poniedziałek, 21 maja 2018

Tak wyglądał prawdziwy Herkules Poirot? Zapraszamy na test!


Jak donosił serwis BOOKLIPS przed czterema laty: "Prawdziwym Poirot ma być Jacques Hamoir, emerytowany belgijski żandarm, który uciekł z kraju w 1914 roku w obliczu nadciągających wojsk niemieckich i udał się do Anglii – tak samo, jak zrobił bohater kryminałów Agathy Christie. 57-letni Hamoir wraz z 17-letnim synem, Lucienem, pojechał do Exeter w hrabstwie Devon, aby spotkać się z Alice Graham Clapp, wolontariuszką, która w trakcie pierwszej wojny światowej pomogła około 500 Belgom znaleźć miejsce do zamieszkania. Kobieta zakwaterowała dwójkę uchodźców w miejscowości Torquay w domu pani Potts Chatto. Tak wynika z informacji, jakie znalazł w prowadzonym przez nią rejestrze jej wnuk, Michael Clapp." Więcej na stronie TUTAJ

A Ty? Ile wiesz o słynnym detektywie?
Zapraszamy na test!


wtorek, 15 maja 2018

Nie ma zbrodni, jest prawda o ludzkiej naturze


Dawno temu ktoś wyraził przy mnie zdanie, że powieści, które Agatha Christie pisywała pod pseudonimem Mary Westmacott, to kiepskie romansidła tworzone dla pieniędzy i wobec tego nie należy po nie sięgać, żeby sobie nie popsuć wrażeń pozostałych po „Dziesięciu Murzynkach” czy „Morderstwie w Orient Expressie”. Przez wiele lat nie próbowałam sobie wyrobić własnego zdania na ten temat – aż do chwili, gdy wpadła mi w ręce pozbawiona okładki „Róża i cis”, po którą sięgnęłam sądząc, że biorę się za kolejny kryminał. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że czytam powieść psychologiczno-obyczajową, wciągającą może i bardziej niż niejeden okaz literatury sensacyjnej. Ani ten, ani żaden z kilku kolejnych tytułów sygnowanych przez Mary Westmacott nie okazał się tak słaby, żebym czas poświęcony na lekturę uznała za stracony, a na przykład „Samotna wiosną” była jednym z największych odkryć czytelniczych danego roku. Zostało mi ich już niewiele, w tym „Chleb olbrzyma”, który w międzyczasie zdążono powtórnie przełożyć i zmienić mu tytuł na „Cenę geniuszu”, co brzmi może wymowniej i jaśniej, lecz nie ma nic wspólnego z oryginalną koncepcją autorki (zrozumiałą dla każdego, kto przeczyta prolog). 

Bohaterem tej powieści jest Vernon Deyre, potomek podupadłego ziemiańskiego rodu. Jego ojciec, pragnąc ratować majątek, poślubił dziewczynę ze środowiska bogatych mieszczan, za co przyszło mu zapłacić brakiem małżeńskiego szczęścia, bo Myra to osoba ograniczona, histeryczna i małostkowa; prawda, że i Walter nie jest bez winy, ale jeśli komuś robi się bez powodu paskudne sceny zazdrości, ten ktoś w końcu postara się o powód… Chłopiec dorasta w warunkach pozornie sielskich – ten piękny stary dwór, ten ogromny ogród, ta liczna służba, dzięki której Vernon ma zawsze wysprzątany pokój, wyprane i wyprasowane ubrania, podane pod nos posiłki! – ale im jest starszy i im więcej rozumie, tym głośniejsze staje się echo rozdźwięku w małżeństwie rodziców i tym dokuczliwsza samotność, którą stara się zapełnić z pomocą swojej bujnej wyobraźni. Prawdziwych, żywych towarzyszy zyskuje dopiero w osobach syna nowych sąsiadów, Sebastiana, i swojej kuzynki Joe, przygarniętej przez Deyre'ów po śmierci siostry Waltera. W sąsiedztwie jest jeszcze jedna dziewczynka, Nell, lecz sposób, w jaki jej matka kreuje ją na damę, uniemożliwia jej dołączenie do tego przyjacielskiego triumwiratu, którego zawarcie poprzedza wyjazd Waltera na wojnę. Ojciec już nie wróci, a słowa wypowiedziane przez niego przed odjazdem staną się dla Vernona drogowskazem na najbliższe lata… aż do chwili, gdy sam będzie musiał chwycić za broń i opuścić kraj. Ale jeszcze zanim to nastąpi, wydarzy się wiele rzeczy, które zmącą spokój dziecięcej przyjaźni. Młody Deyre odkryje w sobie talent muzyczny, pozna smak miłości i porażki. Sebastian będzie udawał obojętnego, wiedząc, że ta, którą pokochał, nie zwróci na niego uwagi. Joe zatraci się w nierozsądnej fascynacji. Na scenę ponownie wkroczy Nell, nadal krucha i dystyngowana, ale już w pełni kobieca, a do tych czworga dołączy Jane, o kilka lat od nich starsza śpiewaczka operowa. Każde z nich będzie musiało dokonać niejednego wyboru, przy czym bynajmniej nie zawsze między dobrym a lepszym… 

Na ile taki obrót spraw, jaki autorka obmyśliła dla Vernona, jest prawdopodobny, trudno orzec. Całkowita amnezja po poważnym urazie głowy się zdarza, co do tego nie ma wątpliwości. Szansa, że człowiek w takim stanie zawędruje akurat tam, gdzie znajdują się osoby zdolne go rozpoznać, a co więcej, przekonać, by poddał się terapii, która mu przywróci pamięć – cóż… zapewne też istnieje, choć jest to rozwiązanie nazbyt melodramatyczne, by w nie uwierzyć. Lecz w gruncie rzeczy nie jego los jest w tej historii najciekawszy, tylko ludzie i relacje między nimi. 

Myra, urządzająca mężowi kabotyńskie sceny zazdrości. 
Walter, uciekający przed jej napastliwością i przez to tracący szansę zbliżenia się do syna. 
Nell, wahająca się między wyborem bezpiecznej stabilizacji u boku niekochanego bogacza a nieprzewidywalnością i biedą, jakich może się spodziewać, gdyby poślubiła tego, którego darzy uczuciem. 
Drapieżna, ironiczna Jane, skrywająca pod tą nieprzyjemną skorupą ból doznanej wcześniej krzywdy, tłumiąca w sobie chęć rywalizacji o mężczyznę, w którym jest zakochana, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli go zdobędzie, to nie dlatego, że on ją wybierze, tylko dlatego, że tamta go odrzuci. 
Sebastian, który ucieka w pracę i ze stoickim spokojem czeka na niemożliwe, nie chcąc zadowalać się namiastkami. 
Vernon, zbyt wrażliwy i zbyt bierny, by samemu wpływać na innych. 
Joe, zbyt wrażliwa i zbyt impulsywna, by dać się komukolwiek przekonać do zmiany decyzji. 
Spokojny, o nieskomplikowanej psychice George, któremu nagle jakieś obce osoby robią w życiu straszny zamęt… 

Ileż napięcia jest w scenach, w których ważą się ich losy! W niektórych partiach tekstu napięcie to nieco słabnie; momentami wydaje się, że autorka pragnie jak najszybciej streścić wybrany etap historii danej osoby, w innych znów chwilach – że zbytecznie rozwleka wątek poboczny (jak epizod ochotniczej pracy Nell w szpitalu, bez wątpienia stanowiący ciekawy przyczynek historyczno-obyczajowy, ale nic nowego do wątku zasadniczego niewnoszący). Można się też zastanawiać, czy dobrym rozwiązaniem jest zastosowanie prologu, który początkowo zdaje się kompletnie nie mieć związku z opisywaną w pierwszych rozdziałach historią, jednak z chwilą, gdy zorientujemy się w tożsamości ukazanych w nim postaci, zdradza coś, czego inaczej jeszcze długo bylibyśmy niepewni. Ale cóż, w końcu i tak nas czeka niejedno zaskoczenie, wybaczmy więc autorce ten chwyt, bo cała reszta – i konstrukcja postaci, i nakreślenie tła historycznego, i styl – udała jej się bez zarzutu. 
Autorką recenzji jest Dot59, opinia pochodzi z serwisu BiblioNETka.

środa, 9 maja 2018

Morderstwo w małym miasteczku

Nie ma w Anglii detektywa, który by mógł iść w zawody ze starą panną w nieokreślonym wieku, mającą dużo wolnego czasu”[1]. 

Opublikowane w 1930 roku „Morderstwo na plebanii” Agathy Christie to powieść, w której po raz pierwszy pojawiła się panna Jane Marple. Słynna detektyw-amator ma się tu czym wykazać! Oto w jej rodzinnej wiosce doszło do morderstwa. Lucjusz Protheroe – nielubiany, a przez wiele osób nawet znienawidzony mieszkaniec St. Mary Mead – zostaje zastrzelony, i to na plebanii. Ta sprawa budzi strach, zgorszenie, a zarazem sensację. Kto pociągnął za spust? Jak to możliwe, że nikt nie słyszał strzału? I wreszcie – dlaczego do zbrodni niezależnie od siebie przyznaje się dwoje ludzi: Anna Protheroe, nieszczęśliwa druga żona Lucjusza, oraz zakochany w niej (to jedna z tych smakujących skandalem historii, które zaciekawią całą społeczność) młody mężczyzna, pełen uroku malarz – Lawrence Redding? 

Dla Jane Marple prowadzenie śledztwa nie jest łatwym zadaniem. Nie dość, że okazuje się, iż znacznie więcej osób miało motyw, aby pozbyć się pułkownika Protheroe, to jeszcze inspektor Slack i pułkownik Malchett z lokalnej policji nie szanują ani jej, ani jej odkryć. Szufladkują ją jako zbzikowaną staruszkę, która zabija czas wymyślając niestworzone historie. Oto fragment rozmowy Malchetta z proboszczem Leonardem Clementem, narratorem powieści: 

„– Tej zasuszonej starej pannie zdaje się, że wszystkie rozumy zjadła. A przez całe życie pewnie ani razu nie wyjeżdżała z tego zabitego deskami miasteczka. Co taka może wiedzieć o życiu? Zauważyłem pojednawczo, że chociaż panna Marple nic prawie nie wie o życiu przez wielkie Ż, to jednak bez wątpienia wie o wszystkim, co się dzieje w St. Mary Mead”[2]. 

Oczywiście policjanci szybko muszą zweryfikować swoje zdanie – ich narastająca irytacja miesza się tu z tak samo narastającym podziwem. Sam pułkownik Malchett stwierdza: „– Niech ją diabli, tyle wie o tym zabójstwie, jakby sama je popełniła!”[3]. I rzeczywiście, ta sprawa okaże się spektakularnym sukcesem panny Marple – jednym z pierwszych detektywistycznych osiągnięć w jej karierze. Ona sama tak mówi o swoich metodach: 

„– Widzi ksiądz proboszcz – zaczęła wreszcie – kiedy się tak żyje, jak ja, samotnie, z dala od wielkiego świata, musi się mieć jakiegoś konika. Można się oczywiście zajmować robotami na drutach, harcerstwem, dobroczynnością, szkicowaniem pejzaży… ale moim konikiem jest – i zawsze była – natura ludzka. Taka różnorodna i taka fascynująca. No, a w małym miasteczku, gdzie nic człowieka nie odrywa, jest tyle sposobności do tego rodzaju studiów. Człowiek zaczyna klasyfikować ludzi jak ptaki, albo kwiaty – taki a taki rodzaj, taki a taki gatunek, taka a taka odmiana. Niekiedy oczywiście popełnia się błędy, ale z biegiem czasu coraz mniej”[4]. 
Agatha Christie – jak w wielu innych swoich powieściach – w „Morderstwie na plebanii” szeroko nakreśliła tło obyczajowe. Akcja rozgrywa się w St. Mary Mead i obserwowanie, jak ludzie żyją w tym małym miasteczku okazuje się tak samo interesujące, jak branie czytelniczego udziału w dochodzeniu. Tropienie lokalnych skandalików i ploteczek, wysłuchiwanie wszystkowiedzących starych panien narzekających na obecne czasy, obserwowanie miejscowych zwyczajów – to prawdziwa uczta! Narracja została poprowadzona ze swadą (pastor, jakkolwiek dobroduszny i nieco ograniczony – panna Marple powie: „jest człowiekiem tak prawym i nieświadomym otaczającego zła…”[5] – bywa też cudownie, po angielsku ironiczny), wzbogacona typowym angielskim humorem. Niektóre postaci są niezwykle barwne – jak młodziutka Gryzelda Clement, trochę areligijna, beztroska, antywzór żony pastora; jak miejscowe staruszki; jak nadęty inspektor Slack; wreszcie jak czarujący Lawrence Redding czy tajemnicza Anna Protheroe. Sporo tu – jako się rzekło – angielskiego humoru, w dialogach, w opisach postaci, w sytuacjach. Zobaczcie, oto trzy przykłady: 

„W drodze do domu spotkałem pannę Hartnell, która trzymała mnie co najmniej dziesięć minut, wyrzekając swoim basowym głosem na lekkomyślność i niewdzięczność niższych klas społeczeństwa. Chodziło głównie o to, że »nasi ubodzy« nie życzą sobie oglądać panny Hartnell w swoich domach. Sympatia moja była całkowicie po ich stronie”[6]. 

„– Mamy więc jeszcze jedną osobę, która miała z pułkownikiem na pieńku. 
– Nie podejrzewa pan chyba na serio tego człowieka? Jak on się nazywa? 
– Nazywa się Reeves i nie mówię, że go podejrzewam. Mówię tylko, że nigdy nic nie wiadomo. Facet nie podoba mi się. Jest zanadto układny i śliski. 
Ciekaw byłem, jakiego zdania jest Reeves o Slacku”[7]. 


I rozmowa panny Marple z jej światowym siostrzeńcem Raymondem (tu: Rajmundem – ach, ta maniera spolszczania imion!) Westem: 

„Rajmund West zatoczył koło ręką, w której trzymał papierosa. 
– Uważam St. Mary Mead za sadzawkę ze stojącą wodą – oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu. Był przygotowany na to. że słowa jego wzbudzą gniew, jednakże ku jego zdziwieniu, a może i zmartwieniu, nikt nie zdradził najlżejszej irytacji. 
– Nie jest to trafne porównanie, kochany Rajmundzie – odparła wesoło panna Marple. – Pod mikroskopem nic chyba nie jest tak pełne życia, jak kropla stojącej wody. 
– Życia w swoim rodzaju – przyznał (…). 
– Wszelkie życie jest tego samego rodzaju – odrzekła panna Marple. 
– Przyrównujesz siebie do stworzenia z sadzawki, ciociu? 
- Mój drogi, sam w ostatniej książce napisałeś coś podobnego. 
Żaden młody intelektualista nie lubi, żeby używano cytatów z jego dzieł jako argumentów przeciw niemu. Rajmund West nie stanowił w tym względzie wyjątku. 
– To było zupełnie co innego – uciął. 
– Ostatecznie życie wszędzie jest takie samo – ciągnęła dalej panna Marple swoim spokojnym głosikiem”[8]. 


Dziś „Morderstwo na plebanii” ma do zaoferowania nie tylko wyśmienitą intrygę kryminalną, ale także świetne tło obyczajowe, odmalowane bardzo „po angielsku”. Być może to dlatego czytelnicy wciąż chętnie sięgają po tę powieść, tak bardzo w wielu aspektach współczesną! – choć od jej premiery minęło prawie dziewięćdziesiąt lat. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Morderstwo na plebanii”, przeł. Wacława Komarnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 37. 
[2] Tamże, s. 84. 
[3] Tamże, s. 260. 
[4] Tamże, s. 247-248. 
[5] Tamże, s. 23. 
[6] Tamże, s. 124. 
[7] Tamże, s. 144. 
[8] Tamże, s. 189-190. 
Recenzję napisał Misiak297, a pochodzi z portalu BiblioNETka.

czwartek, 3 maja 2018

Pieniądze nie dają szczęścia, a Poirot nie daje spokoju przestępcom

Każdy miłośnik wielotomowych cykli powieściowych z jednym głównym bohaterem zna to uczucie, gdy zbyt długo nie spotyka swojej ulubionej postaci na kartkach kolejnych lektur: coraz wyraźniej zaczyna mu czegoś brakować, zwłaszcza podczas czytania utworów tego samego gatunku, coraz częściej wyraża w myśli opinie w rodzaju: „A Iks by w tym miejscu powiedział(-a)...”, „o, nie, Iks by się nie dał(-a) tak nabrać...”; w takim momencie jakże uprzywilejowany może czuć się ten, kto jeszcze ma przed sobą kilka czy kilkanaście spotkań z owym Iksem! Wystarczy, że wyciągnie z półki albo otworzy na czytniku kolejny tytuł, i oto jest, tak dobrze znany, z całym swoim arsenałem charakterystycznych powiedzonek i zachowań! 

Oto jest... a właściwie jeszcze go nie ma, pojawi się dopiero za jakiś czas, bo w tej chwili nic nie zapowiada zagadki kryminalnej, którą musiałby rozwiązać. Na razie jedna po drugiej wkraczają na scenę postacie, jakie moglibyśmy spotkać w angielskiej powieści obyczajowej lub satyrycznej z lat 30. XX wieku. 

Linnet Ridgeway, śliczna dwudziestolatka, która dzięki odziedziczonej po amerykańskich przodkach fortunie stała się nieprawdopodobnie zamożna i właśnie przekształca podług własnej fantazji posiadłość odkupioną od zbankrutowanego ziemianina, wierząc, iż wszyscy podzielają jej przeświadczenie, że „jest (...) w życiu szczęśliwa, zawsze dobra i hojna dla ludzi”[1]. 
Jej nowa przyjaciółka, Joanna Southwood, cyniczna młoda dama, nieukrywająca, że interesują ją tylko ludzie bogaci i tylko dopóki pozostają bogaci: 

„Ilekroć moich przyjaciół zaczyna prześladować pech, natychmiast z nimi zrywam. Może to okrutne, ale oszczędza masę kłopotów na przyszłość. Tacy zawsze chcą pożyczać pieniądze albo biorą się do projektowania mody i trzeba pod przymusem kupować od nich koszmarne kreacje. (...) Cenię tylko ludzi, którym się powodzi. Przekonasz się, że wszyscy postępują tak samo, ale niewielu ma odwagę przyznać się do tego otwarcie. Mówią tylko, że im trudno wytrzymać z Mary, Emilią czy Pamelą, bo taka się biedactwo zrobiła cierpka od trosk i dziwaczna”[2]. 
Jej stara przyjaciółka, pół-Francuzka, pół-Amerykanka Jacqueline de Bellefort, impulsywna, emocjonalna, bez pamięci zakochana w młodzieńcu „z ziemiańskiej rodziny (...) lecz bardzo zubożałej”[3]. 
Ukochany Jackie, Simon Doyle, o którym na razie nie da się powiedzieć więcej niż to, że jest miły, przystojny i „pozwala się kochać, jak mówią Francuzi”[4]. 
Pani Allerton oraz jej syn Tim, dalecy krewni Joanny, demonstrujący tę szczególną więź między matką i ukochanym jedynakiem, wymagającym szczególnej troski, bo kiedyś omal nie zapadł na gruźlicę; jemu jest dobrze pod jej opiekuńczymi skrzydłami, ona nie zna zajęcia ważniejszego niż otulanie go tymi skrzydłami i chronienie od zgubnych wpływów otoczenia. A jednak czegoś o nim nie wie... 
Zamożna, zdziwaczała panna Maria Van Schuyler, która czyni gest łaski wobec swej ubogiej krewniaczki, fundując jej córce zagraniczną podróż w charakterze damy do towarzystwa. 
Kornelia Robson, prostoduszna dziewczyna, nie bardzo umiejąca się znaleźć w środowisku, w jakim będzie musiała przebywać za sprawą kuzynki Marii. 
Andrew Pennington, prawnik czuwający nad interesami Linnet w Ameryce, i Jim Fanthorp, przedstawiciel kancelarii prawniczej pełniącej to samo zadanie w Anglii. 
Ekscentryczna autorka literatury erotycznej, Salome Otterbourne, oraz jej ponura, apatyczna i opryskliwa córka Rozalia. 



No i wreszcie on, Hercules Poirot, jak zwykle pedantyczny, elegancki i szarmancki, jak zwykle wnikliwie obserwujący otoczenie. Wraz z prawie wszystkimi wymienionymi postaciami i jeszcze paroma innymi znajdzie się w hotelu Katarakta w Asuanie, by stamtąd wyruszyć na rejs po Nilu. Zanim tam trafi, pokaże się przez moment na obiedzie we francuskiej restauracji w Londynie, gdzie rzuci mu się w oczy pewna zakochana para. Podczas swoich egipskich wakacji znów spotka tych dwoje... tyle że w zupełnie nieoczekiwanej konfiguracji: młodzieniec zjawi się u boku „bogatej, pięknej, znanej w sferach towarzyskich młodej mężatki, która odbywa podróż poślubną”[5], dziewczyna zaś pozostanie na uboczu „bledsza, chudsza, wyraźnie przygnębiona i smutna”[6], pełna jakiejś niezwykłej zawziętości. Co się między nimi wydarzyło, dowie się detektyw, gdy zostanie poproszony o interwencję. A wtedy parę słów prawdy usłyszą od niego i Linnet, i Jackie. Ale to nie zapobiegnie zbrodni, która zostanie popełniona na pokładzie statku... Ani tej pierwszej, ani następnej... 


Intrygę obmyśliła Królowa Kryminału pierwszorzędnie. Nigdy w życiu nie odgadłabym sama, kto winien; niestety... odgadywać nie musiałam, bo nieroztropnie jakiś czas temu obejrzałam ekranizację i zapamiętałam ją dostatecznie dobrze, żeby teraz nie było dla mnie tajemnicą, kto uknuł zbrodniczy plan i wprowadził go w życie. Czy w takim razie ma sens czytanie powieści kryminalnej, której esencją jest przecież trzymanie czytelnika w stanie niepewności i prowadzenie go przez meandry śledztwa, by był w stanie sprawdzić, czy na równi z głównym bohaterem potrafi rozszyfrować zagadkę? Ba... jeśli chodzi nam tylko o zagadkę, możemy sobie lekturę darować, ale jeśli naszą motywacją do czytania jest także delektowanie się sposobem, w jaki autor(-ka) opisuje środowisko – które, jeśli zagadka ma być wiarygodna, musi być równie wiarygodnie przedstawione (w tej powieści oprócz postaci dziewczyny wierzącej, że uroda, wdzięk i pieniądze rzucą jej cały świat do stóp, oprócz dramatu rozgrywającego się między dwiema kobietami i mężczyzną, przez którego ich przyjaźń się skończyła, zobaczymy np. wymowny portret dorosłego dziecka alkoholika czy z lekka sparodiowaną sylwetkę komunizującego młodzieńca z zamożnego domu) – i jak ukazuje bodźce pchające ludzi do popełnienia zbrodni, znajomość rozwiązania nie odbierze nam przyjemności. A w przypadku kryminałów Christie tło jest równie ważne, jak intryga. I jak niezastąpiony Hercules Poirot, który samą swoją obecnością sprawia czytelnikom nieziemską frajdę. 

--- 
[1] Agatha Christie, „Śmierć na Nilu”, przeł. Natalia Billi, wyd. Prószyński i S-ka, 2001, s. 45. 
[2] Tamże, s. 8. 
[3] Tamże, s. 11. 
[4] Tamże, s. 17. 
[5] Tamże, s. 31. 
[6] Tamże, s. 33. 

Recenzję napisała Dot59, opinia pochodzi z portalu BiblioNETka. 

piątek, 27 kwietnia 2018

"Kurtyna"



Tytuł oryginału: „Curtain”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2017
Tłumacz: Anna Szeryńska
Ilość stron: 232
Ocena: 4/6
 

Właśnie przejrzałam ostatnie wpisy i uświadomiłam sobie, że od dawna nie pojawiło się nic o książce. Wyszłoby na to, że nic nie czytam. Aż tak źle jednak nie jest. Czytam, czytam, a ostatnio naszło mnie na kolejną zagadkę z Agathą Christie. Zagadkę po raz kolejny rozwiązywaną przez Herkulesa Poirot. Tym razem sięgnęłam po ostatnią powieść, w której pojawia się belgijski detektyw.

Zaglądamy więc do Styles (tak, tu słynny tropiciel zbrodniarzy wszelakich zaczynał swoją karierę). A że bez zagadki i podejrzanych morderstw nie byłoby powieści, to zaczynamy poszukiwania przebiegłego bandyty. Poszukiwany jest tajemniczy Iks, sprawca pięciu tajemniczych morderstw (przynajmniej o tylu wiadomo), który postanowił pojawić się w pensjonacie w Styles. Jednak większą zagadką dla naszego detektywa jest nie to, kto zabije, a to, kto będzie ofiarą.

Przyznaję, że w całej swojej naiwności, nie zgadłam kto jest naszym Iksem (znowu). Pociesza mnie tylko to, że znalazłam się w doborowym towarzystwie kapitana Hastingsa, który też miał problem z rozwiązaniem zagadki. Ale co będę się wdawać w szczegóły, tym bardziej, że to kryminał.

Powieści Agathy Christie chyba faktycznie mają w sobie to coś, co sprawia, że wciąż wracam do jej twórczości, pomimo tego, że mam notoryczny problem z wykryciem sprawcy. Wciąż jestem zaskakiwana, ale ma to swój urok. Nudy w towarzystwie książki nie stwierdzono i jak się okazuje są rzeczy, o które bym naszego detektywa nie podejrzewała. Choć pewności siebie wciąż mu nie brak.

I pomyśleć, że były czasy, w których sądziłam, że proza angielskiej pisarki jest nie dla mnie. Nie do wiary.