sobota, 21 stycznia 2017

Trup w bibliotece? Czemu by nie...

...ale tylko na kartach książki Agathy Christie. Królową kryminału odkryłam bardzo późno (zawsze to lepiej niż wcale),  oczywiście miałam świadomość jej istnienia i popularności, ale nie korciło mnie, by sięgnąć po jej utwory. Zazwyczaj nie miałam ochoty, jednak gdy już spróbowałam, stwierdziłam, że to całkiem smaczny kąsek i teraz co jakiś czas chętnie podczytuję.
The Body in The Library rozpoczyna się od razu "z grubej rury"- w dworku państwa Bantry, przed kominkiem w bibliotece znaleziono zwłoki nieznajomej młodej kobiety. Ani właściciele rezydencji, ani służba nie mają pojęcia kim jest nieboszczka i skąd, u licha, się tu wzięła. Sytuacja jest mocno niezręczna, absurdalna.  Rozpoczyna się śledztwo, trop prowadzi do hotelu w pobliskiej miejscowości, gdzie ofiara pracowała jako tancerka. W grę wchodzą motywy romansowe i majątkowe, krąg podejrzanych, zamieszanych w sprawę jest szeroki.Co z tego wyniknie? No przecież nie napiszę...

Po raz pierwszy w tej książce spotkałam się ze słynną panną Marple (na imię jej było Jane - nie wiedziałam). Do tej pory czytałam (przypadkowy dobór) te, gdzie występował niemniej słynny Herkules Poirot. Zupełnie inne miałam wyobrażenie o niej. Sądziłam, że jest młodsza i pełni bardziej formalną funkcję(nie wiem czemu uznałam, że była detektywem) w systemie dochodzeniowym. Tymczasem to starsza pani, która niesamowity zmysł obserwacji i  zdolność logicznego myślenia wykorzystuje w amatorskim działaniu, a swoje spostrzeżenia buduje na podstawie analogii do osób, które zna z okolicy. Jej umiejętność wyłapywania szczegółów zasługuje na uznanie.Do samej postaci i jej sposobu bycia muszę przywyknąć. 

"Noc w bibliotece" to dobry kawał rozrywki w starym, ale jakże uroczym, stylu. Wciąga czytelnika w wir śledztwa i domysłów, prezentuje galerię ludzkich typów oraz poplątanych losów. Znakomicie i szybko się czyta.

Recenzja pochodzi z bloga Agnestariusz - notatki w kratki i książkowe zapiski.
Bardzo dziękuję Agnesto za możliwość opublikowania recenzji na blogu "Na tropie Agathy". 


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Zamknięta trumna - Sophie Hannah


Athelinda Playford, głowna bohaterka „Zamkniętej trumny”, to niezwykle bogata, starsza dama, na dodatek pisarka. Stworzyła cykl książek detektywistycznych dla dzieci i przypomina nieco Ariadnę Oliver z powieści Agathy Christie.
Lady Playford zaprosiła swojego syna Harry’ego z żoną Dorro oraz córkę Claudię z narzeczonym Randallem Kimptonem, dwóch prawników – Michaela Gathercole’a i Orville’a Rolfe’a, a także Edwarda Catchpoole’a oraz Herculesa Poirot, do posiadłości Lillieoak w Irlandii. Na miejscu, poza gospodynią, mieszkał jej sekretarz Joseph Scotcher i pielęgniarka Josepha, Sophie Bourlet. Fabuła zatem, dzieje się w zamkniętej przestrzeni domu oraz wśród ścisłego grona domowników, gości oraz trzech osób służby – kamerdynera Hattona, pokojówki Phyllis i kucharki Brigid. Przebieg całej historii opowiedział nam Edward Catchpoole, współczesny odpowiednik Artura Hastingsa, naoczny świadek wydarzeń, które miały miejsce w latach ’30 XX wieku.

Powodem zgromadzenia się tak niezwykłych osób w Lillieoak okazało się odczytanie nowego testamentu lady Playford, a to z kolei stało się zarzewiem kłótni, a następnie popełnienia morderstwa.
Mamy tutaj wykorzystany cały arsenał rekwizytów oraz chwytów, jakie cechują powieści detektywistyczne. Wiele osób miało powód, aby popełnić morderstwo, a jednocześnie nikt nie miał albo sposobności, albo absolutnie niemożliwym było, żeby to zrobił ze względu na swój charakter, uczucia lub stanowisko, autorka zaś umiejętnie odsłania nam kolejne szczegóły dotyczące okoliczności zabójstwa. Książka nie dłuży się jak „Inicjały zbrodni”, jednak do dyscypliny, która cechowała Agathę, Sophie Hannah jest bardzo daleko.

Mogłabym uznać tę książkę za zupełnie udaną powieść detektywistyczną, gdyby nie miała ambicji ożywić Herculesa Poirot, ponieważ on w książce niby jest, ale jakiś wyblakły, papierowy, zepchnięty na bok. Owszem, wspomina o swoich słynnych szarych komórkach, ale nie ma ani jednej sytuacji, w której zabłysnąłby intelektem, popełnia błędy, których prawdziwy Poirot nie popełniłby nigdy. To tylko marny aktorzyna, przebrany za prawdziwego Herculesa, bez talentu koniecznego, żeby go zagrać, twór poirotopodobny.
Wszyscy są tu marnymi aktorami. Nie bez powodu wspomniałam o czasie, w którym dzieje się akcja. Wyobrażenie Sophie Hannah o wyższych sferach pokazuje, że nie ma ona pojęcia o tym, czym te sfery w rzeczywistości były, jak silny gorset obyczajowy krępował zachowania i wyostrzał języki pań i panów. Wspomniana kłótnia, która u Agathy stałaby się pikantną wymianą celnych złośliwości, u Sophie okazała się żenującą, jarmarczną pyskówką. Zniesmaczyło mnie, że jakikolwiek autor zaproponował mi udział w czymś tak niegodnym, usiłując w dodatku wmówić mi, że tak rozmawiają wicehrabiowie z stanie emocjonalnego wzburzenia. Służące u lady Agathy miała więcej klasy! W zasadzie można przyznać rację lady Playford, gdy mówi o swojej córce: 
„Claudia rozprawiłaby się z armią, otwierając tylko usta i mówiąc, co jej ślina na język przyniesie.”[1]
W książce znalazł się nawet wątek związany z operetką, a jak wiadomo Christie uwielbiała teatr. W jednej z rozmów, Claudia nawiązuje do przedstawienia „Mikado” Gilberta i Sullivana. 
„Nanki-pu pragnie poślubić Jum-jum, wszakże może to uczynić pod warunkiem, że po miesiącu zgodzi się na ścięcie przez Ko-ko, kata.”[2] 
Cała intryga, którą oczywiście rozwikłał Poirot, koniec końców okazała się, w moim odczuciu, przeszarżowana i niewiarygodna.
Znalazłam kilka wcale zgrabnych sformułowań, np. 
„zachowywała się jak duch, uwięziony pośród żyjących, pozbawiony nadziei i żywotności, a przy tym pogodzony ze swoim losem.”[3], ale też i koszmarków, jeśli chodzi o budowę zdania: 
„Gathercole podziwiał jej historyjki o radosnych dzieciach, które rozwiązywały zagadki kryminalne sprawiające kłopot miejscowej policji, odkąd natknął się na nie po raz pierwszy jako samotny dziesięciolatek w londyńskim sierocińcu.”[4] 
Nie wiem kto tu dał plamę, autorka, czy tłumaczka.

„Zamknięta trumna” jest napisana w większym stopniu w stylu Agathy Christie, niż „Inicjały zbrodni”, ale jest zaledwie dobrą powieścią detektywistyczną i nadal słabym naśladownictwem. Cóż, pecunia non olet, o czym wie Sophie Hannah i spadkobiercy Królowej Kryminału.

-------
[1] „Zamknięta trumna”, Hannah Sophie, tłum. Gardner Urszula, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016, s. 129
[2] tamże, s. 81
[3] tamże, s. 120
[4] tamże, s. 10

środa, 11 stycznia 2017

Agata Christie „4.50 z Paddington”


Agata Christie jest dla mnie od wielu już lat prawdziwą królową kryminału.  Uwielbiam jej książki, są świetne zarówno gdy ma się dobry humor, jak też i wtedy gdy ma się przysłowiowego doła. Wszystkie jej powieści są świetne, a „4.50 z Paddington”jest chyba jedną z lepszych.

    Historia zaczyna się w momencie, gdy Elspeth McGillicuddy - przyjaciółka panny Marple, jadąc pociągiem zobaczyła morderstwo. Pociąg zwolnił na pewnym odcinku trasy i mijał inny pociąg. Gdy oba pociągi, w wolnym tempie, mijały się na zakręcie, starsza pani zobaczyła, że mężczyzna  w drugim pociągu dusi kobietę. Po przyjeździe na miejsce powiedziała o wszystkim policji. Jak się można domyślać, policja przeszukała pociąg i rejon torów, a gdy nie znalazła zwłok, uznała sprawę za pomyłkę. Panna Marple znała jednak swą przyjaciółkę dość dobrze i   miała świadomość, że historia o zabójstwie nie może być urojeniem. Przyjrzała się sprawie i doszła do wniosku, że zabójstwo była drobiazgowo zaplanowane, a zwłoki musiały być wyrzucone z pociągu właśnie w okolicach zakrętu. W tamtym miejscu teren przy torach wchodzi w skład posiadłości   należącej do bardzo bogatej rodziny Crackenthorpe. Wysnuła więc wniosek, że morderstwo zostało dokonane właśnie przez kogoś, kto na terenie tamtej posesji mieszka lub chociażby bardzo dobrze ją zna. Uznała, że sprawa ta powinna być zbadana przez jej znajomą, niejaką Lucy Eyelesbarrow. Lucy zatrudniała się jako gospodyni domowa na krótki czas  do różnych domów, a w tamtym czasie z racji okresu bożonarodzeniowego, rodzina Crackanthorpe właśnie takiej gospodyni poszukiwała.

    Z chwilą przybycia Lucy do Crackenthorpów  zaczyna się właściwa akcja. Lucy jest wyjątkową osobą, szalenie pracowitą, piękną, elokwentną, odważną itp. Rodzina bogaczy jest z kolei nieco ekscentryczna. Na stałe na miejscu mieszka senior rodu z córką Emmą. Na święta przyjechali tam zaś trzej bracia Emmy : Cedryk Harold I Alfred oraz małżonek ich siostry - Bryan z synem i jego kolegą. Agata Christie jest rewelacyjnym obserwatorem charakterów. Każdy z bohaterów jest ciekawą postacią, a co najważniejsze po bliższym poznaniu okazują się oni nieco innymi osobami, niż początkowo mogło się to wydawać. Niemal każdy zaś kryje przed światem różne tajemnice. Wkrótce Lucy  odnajduje zwłoki młodej kobiety, ukryte w sarkofagu, a niedługo potem jeden z braci ginie otruty. Im dłużej Lucy przebywa z tą rodziną, tym bardziej poznaje  jej członków. Jak to u Christie bywa, każdy jest podejrzany, i każdy z mężczyzn może być potencjalnym mordercą. Im więcej sekretów rodzinnych wychodzi na jaw, tym bardziej zagadka wydaje się być skomplikowana. 

    Czytując Agatę Christie,  mam zwyczaj porównywania charakterów poszczególnych bohaterów do rzeczywistych postaci osób, które znam.  Po pierwszych scenach z nowym bohaterem  zastanawiam się, kogo mi on przypomina. I potem w miarę jak akcja posuwa się do przodu, porównuję tego bohatera książki z realną postacią. Niekiedy pierwsze wskazanie, że dany bohater to jakby moja ciotka czy koleżanka,  okazuje się nietrafne, wówczas, szukam innej rzeczywistej postaci. Jest to dla mnie świetna zabawa.  Znajomość psychologii powieściopisarki była ta tyle znamienita, że jej bohaterowie nie są papierowi , tylko realni do szpiku kości. Starszy pan Crackenthorp, przykładowo, okazuje się apodyktycznym tyranem, którego synowie nie znoszą i czekają, aby szybko umarł. Inny syn, Harold, nadęty finansista, to z kolei bankrut robiący dobra minę do złej gry. Cała niemal rodzina jest zgodna w jednej tylko kwestii, że pewne
rzeczy nie mogą oglądać światła dziennego  i powinny zostać tylko do ich wiadomości.

Agata Christie nie epatuje przemocą. Zbrodnia zarówno w tej książce, jak i w innych, popełniana jest szybko i sprawnie. Mimo że polała się krew, całość utrzymana jest w pogodnej tonacji. I właśnie za to, Christie lubię. Na przebieg wydarzeń patrzymy okiem rzeczowej i rzetelnej zarazem Lucy, bez histerii. Okazuje się oczywiście na samym końcu, kto zabijał, no i w związku z tym druga połowa tej osoby, jego /jej partner  zostanie sam/ sama. Panna Marple stwierdza, że ta osoba szybko to przeboleje, wyruszy gdzieś w podróż, z pewnością w czasie tej podróży pozna kogoś innego, lepszego od poprzednika. Nie ma więc tragizowania, czy rozdzierania szat. Lucy oczywiście ma w domu pełnym mężczyzn spore wzięcie, incydent ten kończy się więc niespodziewanie - zakochaniem się.


    W każdej książce Christie zawiera sporo psychologii, ale   zarazem każda powieść ma jakby oddzielną myśl przewodnią. W „Zatrutym piórze” bohaterką jest kobieta, która według brata w każdym środowisku znajduje sobie mężczyznę, którego uwodzi   i z którym flirtuje. Możemy oglądać i przebieg i efekt takich zabiegów. W innej powieści z kolei przewija się motyw starszej kobiety, która zmarła i nie zdążyła napisać testamentu, co spowodowało masę perturbacji. Kilka razy pada tam stwierdzenie, że nie wiadomo dlaczego, niektórzy ludzie uważają, że są nieśmiertelni. W „4.50 z Paddington” najbardziej zapadł mi w pamięć obraz operatywnej Lucy, która planuje sobie zadania i je realizuje, łącznie z przeszukiwaniem grobowca.


     Jakkolwiek by na to nie patrzeć, czytanie „4.50 z Paddington” to świetna zabawa. W tym samym niemal czasie, gdy czytałam tę książkę, w samochodzie odsłuchiwałam „Karaluchy” Nesbo. Porównania nasuwały się bezwiednie. O „Karaluchach” napiszę oczywiście oddzielnie, ale teraz zasygnalizuję, że u Christie jest opisywana codzienność i właściwie normalność. Ludzie, którzy popełniają zbrodnie, funkcjonują podobnie jak my wszyscy, na pierwszy czy nawet i drugi rzut oka nie wyróżniają się z tła zamiłowaniem do zbrodni. Są do niej zdolni w pewnych szczególnych okolicznościach. A ulubionym motywem zabójców  jest z reguły chciwość, aczkolwiek często idzie ona w parze z innymi czynnikami i też nie zawsze.

    Czytałam jakiś czas temu „Autobiografię” A.Chrisite i jej autorka spodobała mi się jako człowiek. Gdyby żyła obecnie w moim otoczeniu, z pewnością chciałabym się z nią zaprzyjaźnić. Była energiczna, myśląca i optymistycznie nastawiona do życia. I to podejście widoczne jest w książkach. W wielu kryminałach, szczególnie skandynawskich, spotykamy bohaterów z masą problemów, z depresją, alkoholizmem, traumami z dzieciństwa itp. U Christie ludzie też mają swoje tajemnice, ale one są zupełnie innego rodzaju. Nie przypominam sobie u niej problemu pedofilii, natomiast alkoholizm przybiera elegancką formę, itd. I to właśnie ją wyróżnia.

     Oglądałam też film „4.50 z Paddington” z Geraldine Mc Ewan, atmosferę książki odtworzono świetnie. A braci Crackanthorpe grali sami przystojni , chociaż mało znani aktorzy. Ten film też miał w sobie to „coś”.
6/6

piątek, 6 stycznia 2017

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" - WRZESIEŃ Z AGATHĄ CHRISTIE

Postanowiłam, że tak "na drugą nóżkę" w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą" przeczytam jeszcze jakąś powieść ze słynną panną Marple. Z bibliotecznej półki wybrałam, raczej losowo,
"Zwierciadło pęka w odłamków stos". Tytuł brzmi pięknie, prawda?
 Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że to wers z poematu "Pani z Shalott" A. Tennysona (angielskiego poety epoki wiktoriańskiej, który jako pierwszy poeta w historii otrzymał tytuł szlachecki.) Cóż, jestem żywym dowodem na to, że "Ludzie ostatnio prawie nie czytują Tennysona"  jak zauważyła jedna z bohaterek - pani Bantry. Za to dość często czytują Christie, co może ich zachęcić do sięgnięcia po twórczość wspomnianego poety, a także do baczniejszego przyglądania się charakterom ludzkim wzorem niedoścignionej panny Marple. 
W tej powieści spotykamy słynną Jane Marple w podeszłym wieku, fizycznie nie ma już tyle sił, ale pamięć i umysł funkcjonują bez zarzutu, toteż nadinspektor ze Scotland Yardu, Dermot Craddock z powodzeniem korzysta z jej celnych wskazówek i to właśnie ona rozwiązuje zagadkę morderstwa w posiadłości Gossington Hall. 
Zaraz, zaraz, czy tam już coś się kiedyś nie wydarzyło? Ależ tak, pamiętna "Noc w bibliotece"! Tym razem mamy nieco inną sytuację - po tragicznych zdarzeniach pani Bantry sprzedała tę rezydencję, zostawiwszy sobie tylko domek myśliwski i zaczęła podróżować po świecie. Teraz powraca do St. Mary Maid, które znacznie się rozbudowało (nowe Osiedle) i unowocześniło (np. supermarket). Jej dawny dom obecnie zamieszkuje słynna aktorka Marina Gregg waz z mężem, producentem filmowym. Pani Bantry została zaproszona do nich na przyjęcie charytatywne. W jego trakcie dochodzi do tragicznej sceny - jedna z pań goszczących na bankiecie nagle umiera.  Szybko okazuje się, że została otruta. Wydaje się jednak, że stała się zupełnie przypadkową ofiarą... I to nie ostatnią...

Wszystko jest mocno podejrzane. Kto kogo chciał tak naprawdę zabić? Czym zawiniła dobroduszna i gadatliwa Haether z Towarzystwa St John Ambulance? Czy Marina powinna obawiać się o własne życie?
Tu trzeba mądrego detektywa i naprawdę niezłego kombinowania, bo nic do niczego nie pasuje, nic konkretnego nie wynika ze śledztwa. Od czego jednak mamy pannę Marple!

Przypadkiem jakiś czas temu poznała nieszczęsną panią Badcock (ofiarę), toteż wyrobiła sobie o niej zdanie. Dobrze wsłuchała się w relację pani Bantry, zwróciła uwagę na istotne szczegóły, które zupełnie nie były brane pod uwagę. Sporo poczytała w prasie na temat kontrowersyjnej Mariny (gwiazdy "z temperamentem", z problemami psychicznymi, borykającej się z poważną traumą z przeszłości) . Krok po kroku wpadła na to, czego policjanci nie wymyśliliby nawet za sto lat. Znów zatriumfowała jej znajomość ludzkich charakterów i kobieca przenikliwość!

Świetna lektura. Podobało mi się literackie nawiązanie do poezji Tennysona, obecne od motta aż po finał powieści. Zagadka kryminalna znów mnie zaskoczyła, nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Bardzo też chciałbym pochwalić warstwę obyczajową. Oprócz wątku kryminalnego Christie przedstawiła jak staroświecka, choć dziarska, staruszka  odbiera zmiany zachodzące w miasteczku, jak żyją młodzi mieszkańcy (np. Cherry, pomoc domowa), słowem - oddała małomiasteczkowy klimat.

Uroku powieści dodaje motyw pani Knight, upierdliwej opiekunki, która chce usadzić pannę Marple najlepiej pod kocem z budyniem i puddingiem, gruchając do niej słodko "czujemy się zmęczone". Na szczęście Marple ma swoje sposoby i nie daje się poskromić. To jest całkiem zabawne, ale i dające do myślenia, bo niestety, niektórzy mają tendencję do uszczęśliwiania kogoś na siłę i za nic mają cudze preferencje.

Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale wydaje mi się, że Marple z całym szacunkiem dla jej umiejętności analizowania i logicznego myślenia, była przedstawiana jako wścibska, przemądrzała osóbka. W tej powieści takiego wrażenia nie odniosłam. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki stanowi jej  "lekarstwo" na starość, łatwiej jej pracować umysłem niż dziergać  na drutach (gubi oczka). Nadal jest baczną obserwatorką i słuchaczką,  zna się na ludziach po prostu.

Na koniec chciałabym przytoczyć bardzo trafną charakterystykę pewnego typu ludzi, ukutą rzecz jasna przez pannę M.:
"... nigdy nie myślała o nikim prócz siebie. Była taką osobą, która mówi ci, co robiła, widziała, czuła czy słyszała. Nigdy nie wspominała, co zrobili czy powiedzieli inni ludzie. Życie to dla niej rodzaj jednokierunkowej ulicy. Liczy się tylko ruch. Inni są jak... czy ja wiem, tapeta na ścianach".

"Zwierciadło pęka w odłamków stos"  jako powieść kryminalno-obyczajowa sprawiła się na medal. Cieszę się, że ją przeczytałam. Za jakiś czas pewnie znów "łyknę" porcyjkę Agathy...

PS. Różowa okładka jakoś nie bardzo mi pasuje.

Recenzja pochodzi z bloga Agnestariusz - notatki w kratki i książkowe zapiski.

niedziela, 1 stycznia 2017

Agatha Christie „Zagadka Błękitnego Ekspresu” – audiobook, czyta Danuta Stenka

Zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubię A. Christie. Czytam jej książki, niektóre po raz kolejny, słucham audiobooków, oglądam namiętnie filmy z panną Marple i Herculesem Poirot. I wcale mi się to nie nudzi. W obawie, aby nie brakło mi książek A. Christie, dozuję ich czytanie tak, aby w ciągu roku czytać ich zaledwie kilka. Za parę lat wyczerpię listę, ale trudno. A więc dlaczego tak bardzo za jej książkami przepadam?

Częściowo przypominają one baśnie, ale jednocześnie  zawsze zaskakują szalenie wnikliwymi obserwacjami psychologicznymi. Chociaż pozornie z baśni nic nie mają, są pewne podobieństwa. Bohaterami nie są co prawda królowie czy księżniczki, ale klimaty są podobne. Akcja wszystkich książek Królowej Kryminału toczy się w wyższych sferach, wśród osób albo niezmiernie majętnych, albo po prostu majętnych. Nie martwią się oni  tym, co zaprząta głowę niemal każdemu, na przysłowiowy chleb im nie brakuje. W większości i to zdecydowanej nie pracują, żyją ze spadków lub z majątku rodziców, kobiety utrzymuje mąż, nie muszą ani gotować, ani sprzątać, robi to za nich służba. Opisy wnętrz są estetyczne, wszyscy są zadbani i eleganccy. Christie nie epatuje przemocą, w jej książkach zabija się szybko. W opisach czy to ludzi, czy miejsc, czy rzeczy, nie ma niczego nieestetycznego. Jej bohaterowie z reguły nie chorują, a jeżeli już się to przytrafia, to komuś w tak zaawansowanym wieku, że i tak wkrótce umarłby ze starości. Ludzie ci pozornie nie maja problemów. Pozornie, bo Christie ich różnorakie bolączki jedynie sygnalizuje. Pewnie to kwestia wiktoriańskiego wychowania, ale nie opisuje ona domowych awantur czy pijaństwa, ani nawet czyjegoś bólu i cierpienia. Czytelnik musi zadowolić się wzmianką na taki temat. W tamtych czasach, w kręgach, w których Christie się obracała, nie mówiło się o tego rodzaju sprawach . Co charakterystyczne, wszyscy mają swoje tajemnice.

Ku swojemu zaskoczeniu  raz na jakiś czas odkrywam, jak wiele ludzie ukrywają. Mój kolega, wydawałoby się  że przykładny pracownik, mąż i ojciec, ma sprawę karną za to, że rzucił się na żonę z nożem i nie było to wydarzenie incydentalne. Małżeństwo mojej koleżanki wydawało się wyjątkowo udane. Tkwiłam w tej ułudzie dopóki nie powiedziała mi na, że złożyła już pozew rozwodowy, a mąż był alkoholikiem i zdradzał ją. Christie co do tych tajemnic ma całkowitą rację.  Tak jest i teraz.

  No i mamy też drugą stronę medalu, która powoduje, że to nie jest baśń. Christie widzi wszystko, nawet najskrzętniej skrywane tajemnice. W „Błękitnym Ekspresie” główną bohaterką jest Katarzyna, 32-letnia panna, która ponad 10 lat pracowała jako dama do towarzystwa starszej pani, a potem otrzymała po niej gigantyczny spadek. Katarzyna ma niezwykła umiejętność, potrafi słuchać. Potrafi słuchać z empatią każdego rozmówcy. Nie koncentruje się na sobie, tylko na tej drugiej osobie. Powoduje to, że ludzie świetnie się czują w jej towarzystwie, a mężczyźni do niej lgną. Ta umiejętność częściowo jest wrodzona, a częściowo nabyta. Pozornie może się to wydawać banalne, ale jest to szalenie rzadkie. Znam tylko jedną osobę, która potrafi słuchać w ten sposób, jest to moja koleżanka. I faktem jest, że ludzie do niej lgną, a mężczyźni  wariują na jej punkcie. 

Katarzyna wyruszyła w podróż do krewnej, właśnie tytułowym Błękitnym Ekspresem. Poznała tam córkę milionera, Ruth, która z trakcie podróży została zamordowana. Podejrzanych o to jest kilka osób, w pierwszym rzędzie mąż i kochanek. Jest to ciekawe, a zagadka ma szalenie zaskakujące rozwiązanie. Christie podejmuje kilka różnorakich problemów psychologicznych. Na kanwie rozgrywających się wydarzeń Poirot – czyli alter ego autorki – zastanawia się z innymi postaciami, czy porządna kobieta powinna dać szansę adoratorowi z bardzo nieciekawą przeszłością? Czy zły mężczyzna pod wpływem dobrej kobiety może się zmienić? A czy może być na odwrót ? Czy dobry mężczyzna może zmienić się  pod wpływem złej kobiety? Zainteresowani mogą sięgnąć po książkę. To nie jedyne problemy. Zabawne, a zarazem przerażające  jest czytanie o tym, do czego zdolna jest kobieta, gdy dowiaduje się, że mężczyzna, którego ona kocha, ma inną. Najbardziej podobała mi się scena o tej tematyce z „Blue Jasmin” W. Allena, tam żona po usłyszeniu takiej wieści totalnie straciła głowę i zadenuncjowała męża oraz jego finansowe przekręty policji. Skazała tym samym siebie na biedę. Do czasu gdy dowiedziała się o zdradach męża jego finansowe oszustwa jej nie przeszkadzały. U Christie kobieta zareagowała inaczej. Ale i Christie i W. Allen są zgodni co do tego, że taka kobieta jest zdolna dosłownie do wszystkiego. W tej powieści dominują wątki damsko – męskie. Sporo jest na ten temat rozważań i rozmów. 

Kadr z filmu "Zagadka Błękitnego Ekspresu"
Wykonanie audiobooka jest wyśmienite. Nie przepadam co prawda za Stenką, ale na siłę nie będę szukać czegokolwiek, do czego można byłoby się przyczepić. W czytaniu Stenki nic nie drażni. Słucha się z uwagą, bez nudy. Oglądałam już film „Zagadka Błękitnego Ekspresu”, wiedziałam , jak wszystko się skończy, ale i tak słuchałam w napięciu. Audiobook wzięłam na dłuższą podróż. Byłam potem zła, że jeszcze nie dojechałam do celu,  a książka się skończyła. Kolejny audiobook, który słucham, wydał mi się nudny i przewidywalny, ale to tylko początek, dam mu szansę, choć nie jest to Agatha Christie.
6/6