środa, 20 czerwca 2018

Zapamiętana śmierć


„(...) myślałem, że zmarli spoczywają w pokoju. Ale tak nie jest”[1]. 

W latach 40. Agatha Christie wydała parę powieści dość w jej twórczości niezwykłych. Postaci w nich występujące są wyjątkowo pogłębione psychologicznie, a one same mogą być rozpatrywane nie tylko jako świetne kryminały (czy może thrillery), lecz również jako pozycje obyczajowe, w których dramat bohaterów jest równie ważny, jak dokonana zbrodnia. To kolejno: „Pięć małych świnek”, „Godzina zero”, „Rosemary znaczy pamięć” i „Niedziela na wsi”. Dziś chciałbym napisać o tej trzeciej. 

W„Rosemary znaczy pamięć” przez większą część książki trudno mówić o akcji – najważniejsze pozostają sylwetki bohaterów i ich relacje z główną bohaterką, młodą kobietą, której urodziny – jak się okazało, ostatnie – obchodzono prawie rok wcześniej. Podczas przyjęcia w ekskluzywnej restauracji wypiła ona kieliszek szampana doprawionego cyjankiem. Przyjęto wersję o samobójstwie, mówiono o depresji pogrypowej, ale jaka jest prawda? 
„Rosemary oznacza pamięć. Jak okrutnie to było prawdziwe. Śmierć nie miała sensu, jeśli zmarły wciąż żył w myślach innych ludzi. To właśnie robiła Rosemary”[2]. 
O denatce rozmyśla pięć osób – jej młodsza siostra Iris Marle, sekretarka jej męża Ruth Lessing, dawniej zakochany w niej mężczyzna – Anthony Browne, jej kochanek Stephen Farraday, żona Stephena – Alexandra, i wreszcie mąż Rosemary, George Barton. Christie nakreśliła ich sylwetki oraz emocje ze zdumiewającą prawdą psychologiczną. Iris zawsze żyła w cieniu siostry. Rosemary podziwiano, Iris po prostu była. W młodszej siostrze narastała zazdrość, poczucie niesprawiedliwości 

(„Ona zawsze miała wszystko! Przyjęcia, suknie, zakochanych młodych mężczyzn, uwielbiającego ją męża. Jedyną niemiłą rzeczą, jaka się jej przytrafiła, była grypa! I nawet to nie trwało dłużej niż tydzień!”[3])

Ruth (która „była instytucją, praktycznie członkiem rodziny”[4]) szczerze nienawidziła Rosemary – za traktowanie z góry, za unieszczęśliwianie George'a. Anthony Browne (postać jakby wyjęta z kryminałów Chandlera) uważał swoją dawną ukochaną za głupią gęś. Stephen Farraday – nadzieja brytyjskiej polityki - wybuchł wielką namiętnością dla niej, ale siła uczuć kochanki w końcu zaczęła go przytłaczać, podobnie jak jej absurdalne żądania i bzdurne marzenia. Alexandra nienawidziła Rosemary równie gwałtownie, jak kochała małżonka. Nawet George Barton, choć darzył miłością swoją piękną, pełną życia żonę, po owdowieniu odczuł przede wszystkim ulgę. Christie w przejmujący sposób poruszyła tu najróżniejsze tematy – siostrzanej rywalizacji, skomplikowanych meandrów miłości, siły małżeńskiego uczucia, które ostatecznie pokonuje wszelkie przeszkody (ten motyw powraca w wielu jej powieściach z uwagi na traumę, przez którą sama przeszła), bezkompromisowej macierzyńskiej miłości (kolejną świetnie nakreśloną postacią jest ciocia Lucilla Drake – oddana, sympatyczna, bezwolna i zaślepiona). To robi wrażenie! 

A Rosemary? Jest femme fatale, jedną z wielu – obok Luizy Leidner, Linnet Doyle czy Karoliny Crale – w powieściach Christie. Iris sądziła, że siostry trzymało się szczęście. Jej mężczyźni uważali ją za osobę może czarującą, ale w gruncie rzeczy pustą, trzpiotowatą. Kuzyn, Victor, dość trafnie ją podsumowuje: 
„Rosemary jest potwornie głupia, zawsze taka była. Śliczna jak rajski ptak i głupia jak królik. Mężczyźni zakochują się w takich jak ona, ale nigdy z nimi nie zostają”[5]. 
Sama Rosemary jawi się jako kobieta niezbyt lotna, ale wrażliwa, dźwigająca brzmię własnego dramatu. Nie była szczęśliwa, wbrew temu, co o niej sądzono. To kolejna ciekawa postać w tej powieści. 

„Rosemary znaczy pamięć” nie zawodzi jako kryminał. Zwroty akcji są niespodziewane, a rozwiązanie zaskakuje. Ale najlepsze jest w tej książce ukazanie osób zamieszanych w cudzą śmierć. Christie zwykle aż tak nie wgłębiała się w psychikę postaci, wszak najbardziej liczyła się intryga, wszystko było jej podporządkowane. Tu jest inaczej. I łatwo można dojść do wniosku, że zbrodnia to również dramat, a także kotłowanina emocji tych, co zostali – i muszą żyć w cieniu czyjejś tragicznej śmierci. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Rosemary znaczy pamięć”, przeł. Agnieszka Bihl, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1999, s. 135. 
[2] Tamże, s. 74. 
[3] Tamże, s. 14. 
[4] Tamże, s. 32. 
[5] Tamże, s. 44-45. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorem jest Misiak297

czwartek, 14 czerwca 2018

"Morderstwo na polu golfowym", a także quiz!



„Morderstwo na polu golfowym” to jedna z pierwszych książek Agaty Christie, a jednocześnie druga, w której występuje Herkules Poirot. Styl literacki pisarki w tym czasie się szlifował, ale był już całkiem niezły. Agata była młodą mężatką i matką, chociaż nie dotknęły jej jeszcze żadne traumatyczne, osobiste wydarzenia, ale w małżeństwie nie było już dobrze, a poza sporo już widziała w związku  z nie tak dawno zakończoną I wojną światową. Miała na tyle doświadczenia, że już w tej powieści psychologia jest bez szwanku. Wyśmienitym obserwatorem życia była chyba od urodzenia.

    Wszystkie cechy charakterystyczne jej pisarstwa są już doskonale widoczne. Morderstwo zostało popełnione w wąskim gronie osób, konieczny jest więc doskonały zmysł obserwacji i dedukcji, aby móc rozwiązać zagadkę. Wiele postaci ma za sobą tajemniczą przeszłość, w której kryje się zagadka, mjaca związek z późniejszą zbrodnią. Herkules Poirot odkrywa prawdę właśnie dzięki umiejętności obserwacji i znajomości psychologii. W książce w porównaniu do innych powieści tej samej pisarki jest znacznie więcej mówienia, niż akcji. Poirot toczy z Hastingsem dysputy na temat morderstwa i różnorakich poszlak. Nie uznałabym tego za wadę, bo można dokładnie dowiedzieć się, w jaki to sposób doszedł do pewnych wniosków. Co absolutnie wyjątkowe – akcja w przeważającej części toczy się we Francji. No i Poirot nie działa sam, tylko bardzo ściśle współdziała z Hastingsem, niczym Sherlock Holmes i dr Watson. A niezależnie od tego, równolegle sprawę bada też i policja i inny prywatny detektyw, Francuz, który stosuje inne metody dedukcyjne, drobiazgowo bada ślady z miejsca zbrodni i zaczyna rywalizować z Poirotem.  



     A co do fabuły, to detektyw został poproszony listownie o pomoc przez niejakiego pana Renaulda, który obawiał się o swoje życie. Gdy Poirot z Hatingsem przybyli następnego dnia na miejsce, okazało się, że nadawca listu już nie żył. Jak wynikało z opowieści żony, do sypialni wtargnęli uzbrojeni bandyci, którzy obezwładnili małżonków, jej się udało przeżyć. Wiele poszlak wskazywało na to, że małżeństwo Renauldów było bardzo zgodne, ale szybko też wyszło na jaw, że do niego regularnie przychodziła kobieta,  robiąca wrażenie kochanki. Potem okazało się, że była też i duga kobieta, która tuż przed zbrodnia złożyła mu wizytę. Sprawy okazują się znacznie bardziej skomplikowane, niż się wydawało na początku.  



      Dialogi pomiędzy detektywem a jego przyjacielem zapadają w pamięć. Poirot wskazuje chociażby, jakie mogą ogólnie biorąc być przyczyny jakiegokolwiek morderstwa, czyli jakie uczucia są w człowieku aż tak silne, że mogą doprowadzić do takiego finału. Wylicza pieniądze, namiętność , no i ideę. Namiętność jest w takim kontekście, że można rozumieć ją i jako miłość i nienawiść i zazdrość. A idea to chociażby fanatyzm religijny.  Co ciekawe, jedną z poszlak, która pozwoliła detektywowi na ustalenie przebiegu zdarzeń było … zwrócenie uwagi na geny, a konkretnie na przodków pewnej osoby i przyjęcie, że pewne zachowania można odziedziczyć, czy jak kto woli, powielać.
     Sporo jest też humoru, a nawet i pewnej złośliwości, dzięki czemu czyta się jeszcze lepiej. Zakończenie jest zaskakujące, obstawiałam kogoś innego.  


Czy znacie dobrze Herkulesa Poirot? Tak?
Zapraszamy na quiz! :)



piątek, 8 czerwca 2018

Perfekcyjna Pani Domu na tropie zbrodni


„Pani McGillicuddy poszła prosto ku otwartym drzwiom salonu, gdzie oczekiwała ją pani domu – delikatna, sędziwa dama. – Elspeth! – Jane! Ucałowały się i pani McGillicuddy, bez żadnego wstępu czy wprowadzenia, wybuchła słowami: – Och, Jane! – poskarżyła się. – Widziałam morderstwo!”[1]. 
Elspeth McGilicuddy podczas podróży jest świadkiem przerażającej sceny: w pociągu jadącym sąsiednim torem mężczyzna dusi kobietę. Nie dostrzega jego twarzy, ale nie ma wątpliwości, co zobaczyła. Oczywiście obsługa pociągu jej nie wierzy – ot, starszej pani coś się przyśniło! Ciało rzekomej denatki nie zostaje znalezione. A jednak panna Marple jest przekonana, że jej przyjaciółka mówi prawdę. 

Sama nie może podjąć śledztwa w pełnym wymiarze, to przerasta już jej siły (jak pisze Christie z charakterystycznym dla siebie humorem: 
„rzeczywiście nie była młoda. Skoro doktor Hydock surowo zabronił wykonywania jakichkolwiek prac w ogrodzie, raczej nie zaaprobowałby pościgu za mordercą”[2])
Wynajmuje więc agentkę, a sama pozostaje w pobliżu, aby śledzić rozwój wydarzeń. Nieoceniona Lucy Eyelesbarrow – gospodyni doskonała – zatrudnia się w rezydencji Rutherford Hall, rodowej siedzibie Crackenthorpe'ów, i szuka śladów. Nadal trudno rozstrzygnąć, czy zbrodni dokonano w afekcie, czy została drobiazgowo przygotowana. Panna Marple wierzy raczej w tę drugą możliwość. Jak utrzymuje: 
„W pociągach jest coś bardzo anonimowego. Gdyby zabił tę kobietę w miejscu, gdzie mieszkała czy przebywała, ktoś mógł zauważyć, jak przychodził czy odchodził. Albo gdyby wywiózł ją gdzieś w głąb kraju, ktoś mógłby zauważyć samochód, jego numery i markę. Ale pociąg pełen jest wsiadających i wysiadających ludzi, zupełnie sobie obcych. W przedziale wagonu bez korytarza, sam na sam z nią, było to całkiem łatwe, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że doskonale wiedział, co ma zamiar później zrobić”[3]. 
Wkrótce Lucy rzeczywiście natrafia na zwłoki. Rozpoczyna się śledztwo. Tylko kim jest denatka? Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy wychodzą na jaw tajemnice rodziny Crackenthorpe'ów. Morderca uderza raz jeszcze… 

Akcja rozkręca się powoli, ale Christie wykorzystuje kolejne rozdziały na ciekawe sportretowanie bohaterów. Świetnie udała się postać Luthra Crackenthorpe'a, despotycznego staruszka, który właściwie lubi być inwalidą. Ciekawy wydaje się również jego syn Cedryk, malarz – pozujący na bardziej bezwzględnego, niż jest w istocie – oraz zięć Bryan Eastley, człowiek, który świetnie się sprawdził wśród wojennych niebezpieczeństw, ale pozostaje zagubiony w czasie pokoju („Bryan gdzieś się zatrzymał (…) został jakoś »wyprzedzony« przez upływające lata”[4]). Jego pełniejszy obraz daje inspektor Bacon: 
„Spotkałem już paru takich jak on. Można powiedzieć, że dryfują po świecie – za wcześnie zetknęli się z niebezpieczeństwem, ryzykiem i śmiercią. Teraz życie jest dla nich miałkie, miałkie i niesatysfakcjonujące. W pewnym sensie skrzywdziliśmy ich. Chociaż naprawdę nie wiem, co można było zrobić. Są samą przeszłością, bez przyszłości. I nie są z tych, co by nie korzystali z nadarzającej się okazji. Normalni ludzie instynktownie działają w granicach bezpieczeństwa, i to nie tyle z poczucia zasad moralności, co raczej z ostrożności. Ale ci się nie boją – w ogóle nie ma w ich słowniku czegoś takiego, jak bezpieczna gra”[5]. 
Interesującą osobą jest także Emma Crackenthorpe, nosząca w sobie przekleństwo bycia jedyną kobietą w rodzinie. Zakochany w niej doktor Quimper powie: „ma to instynktowne dążenie do uszczęśliwiania swoich mężczyzn”[6]. Świetnie wyszły też postaci drugoplanowe oraz epizodyczne: Aleksander Eastley i jego przyjaciel James Stoddard-West – chłopcy odgrywający dorosłych tak, że stają się tych dorosłych parodią, Harold i Alicja tkwiący w małżeństwie bez miłości (są ukazani w jednej scenie – jakże przejmującej!) czy rozplotkowana pani Kidder (na marginesie warto dodać, że w pierwszej ekranizacji tej powieści – „Murder, She Said” z Margaret Rutherford – zagrała ją Joan Hickson, która wiele lat później stworzy najbardziej odpowiadający książkowemu pierwowzorowi filmowy portret panny Marple. Sama Królowa Kryminału widziała ją w tej roli). 


Nie można też nie wspomnieć o pozostającej w centrum zdarzeń Lucy Eyelesbarrow – jednej z najciekawszych postaci kobiecych u Agathy Christie. Sama o sobie mówi, że jest „Pomocą Domową, Profesjonalną Gospodynią, albo Odpowiedzią na Modły, głównie tym ostatnim”[7]. To dziewczyna wyjątkowo błyskotliwa, ale też trzeźwo myśląca – wie, że najwyższa lokata na matematyce w Oxfordzie nie zapewni jej pieniędzy, o jakich marzy. Lubi pracę, nowe wyzwania, podróże. Zatrudnia się w jednym miejscu tylko na parę tygodni, aby sprawować nad nim odpowiedni nadzór. Oczywiście, pobiera za to sowite wynagrodzenie. Obecnie można by ją określić mianem doskonałej menadżerki. Gdyby istniała naprawdę, dziś zapewne prowadziłaby jeden z TVN-owskich reality show jako połączenie Magdy Gessler i Perfekcyjnej Pani Domu. 

„4.50 z Paddington” nie należy może do szczytowych osiągnięć Agathy Christie, ale to przyzwoity, sprawnie napisany kryminał. Coś w sam raz na umilenie wieczoru. Broni się i dziś – i przewyższa wiele współczesnych powieści reprezentujących ten gatunek: niepotrzebnie krwawych, przegadanych, często pozbawionych pomysłu na intrygę. Wiem, że jeszcze kiedyś wrócę do Rutherford Hall. To nie jest literatura jednorazowego użytku – bo oferuje dużo więcej niż intrygę kryminalną. 

A na koniec ciekawostka. Spójrzcie na ostatni fragment. Panna Marple i inspektor Craddock rozmawiają o potencjalnym zamążpójściu Lucy Eyelesbarrow:
„– Którego z nich wybierze? – spytał Dermot Craddock. – Nie wie pan? – Nie, nie wiem. A pani? – O, tak, myślę, że wiem – powiedziała panna Marple i mrugnęła do niego”[8].
Tu rozmowa się urywa – jakie to irytujące! W ekranizacji z 1987 roku wybrankiem Lucy zostaje Bryan Eastley, a w najnowszej – odpowiednik inspektora Craddocka. Sama Christie – jak wynika z jej notatek – widziała ją z Cedrykiem, ale to niczego nie przesądza, mogła zmienić koncepcję w trakcie pisania. Czy weselne dzwony nie miały czasem bić dla inspektora? 

Co oznaczało mrugnięcie panny Marple? Może dowiedzielibyśmy się, gdyby powieść była o jeden akapit – och, o kilka zdań chociaż! – dłuższa. Może nawet wystarczyłaby jedna linijka. Ta zagadka, niestety, nie została wyjaśniona, przynajmniej czytelnikowi – bo wierzę, że panna Marple poznała właściwą odpowiedź!


--- 
[1] Agatha Christie, „4.50 z Paddington”, przeł. Tomasz Cioska, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996, s. 12. 
[2] Tamże, s. 27. 
[3] Tamże, s. 52. 
[4] Tamże, s. 87. 
[5] Tamże, s. 104. 
[6] Tamże, s. 67. 
[7] Tamże, s. 113. 
[8] Tamże, s. 269. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka. Autorem jest Misiak297.

sobota, 2 czerwca 2018

Agatha Christie tajny agent? Zapraszamy na quiz!

Jak podało BOOKLIPS:
"Podczas drugiej wojny światowej szefostwo wywiadu w brytyjskim Security Service (Służba Bezpieczeństwa) zainteresowało się autorką kryminałów Agathą Christie, gdyż obawiano się, że posiada ona tajne informacje, o których istnieniu nie powinna wiedzieć. Wszystko za sprawą wydanej w 1941 roku powieści „N czy M?”.
Służby zainteresowało nazwisko jednej z postaci, występujących w książce. Chodziło o majora Bletchley’a, emerytowanego oficera armii indyjskiej, który twierdził, że zna sekrety różnych działań wojennych podejmowanych przez Brytyjczyków. Tymczasem właśnie w prawdziwej posiadłości Bletchley Park znajdowała się tajna siedziba kryptologów, którzy odczytywali m.in. szyfrogramy z Enigmy. Kiedy zainteresowano się znajomymi autorki, okazało się, że była ona bliską przyjaciółką Dilly’ego Knoxa, ówczesnego kierownika ośrodka. Security Service obawiało się, że Christie specjalnie nadała postaci nazwisko Bletchey, ponieważ Knox musiał przekazać jej jakąś wiedzę o postępie działań wojennych, opartą na planach Hitlera, które zdobyto z szyfrogramów." Więcej TUTAJ


Jak na tajnych agentów przystało, postaramy się zgadnąć, o jakim kryminale Agathy właśnie myślisz! 
Zapraszamy na Quiz!



niedziela, 27 maja 2018

Łatwo zabić, trudniej wykryć, najtrudniej opisać

Czy naprawdę łatwo jest pozbawić człowieka życia? Tak sugeruje tytuł jednej z tych powieści Lady Agathy, w których na zbrodniarza nie czatuje ani Herkules Poirot, ani panna Marple, tj. żadne z dwojga jej najlepszych detektywów. I w pewnym momencie rzeczywiście możemy dojść do takiego wniosku; no bo co, jeśli się okaże, że faktycznie wszyscy ludzie zmarli w krótkim czasie w jednej maleńkiej miejscowości zostali zamordowani?... 

Ale zacznijmy od początku. Oto „po zakończeniu zaszczytnej służby dla kraju”[1] w odległych koloniach powraca do Anglii Luke Fitzwilliam. Policyjna emerytura pewnie nie będzie zbyt wysoka, lecz Luke dysponuje dostatecznym kapitałem, by móc przeżyć w ojczyźnie kolejnych parę dekad (teraz ma zapewne czterdzieści kilka lat, przynajmniej takie sprawia wrażenie). Jeszcze nie wie, co będzie przez ten czas robił, lecz przypadek podsuwa mu zajęcie na najbliższe tygodnie: spotkana w pociągu starsza dama, która zwierza mu się ze swych podejrzeń co do popełnianych w jej miejscu zamieszkania morderstw, następnego dnia ginie w wypadku, a wkrótce potem w gazecie pojawia się nekrolog kolejnego mieszkańca Wychwood-under-Ashe. Fitzwilliam uznaje tę sekwencję zdarzeń za wysoce podejrzaną i udaje się na miejsce, by się rozeznać w sytuacji. Nie służy już w policji, nie jest zatrudniony jako detektyw, więc nie może wszcząć oficjalnego dochodzenia. Namówiony przez przyjaciela, postanawia wystąpić w roli etnografa zbierającego informacje o przesądach i wierzeniach związanych ze śmiercią. Ta mistyfikacja nie na wiele mu się zda, uzyskane dane coraz bardziej będą gmatwały tok śledztwa, a nieudolność samozwańczego detektywa (który na egzotycznych rubieżach imperium pełnił chyba głównie funkcje reprezentacyjne i może zajmował się jakimiś drobnymi wykroczeniami, zresztą sam przyznaje, iż „w Mayang nie zdarzały się seryjne zbrodnie”[2]) zacznie zagrażać nie tylko jemu… Na szczęście niemal w ostatniej chwili do akcji wkroczy nadinspektor Battle i udaremni zamiary kogoś, komu wcześniej udało się skutecznie wyprawić na tamten świat kilkoro ludzi. Motyw okaże się dość zaskakujący… ale chory mózg nie funkcjonuje przecież tak, jak mózgi tych, którzy go tropią, choć potrafi się doskonale maskować; natomiast pomysłowość i możliwości techniczne, jakimi wykazał się ten ktoś przy realizacji zbrodniczych zamysłów, zdają się nieco wyolbrzymione. Moje wątpliwości budzi zwłaszcza śmierć panny Pinkerton. Jakim cudem osobie winnej udało się spowodować wypadek w taki sposób, by wszyscy świadkowie widzieli, że denatka wpadła pod samochód, a nikt – że na jezdnię została ona wepchnięta? Ale gdyby nawet faktycznie tak było, nie wyobrażam sobie, by kierowca, który potrąca przechodnia nie z zamiarem uśmiercenia go, lecz wskutek nagłego wtargnięcia tegoż – mniejsza o to, w jaki sposób – na jezdnię, nie zatrzymał się i nie zaczął wzywać obecnych na świadków swojej niewinności. Z miejsca zdarzenia uciekają zwykle pijani lub jadący tak brawurowo, że doskonale zdają sobie sprawę z własnej winy i jedyną szansę uniknięcia kary widzą w ulotnieniu się


Wracając do motywów i poszlak, autorce zdarzyło się przy ich sygnalizowaniu popełnić sporą niekonsekwencję. Gdy Luke stara się dociec powodów wcześniejszego rozstania pewnej pary, mężczyzna zdradza mu, że tak naprawdę poszło nie o różnice klasowe, lecz „o jej przeklętego ptaszka... przeraźliwie ćwierkającego kanarka. Nie znosiłem go. Przykra sprawa... skręciłem mu kark”[3]. Tę wersję potwierdza skwapliwie jego była narzeczona, oznajmiając: „był zazdrosny o tego kanarka. (...) wyrwał mi kanarka z ręki i skręcił mu kark!”[4]. Po czym w obecności inspektora Battle'a Gordon opowiada zupełnie inną historię biednego ptaka: „Pewnego dnia mocno ją dziobnął. Honoria rozzłościła się, złapała go i... skręciła mu kark”[5], ale tej rozbieżności Luke – dla którego wcześniejsza informacja stanowiła istotną przesłankę do dopatrywania się w rozmówcy morderczych instynktów – w ogóle nie zauważa. Są więc dwie możliwości: albo Christie celowo kazała niefortunnemu bohaterowi skłamać, a potem, gdy już powiedział prawdę, zapomniała dodać wyjaśnienie, dlaczego poprzednim razem tego nie zrobił – albo sama przeoczyła włożenie w jego usta dwóch sprzecznych wersji.

U innego autora zezłościłoby mnie to jak nie wiem co, ale Lady Agacie jestem skłonna wybaczać potknięcia fabularne, ceniąc w jej twórczości przede wszystkim umiejętność kreowania kapitalnych postaci, składających się na piękny zbiorowy portret przedwojennej i tuż powojennej Anglii. Jest ona widoczna i w „Morderstwie...”. Ten romantyczny safanduła Luke, który ma większy dryg do zakładów na wyścigach niż do czynności, było nie było, zawodowych! Ta biedna Bridget, tak trzeźwo oceniająca swoje szanse matrymonialne jako kobiety ładnej i ponadprzeciętnie inteligentnej, lecz niemajętnej, tak cynicznie oznajmiająca, że poślubi Gordona, bo pragnie „uczciwie zarabiać na życie”[6]! Ten (świeżo upieczony) lord Whitfield, szczycący się kształtowaniem opinii publicznej... za pomocą brukowców, które wydaje! Ten nawiedzony artysta Ellsworthy, dodający sobie tajemniczości udziałem w jakichś pseudomagicznych obrzędach, i jego goście, tak obrazowo opisani przez Bridget! I major Horton, idealizujący zmarłą małżonkę w sposób niepojęty dla nikogo, kto ją zdołał poznać, i nadęty prawnik Abbott, i racjonalny doktor Thomas, zbijający głupią teorię Luke'a na temat eliminacji niepożądanych członków społeczeństwa jakże prawdziwym argumentem o względności osądu, według którego „katolicy uznaliby komunistycznego agitatora za człowieka nie zasługującego na to, aby żyć, komunistyczny agitator skazałby na karę śmierci duchownego jako rzecznika przesądów”[7], i te wszystkie starsze panie... 



Być może morderstwo to nic trudnego, ale na pewno trudne jest opisanie go w taki sposób, by czytelnik nawet zapomniawszy, „kto, kogo i jak”, nadal pamiętał, jak mu się dobrze tę historię czytało i jak wyraziste postacie przesuwały się przed jego oczyma. A Królowa Kryminału to potrafiła. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Morderstwo to nic trudnego”, przeł. Grażyna Woyda, wyd. Prószyński i S-ka, 1998, s. 7. 
[2] Tamże, s. 144. 
[3] Tamże, s. 128. 
[4] Tamże, s. 148. 
[5] Tamże, s. 180. 
[6] Tamże, s. 93. 
[7] Tamże, s. 63-64. 

Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka.