sobota, 3 grudnia 2016

Kamerdyner doskonały [Tajemnica gwiazdkowego puddingu]



Śpiewający kamerdyner Jack Vettriano
Wczesnym rankiem Poirot i goście pani Lacey, po odkryciu zwłok młodej Bridget, na śniegu przed domem, weszli do środka. 

„Peverell miał właśnie uderzyć w gong. Jeżeli uznał za niezwykłe, że większość domowników była na dworze i że Poirot odziany był w piżamę i płaszcz, nie okazał tego. Peverell mimo późnego wieku był kamerdynerem doskonałym. Niczego nie zauważał i o nic nie pytał.”


„Nadszedł uroczysty moment wniesienia świątecznego puddingu. Stary Peverell, którego ręce i kolana osiemdziesięciolatka trzęsły się ze słabości, nie pozwolił go przynieść nikomu innemu. Pani Lacey zaciskała ręce ze zdenerwowania. Obawiała się, że podczas których świąt Peverell padnie trupem. Mając do wyboru zaryzykować jego śmierć lub zranienie uczuć, doszła do wniosku, że wolałby być raczej martwy niż urażony, wybrała więc pierwszą możliwość.”


Tajemnica gwiazdkowego puddingu, Agatha Christie, Wydawnictwo Dolnośląskie 2015

poniedziałek, 28 listopada 2016

Morderstwo to nic trudnego - Agata Christie [WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE]

Co trzeba zrobić, ażeby zostać mordercą? Potrzeba genialnego planu czy może zwykłego szczęścia-nieszczęścia? Potrzebny jest chłonny umysł a może wręcz przeciwnie - szalony i nieobliczalny? Według kolejnej przeczytanej przeze mnie powieści Christie wiem, że geniusz (szczególnie zła!) tkwi w prostocie - nieszczęśliwy wypadek, pomyłka czy niedopatrzenie i  voilà! Ostatecznie morderstwo to nic trudnego...
 
Nie, nie... Tym razem nie macie tutaj do czynienia z Sherlockiem Holmesem, lecz z Lukiem Fritzwilliamem. Również detektywem, lecz nie tak sławnym jak ten z Baker Street!
Luke Fritzwilliam nie spodziewał się, że ledwie po powrocie do ukochanego kraju usłyszy od starszej pani informacje na temat serii morderstw, które mają miejsce w jej małej miejscowości - z tego też powodu starsza pani udaje się do Scotland Yardu. Początkowo Luke wyśmiewa owe przypuszczenia, lecz wszystko się zmienia, gdy po jakimś czasie natrafia na nekrolog w gazecie - nazwisko, które owa staruszka wymieniła jako następne w kolejce... a niedługo później i jej imię trafia na listę ofiar. Główny bohater postanawia odkryć prawdę.

[...] Potrzebuję dowodów. Gdyby doszło do jeszcze jednego wypadku... tylko jednego, wiedziałbym... 
Urwał z dreszczem przerażenia.
- Mój Boże - wyszeptał. - Przecież domagam się jeszcze jednego morderstwa...*
Morderstwo to nic trudnego to powieść samodzielna, w której nie spotkamy ani Marple, ani Poirota - niech Was nie zwiedzie zdjęcie powyżej, gdyż twórcy serialu Marple po prostu musieli dodać postać bystrej staruszki w roli głównej bohaterki. Serial ledwie włączyłam, po czym wyłączyłam - jakoś tak po lekturze książki nie mogłam się skusić na adaptację. 
Przyznam, że Morderstwo to nic trudnego ma bardzo ciekawą konwencję, a Agata Christie wykorzystała ją w 100%. Śmierć osób w nieszczęśliwych wypadkach równie dobrze może okazać się jedynie pechem, jak i śmiałym zabójstwem z premedytacją. To, co mi się spodobało, to to, że od początku wdrążamy się w tę zagadkę i razem z głównym bohaterem staramy się rozwiązać serię morderstw - przy czym niejednokrotnie przyjdzie nam do głowy wiele pomysłów, choć nie zawsze trafnych!
Podobał mi się także wątek miłosny - taki delikatny i w sumie tak żartobliwy, że nie sposób było się nie uśmiechnąć.  Christie zawsze potrafi zachwycić swoim słówkiem, które pada w odpowiednim momencie. Taki właśnie jest jej styl - lekki, żartobliwy, prosty. I właśnie w tej prostocie tkwi geniusz, ponieważ gdy czytelnik ma do czynienia z historią zamykającą się w 250 stronach, która w dodatku jest kryminałem, głupotą byłoby dodawać do niej mądrości życiowe zapisane trudnym językiem - o wiele lepiej jest zapisać te mądrości w sposób przystępny i zrozumiały. Tak jak zrobiła to Christie. 
Morderstwo to nic trudnego to taka książka, którą zaczynasz i kończysz tego samego dnia (przynajmniej w moim przypadku tak się stało). Lekka i jakże wciągająca, a przy tym zapadająca w pamięć. Rozwiązanie całkowicie mnie zaskoczyło, a przy tym pod koniec czułam, że tę właśnie osobę trzeba podejrzewać! Geniusz! :D
--------
* str. 158

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tytuł: Morderstwo to nic trudnego
Tytuł oryginalny:  Murder is Easy
Autor: Agata Christie  
Tłumacz: Grażyna Ronikier  
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania oryginału: 1939
Liczba stron:250
Format: 195x125mm
Gatunek: Kryminał

 Recenzja pochodzi z bloga Wymarzona Książka

 

czwartek, 24 listopada 2016

Słonie mają dobrą pamięć - Agata Christie


Christie wraca na mojego bloga w wielkim stylu, ponieważ w końcu mogę napisać recenzję książki, na którą polowałam od kilku dobrych miesięcy. Słonie mają dobrą pamięć odznaczyły się w mojej pamięci nie bez przyczyny. Swego czasu miałam ogromną ochotę na serial Poirot (potrafiłam oglądać odcinek po odcinku - bez przerwy!) i pamiętam jak dziś, jak obiecałam sobie, że ta historia, ta zagadka ukryta za przedziwnym tytułem, jest naprawdę wyjątkowa. Nie przedłużając - oto cudowna zagadka o miłości małżeńskiej, dla której zrobi się naprawdę WSZYSTKO!

Ariadna Oliver (uważana powszechnie za alter ego samej Agaty Christie) nie przepada specjalnie za spotkaniami literackimi. Los jednak chciał, że tym razem się na niego wybrała. Tam tam - oprócz spotkań z wiernymi czytelnikami - spotyka kobietę przedstawiającą się jako matkę narzeczonego jej chrzestnej córki. Zapewne ta pani nie odznaczyłaby się niczym szczególnym, gdyby nie jej dziwne pytanie: "Czy to mąż zabił żonę, czy żona męża?". To pytanie sprawia, że Ariadna musi powrócić pamięcią dwadzieścia lat wstecz i przypomnieć sobie podwójne samobójstwo pary Ravenscroftów. A może faktycznie nie jest to samobójstwo?

Pisarka postanawia zbadać sprawę i wyruszyć na poszukiwanie słoni. Oczywiście nie sama, bowiem o pomoc poprosiła swego wiernego, długoletniego przyjaciela, samego Herkulesa Poirota. Rozpoczyna się przedziwne śledztwo, w której jedynymi wskazówkami będą ulotne wspomnienia znajomych rodziny. 


– Więc pomyślałam sobie, że musimy dotrzeć do ludzi, którzy są jak słonie. Ponieważ słonie, jak to się mówi, mają dobrą pamięć.
– Tak, słyszałem ten zwrot – przyznał Poirot.
– Słonie mają dobrą pamięć – powtórzyła pani Oliver. – Zna pan tę bajkę, na której wychowują się dzieci? O tym, jak pewien hinduski krawiec wbił igłę czy coś takiego w kieł słonia. Nie, nie w kieł, w trąbę oczywiście, wbił ją słoniowi w trąbę. A kiedy słoń spotkał krawca następnym razem, miał trąbę pełną wody i wylał całą na krawca, choć nie widział go od kilku lat. Nie zapomniał. Pamiętał. O to właśnie chodzi. Słonie nie zapominają. Muszę więc znaleźć parę słoni. 

Kto choć trochę zna twórczość Christie doskonale zdaje sobie sprawę, że odkrywanie dawnych spraw należą do rzadkości w jej twórczości literackiej (na palcach jednej ręki mogę wymienić, że do morderstw z przeszłości nawiązywały jedynie takie tytuły jak: Pięć małych świnek; Wigilia Wszystkich Świętych oraz Pani McGinty nie żyje - genialne, tak swoją drogą). Ostatecznie żeby stworzyć zagadkę opartą o wydarzenia z przeszłości najważniejsze będą zeznania, a właściwie półsłówka - niektóre mylne, niektóre nieścisłe - które niczym układanki puzzli muszą stworzyć całość. I tak też było w przypadku Słoni... 

Książka została zbudowana o wspomnienia, a zadaniem zarówno poczytnej pisarki kryminałów, jak i belgijskiego detektywa będzie wyłuskanie tych informacji, które wnoszą coś do śledztwa. I tu właśnie najbardziej podobał mi się fakt, że Ariadna i Herkules mieli dwa różne sposoby dochodzenia: damsko-męskie; pisarsko-detektywistyczne; emocjonalno-logistyczne. I to połączenie bardzo mi się podobało!

Rozwiązanie całkowicie mnie zaskoczyło, a przy tym w jakiś sposób mnie rozczuliło. Te dwie obrączki nie znajdują się na okładce bez przyczyny. Wydźwięk Słoni jest o wiele bardziej odczuwalny - historia Ravenscroftów w jakiś sposób ukazuje, jak wiele mąż/żona może uczynić dla wybranka/wybranki swego życia! 

Bez dwóch zdań Słonie mają dobrą pamięć już w tym momencie wchodzą w poczet moich ulubionych powieści Christie (fanfary, fanfary!). Uwielbiam tę powieść za humor wprowadzony przez pannę Oliver, za ten niesamowity klimat dawnych lat, za zaskakującą zagadkę kryminalną oraz za tę wyjątkową miłość ukrytą nie w pięknych słówkach, lecz w czynach! Polecam! 

sobota, 19 listopada 2016

Panna Jane obserwuje - "Morderstwo na plebanii"; WRZESIEŃ Z AGAHTĄ CHRISTIE

Pannę Marple wszyscy znamy, choć tak niewiele o niej wiemy. Jedyne, co jest pewne, to że mieszka w maleńkiej miejscowości St. Mary Mead w skromnym domku z ogródkiem, liczy sobie niemało lat (choć, zdaje się, upływ czasu w jej wypadku jest względny: kiedy widzimy ją po raz pierwszy, wydaje się znacznie starsza, niżby to wynikało z późniejszych utworów), nigdy nie była zamężna i ma (miała?) przynajmniej dwie siostry – syn jednej z nich to wspominany wielokrotnie w powieściach i opowiadaniach Raymond West, córka drugiej – Mabel, po mężu Denman, występuje w opowiadaniu „Zbrodnia i ryby”. Ale czy pamiętamy, kiedy i w jakich okolicznościach wkroczyła na scenę, niemal natychmiast wywalczając sobie trwałą pozycję wśród słynnych literackich detektywów?

Po raz pierwszy pojawiła się w opowiadaniu „Klub wtorkowych spotkań”, opublikowanym w grudniu 1927 roku w numerze 350 miesięcznika „The Royal Magazine”; w kolejnych numerach ukazało się jeszcze pięć tekstów, a później – w innych czasopismach – następne, które w łącznej liczbie trzynastu weszły następnie w skład tomu „Trzynaście zagadek”. W nich jednak panna Marple występowała w roli stosunkowo biernej, opowiadając własne historie i komentując te, które opowiadał jej siostrzeniec lub ktoś z przyjaciół, a przy tym nie zdradzając jeszcze pełni swoich możliwości.

Przedstawił ją szerszej publiczności dopiero pastor Leonard Clement. Któż to taki? Postać, rzecz jasna, fikcyjna, którą Lady Agatha uczyniła narratorem pierwszej swojej powieści z udziałem panny Marple – „Morderstwa na plebanii”. A czego się od niego dowiadujemy? Że mieszkańcy St. Mary Mead „spożywają chyba posiłki stojąc przy oknie, żeby na pewno nic nie uszło ich uwagi”[1], zaś we wtykaniu nosów w cudze sprawy wiodą prym stare panny (są to czasy, kiedy swobodnie używa się tego określenia), pośród których, „jeśli chodzi o sztukę widzenia, nie będąc sama widzialną, panna Marple jest niedościgniona”[2], za to w odróżnieniu od pozostałych „ma przynajmniej poczucie humoru”[3]. Ze wszystkich jej wad i zalet w tym przypadku poczucie humoru przyda się akurat najmniej, bo to, co wydarzy się w spokojnej, cichej miejscowości, gdzie „nawet kina nie ma”[4], doprawdy nie będzie zabawne… Jego małżonka za to uważa, że panna Marple „wyciąga z każdego zdarzenia jak najgorsze wnioski”[5]. I pewnie coś w tym jest…

Przedstawmy aktorów tego dramatycznego spektaklu. Wspomniany pastor Clement to proboszcz miejscowej parafii (anglikańskiej, oczywiście); ma do pomocy ponurego wikarego Hawesa. Oprócz nich na plebanii mieszkają jeszcze żona Leonarda, Gryzelda – można powiedzieć, antyideał pastorowej: młoda, płocha, kompletnie sobie nieradząca z gospodarstwem domowym – jego szesnastoletni siostrzeniec Dennis oraz służąca Mary, mająca jeszcze mniejsze pojęcie o gotowaniu i sprzątaniu niż jej pani, zatrudniona głównie dlatego, że… jej brak kwalifikacji stosunkowo mało chlebodawców kosztuje, a zaręczona (o czym dowiemy się nieco później) z osobnikiem będącym nieco na bakier z prawem, niejakim Archerem. Radą parafialną, i, jak się zdaje, całą okolicą trzęsie pułkownik Protheroe, człowiek krewki i napastliwy, o raczej ciasnych poglądach; rezyduje on wraz z Anną, drugą żoną (pierwsza uciekła odeń przed wielu laty) i dobiegającą pełnoletności córką Letycją w Starym Dworze, największej w okolicy posiadłości. Na jego gruntach prowadzi prace wykopaliskowe niejaki doktor Stone, sławny archeolog, mieszkający wraz ze swoją sekretarką panną Cram w miejscowym hotelu. I oni, i malarz Lawrence Redding (któremu do obrazów pozują pani i panna Protheroe, jak zresztą wszystkie inne ładne i młode damy) są dla stałych mieszkańców miasteczka pewnego rodzaju osobliwością. Nie aż taką jednak, jak niejaka pani Lestrange, która przybywszy tu, wynajęła dom, lecz nie bierze udziału w lokalnym życiu
towarzyskim, widuje się jedynie z doktorem Haydockiem. Domysły na jej temat stanowią stałą pozycję w rozmowach odbywanych przez staropanieńskie trio: pannę Hartnell, pannę Wetherby i znaną nam już pannę Jane Marple. Za chwilę będą miały spore pole do popisu, bowiem pułkownik, oczekując na plebanii na pastora, którego nagle wezwano do chorego, pada ofiarą mordercy. Powód, by się go pozbyć, znalazłby się u co najmniej połowy wymienionych osób. Wszystkie, jak się wydaje, mają wystarczające alibi. Za to przyznających się do zbrodniczego czynu jest aż za wiele… Do akcji wkraczają ambitny inspektor Slack i pułkownik Melchett, naczelnik policji hrabstwa. Ale niewiele by zdziałali bez pewnej starszej damy, która, choć „nic prawie nie wie o życiu przez wielkie Ż, to jednak bez wątpienia wie o wszystkim, co się dzieje w St. Mary Mead”[6]! Rozwiązanie okaże się bardzo zaskakujące – choć czy bardzo prawdopodobne, to inna sprawa.
Lecz, szczerze mówiąc, tego rodzaju powieść czyta się przecież nie dla samego finału; cała przyjemność tkwi w zgłębianiu ścieżek, którymi panna Marple (czy, w innym przypadku, Poirot) dochodzi do celu, zaś jeszcze bardziej w studiowaniu tła. A to Christie szkicuje w sposób dość swoisty, kładąc nacisk nie na detale zewnętrzne – zwróćmy uwagę, że w zasadzie jedyną osobą, której wygląd opisuje w miarę dokładnie, jest Hercules Poirot; o pannie Marple wiemy (z „Trzynastu zagadek”), że ma „śnieżnobiałe, upięte do góry włosy” i „dobrotliwe, wyblakłe niebieskie oczy”[7]; tyle samo, albo jeszcze mniej, dowiadujemy się o dziesiątkach innych postaci zaludniających scenę jej utworów – tylko na osobowość poszczególnych bohaterów i relacje między nimi.

Popatrzmy na przykład na młodą panią pastorową; cóż z tego, że nie wiemy, jak wygląda, skoro znamy jej beztroski i cokolwiek prowokacyjny stosunek do rzeczywistości? Jakże bezpośrednia jest Gryzelda, gdy zwraca się do męża: „Len, błagam cię, nie udawaj, żeś wysiadł przed chwilą z arki Noego!”[8] lub gdy wyznaje: „nie znoszę starych kobiet – opowiadają o swoich chorych nogach i czasem je nawet pokazują”[9], jak się uroczo naigrawa z zawodowych spraw małżonka, oznajmiając: „pierwsi chrześcijanie byli o tyle szczęśliwsi, że nie znali rady parafialnej [10]”! Jak trafnie podsumowuje zwyczaje starszych sąsiadek, mówiąc: „przydałaby się im odrobina niemoralności w życiu (…). Wówczas nie doszukiwałyby się jej tak gorliwie w życiu innych ludzi”[11] – i z jaką słodką perfidią dostarcza im powodów, by jednak czegoś się doszukały:
„– Mnie też maluje – oznajmiła Gryzelda.
– Ale nie w kostiumie kąpielowym, droga pani – rzekła panna Marple.
– Może jeszcze gorzej – powiedziała uroczystym tonem Gryzelda”[12]
!

A weźmy samego wielebnego Leonarda: z jakim rozbrajającym wdziękiem wyraża swoje dążenia do ideału („Pastor Kościoła Anglikańskiego nie powinien nigdy dawać powodu do tego, aby porównywano go z rozjuszonym tygrysem”[13], „stanowisko moje nie pozwala mi wyrażać niechęci do niektórych osób w sposób tak szczery i niedwuznaczny, jak to czynią oni”[14]) i swoją samoocenę („Nie 
pozostawało mi nic innego, jak kiwać głową z inteligentną miną, choć – być może – pochlebiam sobie co do tej miny”[15]! Z jaką uroczą delikatnością dostrzega ułomności swoich owieczek („Doprawdy, jeśli chodzi o żywiołową furię, nikt nie dorówna miłośnikowi ludzi, gdy jest czymś odpowiednio rozjątrzony”[16]) i jak się stara dobrze wypaść nawet wobec osób, które budzą jego żywiołową antypatię („Zaproponowałem bezwstydnie szklaneczkę starego porto. (…) Jedenasta rano nie jest porą do picia ciężkiego wina, ale miałem nadzieję, że dla inspektora nie gra to roli. Było to oczywiście potworne marnowanie doskonałego trunku, ale w takich wypadkach nie można być skąpym”[17]!
Można by tak każdą postać rozebrać na czynniki pierwsze, używając odpowiedniej porcji cytatów, ale resztę niech czytelnik sam odkryje – tu jeszcze tylko dwie scenki, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w pierwszorzędnej komedii:

„– Czy używano nieprzyzwoitych słów? – spytał pułkownik Melchett.
– To zależy od tego, co pan nazywa nieprzyzwoitymi słowami.
– Czy je pani rozumiała? – spytałem.
– Oczywiście, że rozumiałam.
– W takim razie to nie mogły być nieprzyzwoite wyrazy – stwierdziłem.
Pani Ridley spojrzała na mnie podejrzliwie.
– Wytworna dama – wyjaśniłem – nie zna sprośnych wyrażeń”[18];

„– Uważam St. Mary Mead za sadzawkę ze stojącą wodą – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu (…).
– Nie jest to trafne porównanie, kochany Rajmundzie – odparła wesoło panna Marple. – Pod mikroskopem nic chyba nie jest tak pełne życia, jak kropla stojącej wody.
– Życia w swoim rodzaju – przyznał powieściopisarz.
– Wszelkie życie jest tego samego rodzaju – odrzekła panna Marple.
– Przyrównujesz siebie do stworzenia z sadzawki, ciociu?
– Mój drogi, sam w ostatniej książce napisałeś coś podobnego”[19].
I chyba nie mamy wątpliwości, po kim panna Jane powtarza:

„moim konikiem jest – i zawsze była – natura ludzka. Taka różnorodna i taka fascynująca. (…) Człowiek zaczyna klasyfikować ludzi jak ptaki, albo kwiaty – taki a taki rodzaj, taki a taki gatunek, taka a taka odmiana. Niekiedy oczywiście popełnia się błędy, ale z biegiem czasu coraz mniej” [20].

Gdyby nie ten konik, kto wie, czybyśmy jeszcze dziś tak chętnie sięgali po powieści Lady Agathy?

---
[1] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 40.
[2] Tamże, s. 213.
[3] Tamże, s. 9.
[4] Tamże, s. 85.
[5] Tamże, s. 9.
[6] Tamże, s. 84.
[7] Agatha Christie, „Trzynaście zagadek”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006, s. 5.
[8] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 24.
[9] Tamże, s. 161.
[10] Tamże, s. 7.
[11] Tamże, s. 25.
[12] Tamże, s. 20-21.
[13] Tamże, s. 24.
[14] Tamże, s. 124.
[15] Tamże, s. 168.
[16] Tamże, s. 283.
[17] Tamże, s. 159.
[18] Tamże, s. 118.
[19] Tamże, s. 190.
[20] Tamże, s. 248.


Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka. Autorką opinii jest Dot59.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Zerwane zaręczyny - Agata Christie [WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE]

Są dwie władze, które najbardziej zmieniają człowieka: miłość oraz pieniądze. Jeżeli nie ma pieniędzy a miłość - wie, że kocha prawdziwie. Jednakże jeżeli ma tylko pieniądze, często gubi się w swoim sercu... i nie wie, czy ktoś jest dla niego z miłości czy dla korzyści materialnej.  


Jak ogromne musi być szczęście pewnej kobiety, gdy jednego dnia umiera jej ciocia i pozostawia jej cały spadek, a niebawem potem zostaje otruta jej piękna kuzynka, Mary, dla której jej narzeczony chciał ją zostawić? Nikt nie wierzy w aż tak ogromne szczęście, więc Elinor jest pierwszą podejrzaną w sprawie morderstwa. Zarówno jej narzeczony, jak i sam Herkules Poirot nie wierzą w jej niewinność. Co innego pewien doktor...

Zerwane zaręczyny to powieść kryminalna wydana już w 1940 roku, która została przeniesiona na ekran (jak widać na załączonym powyżej obrazku) w serii Poirot i to właśnie w tym szczególnym odcinku poznałam tę zagadkę: nieco trudną, skomplikowaną, gdzie najlepszym dowodem zbrodni jest niewinna róża bez kolców. 

"Takie jest życie, proszę pana- odrzekł Herkules Poirot.- Nie lubi porządku zgodnego z pragnieniami i wolą człowieka. Nie pozwala unikać wzruszeń, kierować się intelektem i rozsądkiem. Nie może pan powiedzieć: „Chcę czuć tylko tyle a tyle, nie więcej”. Wszystko można o życiu powiedzieć, prócz tego, że jest logiczne".
Gdybym miała określić zagadkę, czyli główny motyw Zerwanych zaręczyn, miałabym z tym niemały problem. Christie wymyśliła skomplikowaną zagadkę i do samego końca zwodziła mnie w kwestii prawdziwych zdarzeń i w sumie do samego końca nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać - co jest zarówno na plus, jak i na minus. Na plus jest nieprzewidywalność, na minus to, że ciężko się połapać. 

Elinor jest naprawdę wyjątkową postacią. Z jednej strony podejrzewałam ją od samego początku, a przy tym uznałam, że to zbyt oczywiste, żeby pierwsza osoba, którą podejrzewałam, była właśnie tą prawidłową. Nie powiem Wam, czy się nie pomyliłam

Podoba mi się bardzo okładka! Ogólnie uwielbiam skromność tej serii, ale zawsze mnie zaskakuje, że zarówno w przypadku Kolekcji Kryminału, jak i Klasyki Kryminału okładki idealnie oddają ducha całemu wnętrzu. I sami stwierdzicie, że takie oprawy są najlepsze! 
 
Uwielbiam tę świadomość, że już tyle książek Christie poznałam... i jeszcze tyle przede mną! muszę policzyć, ile dokładnie powieści mam u siebie na półce!

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tytuł: Zerwane zaręczyny
Tytuł oryginalny:  Sad Cypress
Autor: Agata Christie  
Tłumacz: Tadeusz Jan Dehnel
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania oryginału: 1940
Liczba stron:240
Format: 195x125mm
Gatunek: Kryminał
 
Recenzja pochodzi z bloga Wymarzona Książka.