agathy czyta się tylko z przyjemnością!

Znany Herkules Poirot czuje, że staje się za stary na zagadki kryminalne, że nie ma już siły ich rozwiązywać. Planuje zakończyć karierę detektywa. Postanawia zrobić to w bardzo zjawiskowy sposób. Nawiązując do swojego imiennika, silnego i odważnego Herkulesa znanego z mitologicznych opowiadań, postanawia wykonać podobnie jak on dwanaście prac. Tym razem jednak do wykonania ich potrzebna będzie nie siła, lecz inteligencja i spryt. Ponad to zadania mają nawiązywać do prac znanych z mitologii.

Po raz kolejny, kryminał wspaniałej Agathy Christie, pozwolił mi przenieść się do Anglii pełnej zagadek. W zbiorze opowiadań znajdziemy wiele ciekawych spraw, które rozwiązuje Herkules Poirot. Mimo że każda z historii jest bardzo krótka, autorka każdą z nich wspaniale opisuje. Agatha Christie jest genialna w tworzeniu fabuły kryminałów. W jej książkach nie ma niedociągnięć, braków, rażących pomyłek. Wszystko jest idealne, na swoim miejscu. Tak było również i tym razem. Można by nawet określić to mianem perfekcji i z pewnością to wyrażenie nie będzie przesadą.

Książka jest napisana językiem nie z tej epoki. Jestem pewna, że niektórym będzie to przeszkadzać. Mnie natomiast bardzo się to podoba. Język jest bardzo ładny, słowa wyważone.  Warte uwagi wydaje mi się również nawiązanie do mitologii. Autorka zgrabnie wplata do historii zagadek rozwiązywanych przez Herkulesa, motywy prac jakie wykonywał mitologiczny bohater.

Zbiór opowiadań Agathy Christie uważam za książkę wartą przeczytania. Nie jest to może najlepsze dzieło z licznego dorobku artystycznego autorki, ale przyjemnie się ją czyta. Cieszy mnie również fakt, że jest to lektura szklona. Może dzięki niej młodzież zacznie czytać kryminały…? Jednak patrząc na reakcje osób z mojej klasy wątpię, żeby ktoś z nich przeczytał choć jeden kryminał po omówieniu lektury. Nadzieję jednak trzeba mieć.

Tytuł: Dwanaście prac Herkulesa
Autor: Agatha Christie
Wydawnictwo:  Dolnośląskie
Rok wydania: 2009

Kieszeń pełna żyta

- Herbata... Co u diabła?... Co pani podała w herbacie?... Pomocy!... Lekarza!...
Panna Grosvenor umknęła z gabinetu. Nie była już wyniosłą złotowłosą sekretarką. Odmieniła się nagle w przerażoną zwyczajną kobietę, która do cna straciła głowę. W pokoju maszynistek zaczęła krzyczeć przeraźliwie:
- Pan Fortescue dostał jakiegoś ataku!... Umiera!... Trzeba zaraz wezwać lekarza... Wygląda okropnie... Kona!
Reakcja była natychmiastowa i bardzo różnorodna.
- Jeżeli to epilepsja, trzeba mu włożyć korek w usta - doradziła panna Bell, najmłodsza z maszynistek. - Kto ma korek?
Nikt nie miał korka.
- W jego wieku najprawdopodobniej apopleksja - orzekła panna Somers.
- Musimy wezwać doktora. Niezwłocznie! - podchwyciła panna Griffith, ale tym razem nie dopisała jej zwykła zaradność, gdyż w ciągu całych szesnastu lat pracy panny Griffith nigdy nie trzeba było wzywać lekarza do biura.
Fragment pochodzi z książki pt. "Kieszeń pełna żyta" autorstwa A. Christie wydanej w 1997 roku przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.

"Kieszeń pełna żyta" to dość tragiczna historia rodziny Pana Fortescue. Pan Fortescue, bogaty przedsiębiorca, umiera nagle. Szybko okazuje się, że został otruty taksyną. Podejrzenia padają na jego młodą żonę i jej kochanka, ale w zasadzie pozostali członkowie rodziny i służba też są pod lupą policji. Sprawa się komplikuje, gdy w rezydencji Pana Fortescue, zwanej Domkiem pod Cisami, pojawiają się kolejne zwłoki. Nad sprawą pracuje inspektor Neele, a w sukurs przychodzi mu Panna Marple, która wyrasta nagle jakby spod ziemi.
Intryga, jak zwykle u Christie, jest dokładnie przemyślana i rozpracowana w taki sposób, byśmy przypadkiem nie domyślili się, kto stoi za nagłymi zejściami z tego świata kilku osób. Panna Marple, gdy wreszcie się pojawia, nie robi żadnego zamieszania, w sumie niewiele wiemy na temat tego, co robi, daje jednak niezwykle cenne wskazówki inspektorowi.
Kryminał trzyma w napięciu, ciekawi - i tego właśnie należy spodziewać się po Królowej Kryminałów, która żonglując różnymi  wątkami i tropami bawi się z nami w kotka i myszkę. I choć pałam głębokim uczuciem do niejakiego Pana H. Poirota, uważam "Kieszeń pełną żyta" za kawałek dobrej literatury na zimny styczniowy wieczór.

czwartek, 17 stycznia 2013

Zagadka Błękitnego Ekspresu


Wielkie pieniądze, cenne klejnoty, namiętność i chłodna kalkulacja, kradzież i morderstwo - to wszystko znajdzie czytelnik w kolejnej po "Morderstwie  w Orient Expresie" wagonowej historii jaka wyszła spod pióra Agathy Christie, a mianowicie w "Zagadce Błękitnego Ekspresu". 

Rufus Van Aldin, amerykański milioner nabywa niezwykle cenny naszyjnik z rubinów - jego ozdobą  jest jeden z największych i najsłynniejszych kamieni świata noszący nazwę Serce Płomienia. Klejnot stanowi dar dla jego córki Ruth, żony Dereka Ketteringa, przyszłego lorda Loconbury. Małżeństwo nie należy do najszczęśliwszych, to bardziej układ handlowy niż uczucie - Derekowi zależy tylko na pieniądzach żony a jej na arystokratycznym tytule, który uzyska z chwilą śmierci teścia. Van Aldin uważa jednak, że córka powinna się rozejść z mężem, tym bardziej, że ten ostatni ostentacyjnie zdradza ją z pewną tancerką. Wydaje się, że Ruth ulega namowom ojca, ale zanim oficjalnie zakończy związek udaje się na Riwierę. Podróż odbywa luksusowym francuskim pociągiem "Błękitny Ekspres" w którym los zetknie ją z miss Katarzyną Grey - niespodziewanie wzbogaconą Angielką, która wybiera się w odwiedziny do kuzynki mieszkającej w Nicei. Panie odbywają dosyć dziwną rozmowę, a kilka godzin później okazuje się, że Ruth Kettering została zamordowana a z jej przedziału zginął rubinowy naszyjnik.

Policja francuska ma więc pełne ręce roboty, ale na szczęście Błękitnym Ekspresem podróżował również Hercules Poirot, który co prawda zrezygnował już z kariery zawodowej, ale w tym wypadku włącza się do śledztwa.
Katarzyna Grey całkiem niespodziewanie dla siebie samej znajduje się w centrum wydarzeń - jako jedna z ostatnich osób widziała żywą Ruth, rozmowa jaką odbyły wniosła sporo do prowadzonego śledztwa, a poza tym Poirot z sobie tylko znanych powodów wciąga dziewczynę do prowadzonego śledztwa. Panna Grey to zamknięta w sobie, zrównoważona, spostrzegawcza i inteligentna młoda osoba. Potrafi łączyć fakty i udaje się jej, przynajmniej częściowo, rozwiązać zagadkę śmierci pani Kettering...
Swoją drogą mnie też się to udało;) 

"Zagadka Błękitnego Ekspresu" nie powaliła mnie na kolana - owszem powieść starannie skonstruowana, osadzona w realiach, Poirot jak zawsze w formie, chociaż jego zarozumialstwo sięga tutaj Himalajów, bohaterowie dopracowani, ale czegoś tu zabrakło... Powieść jest przegadana, miejscami miałam wrażenie, że czytam menu wytwornej restauracji a nie kryminał. Tak więc nawet Agacie Christie trafiało się pisać o niczym.

Być może trochę niższą ocenę tej książki spowodował fakt, że w ostatnich tygodniach przeczytałam dwie świetne książki tej autorki, a mianowicie "Morderstwo w Boże Narodzenie" i "Noc w bibliotece" i miałam trochę za bardzo wygórowane oczekiwania...

Jakby nie było - książka nie najgorsza, ale szału nie ma.

środa, 16 stycznia 2013

Morderstwo na plebanii


W wiosce St. Mary Mead wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Niemała w tym zasługa kilku starszych pań żywo interesujących się tym co się dzieje u sąsiadów - nawet Mosad i FBI razem wzięte nie mają takich mocy przerobowych jak pani Ridley, panna Wetherby, panna Hartnell i panna Marple. 
Niestety, panie nie mają zbyt wielkich możliwości wykazania się swoim wywiadowczym talentem, bo życie w wiosce jest przeraźliwie wręcz spokojne. Niejakie zamieszanie wprowadza jedynie ogólnie nielubiany właściciel Starego Dworu, pułkownik Protheroe - osobnik niezwykle trudny we współżyciu i apodyktyczny, z rodzaju tych, co to zawsze mają rację. Za pułkownikiem nie przepada również miejscowy proboszcz - do tego stopnia, że pewnej środy, wyraża pogląd "że każdy, kto zamorduje pułkownika Protheroe, odda światu wielką przysługę".  

Słowa proboszcza okazały się prorocze - następnego dnia późnym popołudniem w gabinecie proboszcza znalezione zostają zwłoki pułkownika. Gołym okiem widać, że popełniono morderstwo. Przybyły na miejsce przedstawiciel policji,  inspektor Slack rozpoczyna śledztwo, a na komisariat zgłaszają się dwie osoby przyznające się do popełnienia zbrodni.
Sprawa wydaje się zakończona, jednak panna Marple ma wątpliwości - jak się okazuje całkiem słusznie...

"Morderstwo na plebanii" to jeden z pierwszych kryminałów, których bohaterką jest Jane Marple. Poznajemy ją przez pryzmat opinii proboszcza i jego żony, inspektora Slacka i jego szefa pułkownika Melchetta oraz mieszkańców wsi. Początkowo nikt specjalnie się nie przejmuje uwagami starszej damy, jednak w miarę upływu czasu okazuje się, że panna Marple jest niezwykle bystrą obserwatorką, świetnie kojarzy fakty i wyciąga logiczne wnioski. Ma również własną "metodę śledczą", mianowicie uważa, że ludzie postępują według pewnych schematów, więc do każdego problemu można znaleźć wytłumaczenie analizując podobne przypadki z przeszłości.
Dodać należy, że panna Marple jest osobą niezwykle skromną, a swoje detektywistyczne sukcesy traktuje jako coś zupełnie zwyczajnego. Bywa niekiedy wścibska, jednak nie jest złośliwą plotkarą, co zaskarbia jej sympatię mieszkańców plebanii oraz pułkownika Melchetta. Na marginesie dodam, że jeszcze nie raz przyjdzie im się spotkać przy okazji spraw kryminalnych, chociażby wspomnieć sprawę morderstwa młodej fordanserki opisaną w tomie "Noc w bibliotece".

Kolejność czytania kryminałów Agathy Christie nie ma jakiegoś specjalnego znaczenia, bowiem każdy opisuje inną sprawę, jednak, jeśli ktoś nie zna jeszcze panny Marple to proponuję rozpocząć znajomość z nią od tego właśnie tomu.

środa, 9 stycznia 2013

Tajemnicza historia w Styles

Tytuł: Tajemnicza historia w Styles  
Tytuł oryginalny: The Mysterious Affair at Styles 
Saga: Herkules Poirot, tom I 
Autor: Agatha Christie
Wydawnictwo: Dolnośląskie; należące do Grupy Wydawniczej Publicat
Opis wydawnictwa:  
Klimat starej angielskiej posiadłości, rodzinne niesnaski i skandale, spalony testament i wiele mylnych tropów. Kto z domowników miał motyw, by otruć właścicielkę rezydencji Styles Court? Czy zbrodnię popełniono z namiętności, czy z chciwości?
 
Nad rozwikłaniem zagadki po raz pierwszy razem pracują - kapitan Hastings, marzący o tym, żeby być Sherlockiem Holmesem, i Herkules Poirot, który nie musi o tym marzyć.

 "- A widzisz, widzisz! - woła Poirot. - Nie warto szukać dowodów rzeczowych. Własny rozum powinien wystarczyć. Ale człowiek się cieszy, kiedy znajdzie potwierdzenie swoich domysłów. Ach, mon ami! Czuję się jak odrodzony. Tańczę! Skaczę!"*


Agathę Christie czytam nie od dziś. Królowa Kryminałów już od dawna ma moje głębokie przywiązanie, wdzięczność i zachwyt. Bo zachwyca nieodmiennie! Sięgając po jej książki zawsze można spodziewać się czytelniczej rozrywki na wysokim poziomie. Czasem bywa zdumiewająca i genialna, czasem po prostu dobra, a jeszcze czasem tylko niezła. Ale nigdy nie bywa słaba. Poważne faux paus w świecie literatury popełnia ten, kto Agathę Chrstie nazwie słabą pisarką.

"Tajemnicza historia w Styles" to debiutancka powieść brytyjskiej autorki i pierwsza, w której pojawia się jeden z najsłynniejszych detektywów w kulturze - uroczy Herkules Poirot. Kiedy w wiejskiej posiadłości Styles Court zostaje otruta właścicielka - Emilia Inglethorp, podejrzenia skupiają się na jej mężu, który wzbudza ogólną niechęć domowników. Herkules Poirot jest jednak innego zdania i rozpoczyna swoje dochodzenie, w którym dzielnie towarzyszy mu jego najwierniejszy przyjaciel - kapitan Hastings.

Od pierwszej strony powieści zanurzamy się w typowy dla Agathy Christie klimat. Jest więc wiejska posiadłość, charyzmatyczna właścicielka, są domownicy i służba. Poznajemy ich wszystkich oczami narratora, którym Christie uczyniła Hastingsa. Powoli wgłębiamy się w stosunki panujące wśród osób związanych z zamordowaną, wątki się zazębiają, tajemnice wychodzą na jaw, a wszystko kończy się błyskotliwym rozwiązaniem przedstawionym przez nieocenionego Poirota. Oś fabularna niczym nie zaskakuje, jest wizytówką charakterystyczną dla twórczości Christie.

Uwielbiam kreację Herkulesa Poirota, tak bardzo jak uwielbiam Sherlocka Holmesa. Ten mały, jajogłowy, pedantyczny Belg wzbudza we mnie pewnego rodzaju tkliwość i rozczula mnie swoim zamiłowaniem do symetrii, szarych komórek i długich wąsów. Tym razem było tak samo i fragmenty, które obfitują w opis jego zachowań są absolutnie najlepszymi w powieści. Niestety zabrakło mi trochę tego wyważonego Poirota, którego zdążyłam już poznać w innych kryminałach Christie. Tego, który siedział w fotelu i do pracy angażował tylko swoje szare komórki. Tym razem został zdominowany przez swoją dynamiczną połowę.

Nie mogę nic zarzucić intrydze, która oczywiście zaskakuje rozwiązaniem. Agatha Christie jest fenomenalna w rozwiązaniach zagadek - mimo tylu powieści na jej koncie, zawsze potrafi czytelnika zaskoczyć. Zawsze też droga rozumowania przedstawiana przez Poirota wydaje się łatwa i logiczna, czemu więc nigdy mnie samej nie udaje się odgadnąć tożsamości mordercy? Uwielbiam ten dreszcz niepewności, który towarzyszy mi do końca lektury. 

"Tajemnicza historia w Styles" nie trafi jednak na moją listę ulubionych kryminałów Christie - a wszystko przez bohaterów. Z żalem przyznaje, że żaden nie wzbudził we mnie zainteresowania, wszyscy wydawali się podobni do siebie, nudni, bezbarwni i wyjątkowo niesympatyczni. Zazwyczaj w powieściach Christie mam swojego ulubionego bohatera, który wzbudza we mnie większe emocje, który pozostaje mi bliski, nawet gdy okazuje się mordercą. Teraz tego zabrakło. 

Cenię sobie w książkach Christie jej błyskotliwe uwagi na temat rzeczywistości, trafny zmysł obserwacji ludzi, ich zachowań i namiętności. W "Tajemniczej historii w Styles" to wszystko zostało potraktowane tylko powierzchownie. W późniejszej twórczości Christie jest to zaznaczane dużo wyraźniej, pełniej, z większą wnikliwością.

Debiut Agathy Christie to powieść dobra - nie jest ani genialna ani szczególnie zachwycająca, ale prezentuje porządną intrygę, przedstawia szczególnego detektywa, a co najważniejsze pozwala zaobserwować, jak bardzo rozwinęła się twórczo Królowa Kryminałów w późniejszym czasie. Jej zmysł obserwacji się wyostrzył, warsztat wykształcił, a intrygi stały się jeszcze lepsze. Wniosek może być tylko jeden: książki Agathy Christie są jak wino - im starsze tym lepsze. 

Ocena: 3/5


------
*Cytat pochodzi z książki "Tajemnicza historia w Styles", wyd. Dolnośląskie.


Oryginalnie recenzja pojawiła się TUTAJ.

sobota, 5 stycznia 2013

Noc w bibliotece


Najbardziej chyba ogranym motywem jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju kryminały są zwłoki, które zjawiają się w bibliotece. Ciekawe, dlaczego akurat to pomieszczenie kojarzy się twórcom tak morderczo?
Tym razem "szczęśliwym" znalazcą zostaje emerytowany wojskowy, pułkownik Bantry, którego wczesnym rankiem służąca informuje, że w bibliotece znajdują się jakieś młode damskie zwłoki. Denatka jest nieco zmaltretowana, bowiem została uduszona, ale z całą pewnością nikt z domowników jej nie zna. Sensacyjna wiadomość szybko rozprzestrzenia się po okolicy a miejscowe plotkarki rozkoszują się snuciem domysłów na temat mordercy i jego motywów. Dosyć szybko powstaje teoria, że sprawcą jest sam pułkownik - co prawda do tej pory cieszył się nieposzlakowaną opinią, ale... Jego żona, oburzona tymi plotkami postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, a do pomocy wzywa starą przyjaciółkę, pannę Jane Marple.

To moje drugie spotkanie z miss Marple, ale pierwsze w "pełnym wymiarze", jako, że w czytanym przeze mnie kilka miesięcy temu "Zatrutym piórze" pojawiła się tylko w niewielkim epizodzie.  I muszę się przyznać, że chociaż podziwiam niezmiennie intelekt Herculesa Poirot, to jakoś nie potrafię go polubić. Tymczasem w przypadku Jane Marple zaiskrzyło od pierwszej chwili - prawdziwa wiktoriańska dama, z zasadami, ale niezwykle sympatyczna. 

Intryga jak zawsze zawikłana, jak zwykle nie udało mi się zgadnąć kto jest sprawcą, ale bardzo miło spędziłam z tą książką trzy sobotnie godziny. 
I już się rozglądam za kolejnym tomem pani Christie:)

piątek, 4 stycznia 2013

Dziesięciu Murzynków



Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło –
I zostało tylko dziewięć.
Dziewięć małych Murzyniątek
Poszło spać o nocnej rosie,
Ale jedno z nich zaspało –
I zostało tylko osiem.
Rzekło osiem Murzyniątek:
Ach, ten Devon - to jest Eden,
Jedno z nich się osiedliło –
I zostało tylko siedem.
Siedem małych Murzyniątek
Chciało drwa do kuchni znieść;
Jedno się rąbnęło w głowę –
I zostało tylko sześć.
Sześć malutkich Murzyniątek
na miód słodki miało chęć,
Jedno z nich ukłuła pszczółka –
I zostało tylko piec.
Piec malutkich Murzyniątek
Adwokackiej chce kariery.
Jedno się odziało w togę –
I zostały tylko cztery.
Cztery małe Murzyniątka
Brzegiem morza sobie szły,
Jedno połknął śledź czerwony –
I zostały tylko trzy.
Trzy malutkie Murzyniątka
Poszły w las pewnego dnia;
Jedno poturbował niedźwiedź –
I zostały tylko dwa.
Dwu malutkim Murzyniątkom
W słońcu minki coraz rzędną...
Jedno zmarło z porażenia –
I zostało tylko jedno.
Jedno małe Murzyniątko
Poszło teraz w cichy kątek,
Gdzie się z żalu powiesiło –
Ot, i koniec Murzyniątek.
 Fragment pochodzi z książki pt. "Dziesięciu Murzynków" A. Christie wydanej przez Wydawnictwo Hachette w 2001 roku.

Do rezydencji na Wyspie Murzynków przybywa dziesięć osób: małżeństwo służących, nauczycielka, lekarz, sędzia, były policjant, stara dewotka, generał, młody gniewny i podejrzanej nieco proweniencji typek. Przybywają na zaproszenie Pani Owen lub Pana Owena, podpisujących się najczęściej U.N. Owen. Niektórzy z nich przyjeżdżają, ponieważ mają rozpocząć pracę, inni spotkać starych znajomych. Na miejscu okazuje się, że właścicieli nie ma, dotrą następnego dnia. Goście zostają poczęstowani obiadem, a na stole zauważają dziesięć uroczych figurek Murzynków. Potem podczas poobiedniego poczęstunku wysłuchują oskarżenia. Tajemniczy głos oskarża każdego z nich o popełnienie morderstwa lub przyczynienie się do czyjejś śmierci. Niedługo potem jeden z nich umiera zadławiwszy się. Goście orientują się dość szybko, że są w niebezpieczeństwie, a następujące jedno po drugim morderstwa mają wiele wspólnego z wierszykiem o Murzynkach. Tymczaem ze stołu znikają kolejne figurki...

Uważanych za najlepszą książkę w dorobku Christie "Dziesięciu Murzynków" nosi wszelkie znamiona arcydzieła w dziedzinie kryminału. Izolacja, różne tropy, wewnętrzne monologi dają pole do popisu dla talentów detektywistycznych czytelników. Choć jak zwykle zakończenie jest zaskakujące.

Gdy tylko przeczytałam książkę, nie mogłam się powstrzymać od porównania z "Siedem", tym filmem. Pamiętam jak swego czasu nie mogłam wyjść z podziwu dla geniuszu scenarzysty. Kolejne zbrodnie nawiązujące do 7 grzechów głównych, umiejscowienie w tym autora tychże, wydało mi się po prostu idealne. Teraz już mam pewność, że znam ulubioną książkę tego scenarzysty, ponieważ intryga "Dziesięciu Murzynków" jest perfekcyjna.

wtorek, 1 stycznia 2013

Entliczek pentliczek


Poirot przymknął oczy. W wyobraźni dostrzegał ni mniej, ni więcej, tylko kalejdoskop. Kawałki pociętych apaszek i plecaków, książki kucharskie, szminki, sole kąpielowe, imiona i miniaturowe portrety różnych studentów. Żadnej spójności czy uszeregowania. Nie powiązane wypadki i osoby wirowały w przestrzeni. Ale Poirot dobrze wiedział, że gdzieś musi być jakiś wzór. Może więcej niż jeden. Może za każdym potrząśnięciem kalejdoskopu otrzymywało się inny wzór… Problem polegał na tym, skąd zacząć…
Otworzył oczy.
— Sprawa wymaga przemyślenia. Głębokiego przemyślenia.
— Och, z całą pewnością, monsieur Poirot — zgodziła się gorliwie pani Hubbard — z pewnością też nie chciałabym sprawiać panu kłopotu.
— Nie sprawia mi pani kłopotu. Jestem zaintrygowany. Ale podczas gdy ja oddam się rozmyślaniom, możemy rozpocząć pewne praktyczne działania. Na początek… Ten pantofelek, wieczorowy pantofelek… możemy zacząć od niego. Panno Lemon…

Fragment pochodzi z książki pt. "Entliczek pentliczek" autorstwa A. Christie wydanej w 2001 roku przez wydawnictwo Hachette. 

W pewnym pensjonacie dochodzi do serii zaginięć dziwnych, z pozoru niezwiązanych ze sobą w żaden sposób przedmiotów. Zmartwiona jest panna Lemon, sekretarka Poirota, a to dlatego, że pensjonat prowadzi jej siostra. Poirot przygląda się tej niby błahej sprawie i dochodzi do wniosku, że kryje się za tym coś znacznie poważniejszego. A tymczasem w pensjonacie dochodzi do morderstwa...

Tak to się pokrótce zaczyna. Pani Christie jak zwykle nie szczędzi nam różnych szczegółów, podaje różne tropy, my dajemy się porwać szalonej dedukcji, a na końcu i tak widzimy figę z makiem. Kryminał łyka się niczym najlepsze cukierki, bo akcja wciąga i to niesamowicie - autorka dobrze wie, co zrobić, by zaciekawić czytelnika. 

Mam jednak, po drugiej już przygodzie z książką Christie wydanej przez Hachette, zastrzeżenia co do wydania właśnie. Błędy zdarzają się każdemu i wszędzie, owszem, ale sugestia, że to siostra panny Lemon jest właścicielką pensjonatu, w którym dzieje się akcja powieści, nie powinna się przytrafić, zwłaszcza w opisie na okładce książki...