poniedziałek, 20 listopada 2017

Dla zadośćuczynienia sprawiedliwości warto odrapać lakierki - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE!


Po co człowiek wyjeżdża na urlop? Po to, rzecz jasna, by przede wszystkim odpocząć od pracy, tym bardziej jeśli należy ona do gatunku tych, od których nie można się uwolnić, przekroczywszy próg firmy po ośmiu godzinach wykonywania wymaganych czynności. A nikt nie zaprzeczy, że taka właśnie jest praca prywatnego detektywa, działającego na własny rachunek; co prawda nikt nie każe mu podpisywać listy obecności ani nie zabrania wyjść na obiad w trakcie zbierania informacji, ale za to bywa, że prowadzone sprawy zajmują jego myśli całymi dniami, bez względu na to, czy właśnie siedzi nad aktami, czy spożywa posiłek, robi zakupy, kładzie się spać. Potrzeba mu zatem możliwości całkowitego oderwania się od środowiska, w którym zazwyczaj pracuje, od wszystkiego, co w jakiś sposób z jego pracą się wiąże; w tym celu warto wybrać się daleko, daleko, im dalej, tym lepiej... 

Herkules Poirot dobrze to wie, od czasu do czasu spędza więc wakacje poza Wyspami Brytyjskimi, najchętniej na Bliskim Wschodzie, gdzie po pierwsze, jest zawsze ciepło, a po drugie, można zobaczyć coś ciekawego, nie zmieniając jednak zasadniczo swoich codziennych przyzwyczajeń. No, bo nie oszukujmy się, nie jest on przecież typem poszukiwacza przygód, który, odziany w nietwarzowe drelichy i nieeleganckie buciory na grubych podeszwach, będzie przemierzał konno lub pieszo jakieś niezdobyte pustkowia, kładąc się do snu na improwizowanej pryczy i odżywiając się, quelle horreur, konserwami z puszki! Na szczęście brytyjskie firmy turystyczne zapewniają takiemu podróżnikowi zakwaterowanie w odpowiedniej klasy hotelach, a gdyby mu przyszło na myśl wybrać się na wycieczkę po pustyni, stwarzają – z pomocą niezliczonej rzeszy personelu – maksymalnie komfortową namiastkę tego, czego oczekuje. Niestety, sęk w tym, że z ich usług korzystają praktycznie wszyscy zamożni Europejczycy i Amerykanie, którym przyjdzie na myśl wybrać się w te regiony. Również ci, co mają jakieś nieczyste zamiary albo są tak przepełnieni złymi emocjami, że byle jaka zmiana może ich sprowokować do gwałtownych czynów. Nic więc dziwnego, iż gdziekolwiek by się mały Belg znalazł, zawsze może się okazać, że jego szare komórki będą miały co robić... 

Na przykład w Ziemi Świętej, na terytoriach chwilowo zarządzanych przez Brytyjczyków, gdzie prócz niego spędza wakacje zamożna Amerykanka z kilkorgiem dorosłych dzieci i przyjacielem rodziny, światowej sławy francuski psychiatra oraz trzy Angielki: młoda lekarka, parlamentarzystka i emerytowana niańka. Już pierwszego dnia udaje mu się niechcący posłyszeć fragment rozmowy, zawierający "ciekawe zdanie! W sam raz dla uszu słynnego detektywa"[1]. Nie ma jednak zbyt wielu okazji do dociekań, bo cała gromada hotelowych gości – w tym rodzina, która zwróciła jego uwagę nietypowym zachowaniem – właśnie opuszcza Jerozolimę, udając się na tygodniową wycieczkę do Petry. Lecz już wkrótce prosi go o pomoc niejaki pułkownik Carbury, odpowiednik szeryfa w ówczesnej Transjordanii; oto bowiem na jego terytorium zmarła nagle sześćdziesięcioparoletnia turystka. "Męcząca podróż, upał, niezwykły o tej porze roku, choroba serca (...). Śmierć naturalna, idealnie łatwa do uzasadnienia"[2] – a jednak sumienny wojak jakoś nie może się pozbyć wrażenia, że rodzina nieboszczki za mało boleje nad jej zgonem, na dodatek w relacji towarzyszącego wyprawie lekarza dostrzegł parę zastanawiających informacji. A kiedy okazuje się, że właśnie Boyntonów spotkał Poirot parę dni wcześniej w holu hotelu "Salomon", i kiedy rozpoznaje on głos, który pierwszej nocy usłyszał przez okno – jest już pewien, że to sprawa dla niego... 

Czy uda mu się w ciągu jednej doby dociec prawdy, w to może wątpić co najwyżej Carbury; my wiemy, że nie takich rzeczy do tej pory dokonywał, więc jeśli ktoś z tego nie wyjdzie z honorem, na pewno nie będzie to on, lecz osoba, która – czy celowo i z rozmysłem, czy tknięta jakimś nagłym impulsem, sprowokowana tą jedną kroplą jadu przepełniającą czarę goryczy – pomogła starszej pani przenieść się na drugi świat. 
Uznanie dla jego daru obserwacji i dedukcji to jedno; sympatia, jaką go darzymy bez względu na pewne niedoskonałości jego charakteru, wliczając w to przesadną pedanterię i niejaki egocentryzm, to drugie. Ale jest i trzeci powód, że "Rendez-vous ze śmiercią" odbieramy inaczej niż przeciętny kryminał – mianowicie świetne portrety psychologiczne postaci. Zwłaszcza rodziny Boyntonów. Pięcioro dorosłych ludzi, kompletnie sterroryzowanych i ubezwłasnowolnionych przez złośliwą, despotyczną kobietę, która tylko dla jednego z nich jest rodzoną matką – sytuacja, zdawałoby się, nieprawdopodobna. Ale czy rzeczywiście? Czy niemożliwe jest zdominowanie kilkuletnich dzieci poprzez niemal całkowite odizolowanie ich od otoczenia i wpajanie im fałszywych poglądów? Zapytajmy psychologów i psychiatrów... chociaż właściwie nie musimy, wystarczy uważnie przysłuchać się dyskusji Jeffersona Cope'a z doktorem Gerardem i dialogom, w których biorą udział młodzi Boyntonowie. Nikt z tej piątki nie pracuje, oficjalnie dlatego, że cała rodzina może wygodnie żyć ze schedy po ojcu, ale także dlatego, że żadne z nich, odebrawszy tylko pobieżne domowe wykształcenie, nic nie umie (może poza Nadine, która co prawda, poślubiwszy Lennoxa, nie zdołała już ukończyć szkoły pielęgniarskiej, jednak jakichś umiejętności nabyła) i nie ma pomysłu, czego by się mogło nauczyć. A nawet gdyby pomysł miało, i tak go nie zrealizuje, bo matka nie da na to pieniędzy. Zaś bez pieniędzy od matki nie da sobie rady, bo przecież nic nie umie, a skoro nie umie, nie może podjąć pracy... I błędne koło się zamyka. Są od niej zależni, więc muszą tańczyć tak, jak ona im każe, choćby kazała na komendę chodzić spać i zachowywać się niegrzecznie wobec znajomych. Ich stłamszone osobowości bronią się, jak potrafią. Lennox, mimo perswazji żony (która jako jedyna nie dała się teściowej do końca sterroryzować i wykonując jej życzenia, jednak w swoim umyśle pozostaje wolna), pogrąża się w mentalnym letargu; Carol i Raymond cierpią na ataki lęku przy kontaktach z obcymi; Ginevra, najmłodsza, zdradza objawy psychozy reaktywnej (doktor Gerard podejrzewa ją nawet o schizofrenię, ale, jak się potem dowiemy, na szczęście dla niej podejrzenie to okaże się mylne). 


Przeciwwagę dla tego dramatycznego portretu zbiorowego stanowią sylwetki innych bohaterów, nakreślone z mniej lub bardziej widocznym zacięciem humorystycznym. Lady Westholme, oczywista karykatura pewnego – innego niż pani Boynton – typu kobiety silnej i dominującej, która bywa "ogólnie szanowana i prawie powszechnie nie lubiana"[3]. Wstydliwa, bojaźliwa i szczebiotliwa panna Pierce, łatwowierna i tak podatna na sugestię, że gotowa przysięgać, iż widziała to, czego nie widziała. Sara King, młoda lekarka, która w obecności atrakcyjnych mężczyzn ma skłonności do zachowań nieco egzaltowanej pensjonarki. Doktor Gerard – jak przystało na Francuza, naigrawający się z angielskiej powściągliwości i bezceremonialnie komentujący szykowność stroju poszczególnych dam. Ba, nawet zabierający głos tylko w jednej scenie dragoman Mahmud, który tak wyrzeka na swojego pecha i na podległych mu służących... No i oczywiście sam Poirot, zawsze pewny siebie, zawsze zadowolony z siebie, choć niekoniecznie z okoliczności, mogących, nie daj Boże, niekorzystnie rzutować na jego wymuskaną aparycję, od starannie wypielęgnowanych wąsów po czubki lakierków (ach, zwłaszcza tych nieszczęsnych lakierków, zakurzonych i odrapanych podczas przechadzek po kamienistej pustyni!). 

Zagłębiając się w studiowanie tych sylwetek, niemal się zapomina o kryminalnej fabule, która tym razem zawiera zagadkę, zdawałoby się, nie do rozwiązania: tyle osób ma motyw, tyle osób ma niezbite alibi, a jeszcze do tego prawie każda z nich gotowa jest wziąć winę na siebie, by chronić kogoś innego... Ale czy to wada? Chyba nie, skoro ciągle tak chętnie sięgamy po nieśmiertelne powieści lady Agathy, nie zawsze znajdując dla nich alternatywę w wypuszczanych na rynek setkach współczesnych kryminałów... 


--- 
[1] Agatha Christie, „Rendez-vous ze śmiercią”, przeł. Jan Tadeusz Dehnel, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 6. 
[2] Tamże, s. 91. 
[3] Tamże, s. 66. 

Recenzja pochodzi z portalu BiblioNETka, autorką opinii jest Dot59.

środa, 15 listopada 2017

Wczesne sprawy Poirota (Poirot's Early Cases) - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE!

Gdybym kiedyś miała wybrać jedną jedyną Christie do zabrania na bezludną wyspę mój wybór z pewnością zawęziłby się do Wczesnych spraw Poirota i Dwunastu prac Herkulesa. Dalej byłoby już trudniej, bo obie są klasą samą w sobie i czystą rozrywką, nie mówiąc o tym jakie to kopalnie wiedzy i zabawnych ciekawostek o najsłynniejszym belgijskim Detektywie. Bez dwóch zdań Królową Kryminału można też mianować Mistrzynią Opowiadań.

Wczesne sprawy Poirota to doskonały przykład na to, że dobra intryga nie musi od razu zajmować co najmniej 100 stron. Opowiadania Christie są zwięzłe, ale nie przeszkadza im to świetnie oddawać angielskiej atmosfery, wiarygodnie przedstawiać postacie, tryskać humorem, żonglować fałszywymi tropami czy (najważniejsze!) zaskakiwać nietypowym rozwiązaniem. O tak, wśród 18 opowiadań pisanych w latach 20-tych i 30-tych nie brakuje kilku dość szokujących zwrotów akcji (np w Bombonierce, Mieszkaniu na trzecim piętrze czy Dziedzictwie Lemesurierów). Podobnie zresztą jak parodiujących gatunek kryminalny historii -  w Damie z woalką czy Przygodzie kucharki z Clapham, gdzie Poirot zostaje wynajęty do znalezienia zaginionej kucharki!
Zbiór po raz pierwszy w wydano w 1974 roku, większość utworów publikowano w magazynie The Sketch, kilka na przestrzeni lat pojawiało się w rozmaitych (nie wydanych u nas) antologiach jak The Regatta Mystery and Other Stories czy  The Under Dog and Other Stories. 

Wśród opowiadań mamy zarówno jedne z pierwszych angielskich spraw Hercule'a (Dziedzictwo Lemesurierów, Wypadki na Balu Zwycięstwa), jak i słynną historię jedynej pomyłki Detektywa z jego belgijskiego okresu - Bombonierkę. Również tu pojawia się po raz pierwszy Hrabina Rossakoff (wPodwójnym dowodzie) i Panna Lemon (w  Jak rosną kwiatki w pani ogródku?). Ale zdecydowanie najważniejszą obok Małego Belga postacią jest oczywiście nieoceniony narrator i przyjaciel - Kapitan Hastings. 

Hastings - zapalony kierowca w 3 odcinku serialu Agatha Christie's Poirot - Przygoda Johnniego Waverly. Zdjęcie ze stronyinvestigatingpoirot.blogspot.com
Kapitana znajdziemy nie  tylko w czterech późniejszych opowiadaniach (Mieszkanie na trzecim piętrze, Na pełnym morzu, Gniazdo os i Jak rosną kwiatki w pani ogródku), ale i pozostałych, które stanowią piękną kronikę wieloletniej przyjaźni Poirota i Hastingsa, jeszcze przed czasami luksusowego lokum w Whitehaven Mansions i przed małżeństwem Hastingsa. 
Przyjaciele mieszkają w wynajętych pokojach bez większych wygód, dzieląc miłe chwile przy kominku nad filiżanką tisane i szklanką whisky. Poirot pozostaje jak zawsze pedantycznym czyścioszkiem, a Kapitan najnaiwniejszym z Watsonów tego świata. Porwania, kradzieże klejnotów, morderstwa - Hastings na pewno nie może narzekać na chwile nudy.                                                  

W trakcie śledztwa nie raz obracają się wśród wyższych londyńskich sfer (Wypadki na Balu Zwycięstwa, Podwójny ślad), podróżują na prowincję (Kornwalijska tajemnica, Ekspres do Plymouth) czy goszczą w eleganckich, wiejskich rezydencjach ( Projekt okrętu podwodnego, Przygoda Johnniego Waverly). 

Poirot i Hastings w Przygodach Kucharki z Clapham - pierwszym odcinku serialu Agatha Christie's Poirot. Zdjęcie ze stronyhttp://www.porcelinasworld.com
Możemy przyjrzeć się też parze Poirot/Hastings po godzinach - w Podwójnej winie spędzają wakacje w hrabstwie Devon, gdzie Kapitanowi udaje się namówić Hercule'a na wycieczkę autobusową! Zaś w Tajemnicy Market Basing jeszcze bardziej osłupiały czytelnik zastaje ich na wspólnym sielskim weekendzie z nikim innym jak Inspektorem Jappem! Z kolei Na pełnym morzu opisuje wakacje Poirota w Egipcie na długo przed słynną Śmiercią na Nilu
I oczywiście nie trzeba dodawać, że w każdej z tych spraw (oczywiście z wyjątkiem nieszczęsnej Bombonierki) belgijski Detektyw pokazuje najwyższą klasę i mistrzowsko rozwiązuje sprawy nie do rozwiązania, wszystko na oczach zwykle dość zbaraniałego Kapitana Hastingsa.

Jednym słowem - pozycja obowiązkowa. Wczesne sprawy Poirota to bynajmniej nie zestaw przystawek przed Śmiercią na Nilu czy Pani McGinty nie żyje, ale pełnoprawne, pyszne danie a'la Hercule. 

Garść ciekawostek:

  • Agatha Christie często ponownie wykorzystywała pomysły ze swoich wczesnych opowiadań. I tak Ekspres z Plymouth przekształcił się w powieść Zagadka błękitnego ekspresuProjekt okrętu podwodnego i Tajemnica Market Basing w nowelki Niewiarygodna kradzież i Morderstwo w zaułku, a Jak rosną kwiatki w pani ogródku? wykazuje duże podobieństwo do książki Niemy świadek
  • Większość opowiadań została zaadaptowana w ramach pierwszych 3 sezonów serialu Agatha Christie's Poirot, ale niesprawiedliwie pominięto Tajemnicę Market Basing i Dziedzictwo Lemesurierów. 
  • W przeciwieństwie do opowiadań - w serialowych wersjach Mieszkania na trzecim piętrze, Na pełnym morzu, Gniazda os i Jak rosną kwiatki w pani ogródku? pojawia się Kapitan Hastings. Również Panna Lemon została uwzględniona w większości adaptacji utworów z Wczesnych spraw Poirota.
Recenzja pochodzi z bloga Kuchnia Poirot. Autorką recenzji jest Ariadna. Dziękujemy! 


piątek, 10 listopada 2017

"Tragedia w trzech aktach" - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE!


Tytuł oryginału: „Three Act Tragedy”
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2014
Tłumacz: Anna Mencwel
Ilość stron: 240
Ocena: 5/6

Dawno nie sięgałam po twórczość Królowej Kryminału. Ale w miesiącu urodzin Agathy Christie w końcu sięgnęłam po kolejną jej powieść. A króluje w niej Herkules Poirot.

Skoro w powieści spotykamy słynnego detektywa, to nie mogło zabraknąć morderstwa.  Tych mamy tutaj aż trzy. A rozwikłać tajemnicę morderstw, oprócz naszego detektywa, próbują trzy osoby (ach te zagadki). Wśród nich jest słynny aktor – sir Charles Cartwright. Rzecz jasna zagadkę rozwikłuje jedyna słuszna osoba. Morderca sądził, że jest sprytny i wywiedzie wszystkich w pole, ale niestety mu się nie udało.

Muszę przyznać, że intryga jest świetna. Wiem, że chwalę twórczość Agathy Christie, ale z drugiej strony… Czemu miałabym tego nie robić? Rozwiązywanie jej zagadek, to po prostu ciekawe zajęcie.

A bohaterowie? Krótko mówiąc: oryginalni. Chociaż nasz aktor, o którym już wyżej wspomniałam, to wyjątkowo (przynajmniej w moim odczuciu) irytujący człowiek. I cóż ta poczciwa Egg w nim widziała? Ale podobno miłość bywa ślepa. Cóż poradzić. Zdecydowanie lepiej na jego tle wypadł pan Satterthwaite.

Szkoda, że powieść skończyła się tak szybko, a jedna rzecz mnie intryguje. Jaką karę dostał przestępca? Ale jaka by nie była, mam nadzieję, że sprawcę trzech zbrodni zabolała. A żeby się zbytnio nie zamartwiać owym uczuciem boleści, to trzeba będzie sięgnąć po kolejne kryminalne zagadki.

niedziela, 5 listopada 2017

O największej tragedii w życiu Agathy Christie

Podobno Agatha Christie powiedziała kiedyś do swojej przyjaciółki: "Jeśli chcesz wiedzieć, jaka jestem, przeczytaj »Niedokończony portret«"[1]. Cóż, rzeczywiście, jest to niewątpliwie najbardziej autobiograficzna powieść Królowej Kryminałów. Na dobrą sprawę można by ją czytać jednocześnie z "Autobiografią" – tak bardzo się pokrywają. A jednak w „Niedokończonym portrecie” Christie opisuje historię, która nigdy nie znalazła się na kartach „Autobiografii”. Zbyt była na to dramatyczna, zbyt bolesne wspomnienia przywoływała. Mimo wszystko pisarka miała potrzebę rozliczenia się z tamtą sprawą. Tak powstał właśnie „Niedokończony portret”, powieść mało znana, nawet fanom Królowej Kryminałów. Czy o jej niskiej popularności decyduje pseudonim Mary Westmacott na okładce? Trudno rozstrzygnąć. Obecnie ukazał się nowy przykład tej książki – jego autorką jest Maria Grabska-Ryńska

Główną bohaterką „Niedokończonego portretu” jest Celia, kobieta w średnim wieku. Już jako mała dziewczynka była nadwrażliwa i zagubiona, pełna lęków (paraliżował ją przerażający koszmar senny o Strzelcu, uzbrojonym żołnierzu z kikutami zamiast dłoni), niezrozumiana przez otoczenie (za wyjątkiem Miriam, ukochanej matki – ta potrafiła dotrzeć do Celii). To po matce Celia odziedziczyła "niebezpieczną intensywność odczuć"[2]. Miała też ogromną potrzebę poczucia bezpieczeństwa – stąd ucieczki w świat wymyślonych przyjaciółek i kreowanie ich dramatycznych losów. To poniekąd cieplarniane dzieciństwo (z mrocznym Strzelcem na horyzoncie snów) przebyte w szczęśliwym domu nie dało jej wystarczającej siły, aby w przyszłości mogła znieść trudy związane z dorosłością.


– uciekała w świat marzeń, wymyślając sobie przyjaciółki i ich dramatyczne losy. To poniekąd cieplarniane dzieciństwo spędzone w szczęśliwym rodzinnym domu nie dało jej siły do znoszenia trudów dorosłego życia. Warto tu przytoczyć fragment rozmowy Celii z przypadkowo poznanym mężczyzną:

„- Czy była pani szczęśliwa jako dziecko?
- O, tak! – szczery zapał tego oświadczenia nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. – Zbyt szczęśliwa.- Czy to możliwe?- Tak sądzę. Widzi pan, człowiek nie jest wówczas przygotowany na tak zwane dopusty losu. Nawet mu na myśl nie przyjdzie, że mogą się wydarzyć.
- Miała pani tragiczne doświadczenia – podsunąłem.
Lecz ona pokręciła głową.
- Nie. Tak naprawdę to chyba nie. Nie przydarzyło mi się nic niezwykłego. Zwyczajne niepowodzenia, które spotykają całą masę kobiet. Nie byłam jakoś szczególnie pechowa. Byłam głupia. Tak, po prostu głupia. A na świecie nie ma miejsca dla głupców”[3].

Celia wchodzi więc w dorosłość i świat miłości z ubogim doświadczeniem i z gruntu naiwnymi wyobrażeniami. 
„Małżeństwo równało się dla niej słowom »i żyli długo i szczęśliwie«, którymi kończyły się jej ulubione bajki. Nie widziała w tym żadnej trudności, żadnej groźby katastrofy. Kiedy ludzie się kochają, są szczęśliwi. Nieszczęśliwe małżeństwa – bo oczywiście zdawała sobie sprawę, że jest ich wiele – brały się stąd, że ludzie się nie kochali”[4]. 

Wielbicieli nie brakuje – a jednak Celia wiąże się z zawadiackim, czarującym Dermontem (postać wzorowana na pierwszym mężu pisarki, pułkowniku Archibaldzie Christie). Życie z nim jawi się jak ekscytująca przygoda. Bohaterka nie wie, że ten burzliwy związek na zawsze naznaczy jej życie. 

"Niedokończony portret" tchnie emocjonalnym autentyzmem, tak przekonującym, że trudno mieć wątpliwości – tę historię Agatha Christie zaczerpnęła z własnego życia. To w dużej mierze historia kobiety stale niepewnej siebie, pełnej lęków, a jednocześnie spragnionej miłości. Zakochana, bezgranicznie oddana mężowi Celia nie dostrzega, że Dermont podporządkowuje ją sobie, poniża, a także nie spełnia jej potrzeb emocjonalnych. Nie potrafi odpowiedzieć na jej miłość. Brakuje mu empatii oraz dojrzałości. Wyjątkowo to niedobrana para, świetnie oddana pod względem psychologicznym (zresztą nie brakuje tu dobrze sportretowanych postaci – uroczo wiktoriańska babka, inteligentna, pełna ciepła Miriam wzorowana na matce autorki, wyważony Peter, wzgardzony narzeczony, Judy, niesłychanie okrutna w swej chłodnej dziecięcości). Forma powieści sprawia, że to wszystko trochę mniej porusza niż by mogło (koleje losu Celii czytelnik poznaje z pospiesznej i trochę suchej relacji mężczyzny, który poznał ją przypadkiem – już jako dojrzałą kobietę po przejściach), a jednak to nadal dramatyczna historia.


Czy ta historia stanowi literacki autoportretem Agathy Christie? Jeśli nawet – to, nomen omen, niedokończony, czy może raczej – trochę wyretuszowanym. Celia, alter ego Królowej Kryminałów, jest w całej opowieści bez winy, odpowiedzialność za wszystko spada na barki męża. Tymczasem sytuacja w małżeństwie pisarki nie była tak jednoznaczna. Agatha Christie pominęła własne winy. Odwołam się tu znów do książki Cade’a, który słusznie zauważa:


„Powieściowa Celia jest przedstawiona jako niewinna ofiara okrutnego męża, nie jak osoba współodpowiedzialna za losy swojego związku. Nie ma tu żadnej wzmianki o tym, by upierała się przy swoim, kłóciła o pieniądze czy zmuszała męża, aby postępował wbrew swojej woli”[5].


Na szczęście ów retusz nie rzutuje na autentyzm przedstawionych emocji. Bo też trzeba pamiętać, że rozwód był tragedią życia Christie – tragedią, której ślady widać w wielu jej powieściach z motywem trójkąta małżeńskiego w tle (można tu wymienić takie tytuły jak: „Niedziela na wsi”, „Pięć małych świnek”, „Zerwane zaręczyny”). Natomiast w żadnym ze swoich kryminałów pisarka nie naświetliła problemu zdrady tak wnikliwie, jak w powieści psychologicznej "Niedokończony portret". 

---
[1] Jared Cade, "Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni", przeł. Małgorzata Glasenapp, wyd. WAB, 2015, s. 195.
[2] Agatha Christie, "Niedokończony portret", przeł. Maria Grabska-Ryńska, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2017, s. 95.
[3] Tamże, s. 15.
[4] Tamże, s. 209.
[5] Jared Cade, dz. cyt., s. 195. 


Recenzja jest zmienioną wersją opinii "Niedokończony portret - Westmacott Mary", napisanej do poprzedniego wydania książki i opublikowanej 1 lipca 2016 roku TUTAJ. 

wtorek, 31 października 2017

Gdyby Marple miała wąsy - Morderstwo odbędzie się WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE

„Morderstwo odbędzie się” należy do cyklu książek, których główną bohaterką jest Jane Marple, starsza pani, pałająca zamiłowaniem do historii kryminalnych. Obok Herkulesa Poirota to najbardziej rozpoznawalna postać stworzona przez Agatę Christie.
            W piątkowym wydaniu lokalnej gazety Little Paddock ukazuje się ogłoszenie, w którym wszyscy mieszkańcy zostali zaproszeni do uczestnictwa w grze w morderstwo. Właścicielka domu, wymienionego w ogłoszeniu, wcześniej nie mająca pojęcia o istnieniu zaproszenia, postanawia się dostosować i przygotowuje przyjęcie. O wyznaczonej godzinie część mieszkańców miasteczka odwiedza pannę Blacklock i zupełnie niechcący uczestniczy w realnym zamachu na życie gospodyni, w trakcie którego ginie jedynie sam napastnik. Śledztwo prowadzi inspektor Craddock, a pomaga mu nieoceniona panna Marple, przebywająca z wizytą u przyjaciół.
            Poza faktem, że „Morderstwo odbędzie się” jest sprawnie napisane i dobrze się czyta, powieść ma niemal same wady. Owszem, intryga kryminalna jest przeprowadzona bardzo sprawnie i z dbałością o szczegóły (choć tym razem udało mi się domyślić się, kto zabijał, nie wiedziałam tylko, jaki miał powód). To druga książka Christie, którą czytam i zaczynam mieć wrażenie, że wszystkie są na jedno kopyto. Zawsze ktoś podaje się za kogoś innego, pojawiają się zaginieni krewni, którzy w ogóle nie powinni istnieć, a wszystko kręci się wokół dziedziczonych wielkich fortun. A same postaci, gdy poznać ich motywy, wydają się bardzo antypatyczne. Zdaję sobie sprawę, że w czasach, gdy Agata Christie pisała swoje książki, takie zdarzenia mogły być jeszcze na porządku dziennym (powojenny chaos, brak dokumentów), współczesnemu czytelnikowi kryminałów, obeznanemu z DNA i odciskami palców, coraz trudniej przyjmować tę rzeczywistość na wiarę.
            Nie podoba mi się także potraktowanie postaci Mitzi. Narrator pokazuje ją jako nieco niezrównoważoną intrygantkę, która lubi zmyślać i ma nazwisko nie do wymówienia. Nikogo też nie oburza fakt, że Patryk zrobił jej obrzydliwy żart i przekonał biedaczkę, że szukają jej gestapowcy. Niestety, mnie jako mieszkankę Polski, nieco inaczej patrzącą na okropności II wojny światowej, nie podoba się naśmiewanie się z Żydówki, która w strachu przed śmiercią ucieka z własnego kraju. Kraju, w którym miała tytuł uniwersytecki, a nie piekła placki dla bandy zadufanych w sobie mieszkańców wsi, dla których największy problem po II wojnie to taki, że węgiel jest drogi i znacznie trudniej, niż kiedyś o dobrego ogrodnika. Czytałam i zastanawiałam się, jak bardzo ci ludzie nie mieli o niczym pojęcia.  
            Po przeczytaniu książki obejrzałam ekranizację z 2005 roku, w której w rolę Jane Marple wciela się  Geraldine McEwan. Film jest dość wiernym odwzorowaniem książki, choć nie podoba mi się wycięcie części postaci – choćby Bułeczki i jej męża. Zupełnie niepotrzebna była także zmiana niektórych wątków – pozbawienie pułkownika żony i uwikłanie go w romans z panią Swettenham.
            Choć doceniam dokonania Agaty Christie dla rozwoju kryminału jako gatunku, „Morderstwo odbędzie się” nie jest książka robiąca dobre wrażenie, w Little Paddock mieszka zbyt wiele osób podających się za kogoś innego w przeliczeniu na kilometr kwadratowy.   Jest to powieść, przy lekturze której zastanawiałam się, czy Jane Marple sama w którymś momencie nie ściągnie maski, nie pokręci wąsa i nie powie: „Oto ja, Herkules Poirot, oszukałem was wszystkich i na co dzień noszę wąsy”.
Recenzja pochodzi z bloga Biblioteka Edgara.