sobota, 16 lutego 2019

Wrażenia z wyprawy... dziewięćdziesiąt lat później


Biorąc się za pięknie wydaną „Moją podróż po Imperium”, spodziewałam się czegoś w rodzaju „Opowiedzcie, jak tam żyjecie” – żywej, barwnej, dowcipnej relacji, być może bardziej skoncentrowanej na reporterskiej obserwacji odwiedzanych miejsc, niż na odnotowywaniu interakcji pomiędzy samymi uczestnikami wyprawy oraz pomiędzy nimi a tubylcami. Okazało się tymczasem, że z zaspokojenia mego apetytu na reporterskie dokonania Lady Agathy niewiele będzie. Owa domniemana opowieść podróżnicza jest bowiem literackim kolażem, skomponowanym przez wnuka autorki z podzielonego na kawałki odnośnego fragmentu „Autobiografii” (o czym zresztą tenże wnuk nawet w przedmowie nie wspomina, i jeśli nie przeczytamy do końca stopki redakcyjnej, to ani chybi będziemy się zastanawiać, skąd, u licha, wrażenie, że już te wszystkie początki rozdziałów znamy! Co prawda w nowym tłumaczeniu poszczególne zdania brzmią nieco inaczej – niektóre nawet ładniej i dobitniej, jak ta piękna maksyma: „Jeśli człowiek nie ryzykuje, by spełnić swoje marzenia, gdy nadarza się okazja, to jego życie jest nic niewarte”[1] – ale to wciąż ten sam tekst…), sporej liczby listów z podróży (głównie do matki i siostry) i jeszcze większej liczby zdjęć. 

Listy... no, cóż... jak wie każdy, komu tradycyjna epistolografia nie jest obca, w listach do rodziny niekoniecznie jesteśmy skłonni zamieszczać szczegółowe opisy nieba, roślinności, tłumu widzianego na targowisku czy w porcie etc.; piszemy raczej, gdzieśmy byli, cośmy robili, kto nam towarzyszył, z kim nas zapoznano, bacząc przy tym, by za bardzo pióra nie rozpuścić, bo wszakże list im grubszy, tym droższa wysyłka, cóż dopiero za granicę. No i to właśnie są takie listy: w mniej więcej 3/4 objętości złożone z wyliczenia osób obecnych w danym miejscu oraz ich zajęć w danym odcinku czasu. O prawie każdym nowym znajomym jedno-dwa zdania, ewentualnie z podsumowaniem: „bardzo przyjemna osoba”[2], „niezmiernie ciekawy człowieczek, a przy tym stary przyjaciel Lawsona”[3], „ona jest przemiła, on zaś jest architektem”[4]; więcej w zasadzie tylko, co poniekąd oczywiste, o dowódcy wyprawy, chimerycznym majorze Belcherze. O nowych miejscach na ogół również dość lapidarnie: „Harrismith to urocza mieścina, około sześć tysięcy stóp nad poziomem morza, z opadającymi łagodnie wzgórzami i przyjemną, odświeżającą bryzą”[5]; „(…) Melbourne. Pada deszcz – poza tym miasto przypomina wszystkie pozostałe”[6]; „Auckland trochę mnie rozczarowało – to »miasto królowej«, doskonale rozplanowane i tak dalej – lecz okolica nie jest tak wspaniała jak w Wellington”[7]. Tylko z rzadka trafiają się jakieś obszerniejsze opisy przyrody czy sprawozdania z ciekawych zdarzeń (np. zgubienia się ekipy podróżników na kilkudziesięciokilometrowej trasie przez australijskie pustkowia, wspinaczka na nowozelandzki szczyt) kreślone z tą samą werwą, z jaką przyszła Królowa Kryminału miała później tworzyć scenki rodzajowe, składające się na niepowtarzalny klimat jej powieści. 



Zdjęcia – statystycznie jedno na półtorej strony (ale są i dwustronicowe rozkładówki, i dwie-trzy małe fotki pomieszczone na połówce), razem dobrze ponad dwieście, nie wliczając w to reprodukcji listów, artykułów prasowych czy widokówek – tworzą kolekcję imponująca ilościowo, za to jakościowo dość przeciętną, i to nie ze względu na standard techniczny. Tego nie ma się co czepiać, bo przecież wykonywano je blisko sto lat temu, kiedy sprzęt i klisze były, jakie były. Chodzi raczej o rodzaj ujęć – taki sam, jak w albumie każdego zapalonego turysty, pstrykającego, co mu w obiektyw wpadnie, a w szczególności utrwalającego nieskończone podobizny swoich bliskich i znajomych we wdzięcznych pozach: na tle pejzażu albo jakiejś lokalnej osobliwości przyrodniczej czy architektonicznej, przy stole, na ławeczce, na plaży, na grzbiecie konia (a jeśli się trafi, to i słonia lub wielbłąda)… Z jednej strony to też trochę kwestia czasów, bo – jak się zdaje – świadomość, że zdjęcia będą czarno-białe, nie budziła w człowieku potrzeby uwieczniania roślinności, chmur, morza przy różnej pogodzie itd., gdyż z góry było wiadomo, że nie odtworzy tego, na co z zachwytem patrzył. Ale z drugiej – kwestia indywidualnego podejścia, bo wszak dzisiaj, choć barwna fotografia cyfrowa pozwala na wykonywanie zdjęć niezwykle wyraźnych i szczegółowych, i tak miliony ludzi na całym świecie poprzestają na fotografowaniu siebie i garstki innych osób w schemacie: „Iks i Igrek tu”, „Iks tam”, „Igrek przy tym i owym”. Powstały w ten sposób materiał jest zawsze cenną pamiątką dla potomków, za to tylko z rzadka czymś, co mogłoby zachwycić patrzących nań postronnych. Ci zatrzymają wzrok to na stroju z epoki, to na nieistniejącym już budynku czy pojeździe, ale wciąż powtarzanymi podobnymi ujęciami Iksów i Igreków po prostu się znudzą. 

Zdeklarowani fani Lady Agathy na pewno znajdą tu coś dla siebie. A pozostali – cóż, muszą wiedzieć, że raczej nie powinni od tej pamiątkowej publikacji zaczynać poznawania jej twórczości; przyjdzie na to czas, gdy zostaną fanami… 


[1] Agatha Christie, „Moja podróż po Imperium”, przeł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013, s. 22. 
[2] Tamże, s. 89. 
[3] Tamże, s. 178. 
[4] Tamże, s. 256. 
[5] Tamże, s. 97. 
[6] Tamże, s. 171. 
[7] Tamże, s. 281. 

W serwisie BiblioNETka opinię opublikowała Dot59.

niedziela, 10 lutego 2019

Zmarł Albert Finney

Albert Finney
Po "krótkiej chorobie" - jak podała BBC w piątek - w wieku 82 lat zmarł Albert Finney, brytyjski aktor, reżyser i scenarzysta. 
Urodził się w 1936 roku w Salford w Wielkiej Brytanii. Aktorstwa uczył się w Royal Academy od Dramatic Art. Karierę aktorską zaczynał na deskach teatralnych w latach 50. XX wieku, występując między innymi w adaptacjach 
sztuk Williama Szekspira.(http://www.tvn24.pl)

Wcielił się w detektywa Herkules Poirot w filmie "Morderstwo w Orient Expressie" (1974). Tą rolą wywalczył sobie drugą z nominacji do Oskara (niestety Oskara nigdy nie otrzymał). 
"Po świetnym występie w "Morderstwie w Orient Expressie" nie chciał wracać do roli Poirot. Podobno dlatego, że na planie "Śmierci na Nilu" musiałby grać w upale. Zastąpił go Peter Ustinov."[źródło
Kiedy w 2000 królowa brytyjska Elżbieta II zaoferowała mu tytuł szlachecki Order Imperium Brytyjskiego, przyznawany obywatelom brytyjskim, którzy przyczynili się do rozsławienia Wielkiej Brytanii na całym świecie, wówczas odrzucił go, uważając, że byłby to przejaw snobizmu.[źródło]










czwartek, 7 lutego 2019

Panna Lemon w czerwieni


Panna Lemon uwielbia czerwień! Często wybiera strój bordowy lub "prawdziwy" czerwony. Oczywiście z dobranym kolorem szminki! 

Sukienka Bordeaux z marszczonym białym kołnierzykiem
Ta sukienka ma wiele pięknych cech! Uwielbiam małe detale z tyłu rękawów! Intrygujący dekolt jest wysoki i ozdobiony szalem, zabezpieczonym metalowym pierścieniem. Pod kołnierzem znajduje się wycięcie z dwoma rzędami wąskich marszczeń. 
Suknia wieczorowa Bordeaux Jest to jedyna wieczorowa sukienka, którą Miss Lemon posiada. Nosi go z broszką. W porównaniu do wieczorowych sukien bogatych pań ma wysoki, skromny dekolt i małe rękawy. Widzimy tylko górną część sukienki, ale możemy sobie wyobrazić, że ma długą, prostą spódnicę. 




   

   



   


Płaszcz z dużymi, zaokrąglonymi klapami. Wygląda prawie jak płaszcz z lat 70-tych, prawda? Płaszcz ma plisowane detale z tyłu i klapy w dopełniającym brązowym kolorze. Górne klapy mają równoległe rzędy przeszycia.

   



   

   

Bordeaux „Art Deco” 
Główne cechy są łagodnie zaokrąglony biały kołnierz białawą i wypustki w paski. 

   

   

Ceglana czerwona sukienka z żółtymi dodatkami
Kolejna raglanowa sukienka z rękawami z wczesnych lat 30! Raglanowe szwy są podkreślone przez rząd ażurów . Zdjęcia z bliska pokazują delikatną tkaninę, która musi być jednocześnie dość ciężka, ponieważ pięknie się układa. 

   

   



Czerwony sweter w podwójne paski

Ten sweter ma z przodu fałszywą zakładkę, która sprawia, że ​​wygląda jak sweter zapinany. Czy zauważyłeś wyraźne paski na rękawach? Sweter ma podwójny łuk w kontrastującym kolorze, który jest schowany pod zakładką. 



   



Ciekawostka: ten sweter powraca w jedenastym odcinku "Kot wśród gołębi" i jest noszony przez inną postać w dwóch różnych scenach: 

   

Niebieska sukienka z jasnoczerwonymi akcentami
Ponownie ubiór do jednej sceny! Jest to właściwie niebieska sukienka, ale charakterystyczne jasne pomarańczowo-czerwone wstawki przyciągają wzrok. Jest też czerwony pasek. Rękawy mają wycięcia. Duże, zaokrąglone klapy i wstawki w rękawach są zapinane na guziki w rogach. W zbliżeniach znajduje się wstawka z koronki, która sprawia, że ​​głęboki dekolt jest skromniejszy: 



   

   

Jasnoczerwona sukienka w kratę z kołnierzykiem i białym żabotem
Szkoda, bo oto kolejna sukienka, którą widzimy tylko w jednym, wieczornym ujęciu, kiedy panna Lemon słucha radia (gdzie Poirot odkrywa tajemnicę figurek arlekina) Kiedy przechodzi obok, dostrzegamy białe mankiety i pasek. Interesujący szczegół: krawędzie kołnierza wykończone są taśmą z tej samej tkaniny. 

   

Pomarańczowa sukienka
Ta sukienka pojawia się tylko w dwóch krótkich scenach w dwóch różnych odcinkach! Jest noszona z białą kurtką, więc niem ma pojęcia o tym, jak wyglądają rękawy. Spódnica jest długa i lekko rozkloszowana. Sukienka ma drobno haftowany biały kołnierzyk z mini-żabotem, raz noszona jest z broszką i raz bez. 

   

   



Źródłó: http://justskirtsanddresses.blogspot.com

piątek, 1 lutego 2019

Kryminalne all inclusive w hotelu Bertram


Jedną z ostatnich powieści z panną Marple otwiera drobiazgowy opis tytułowego hotelu. To miejsce szczególne na mapie Londynu, zdawałoby się – jedyna ostoja dawnej Anglii, niczym wspomniane Cranford z powieści Elizabeth Gaskell[1]. Jego twórcy znaleźli rozsądny kompromis między nowoczesnością a nieaktualną już edwardiańską tradycją spod znaku five o’clocków, maślanych bułeczek, zachwycająco staroświeckich puddingów i pokojówek w czepeczkach. Nic dziwnego, że do legendarnego hotelu ściągają zarówno zagraniczni turyści, chcący doświadczyć tradycyjnej Anglii, jak i starsze damy, bogate wdowy, konserwatywni duchowni czy emerytowani wojskowi tęskniący za młodością. 

W tym hotelu spędza wymarzone wakacje Jane Marple. Mieszkała w nim jako czternastolatka, a teraz wraca już jako starsza osoba. Na początku zostaje wręcz „wskrzeszona” przez jedną ze swoich przyjaciółek – Selinę Hazy: 

„– Ależ to chyba Jane Marple! Myślałam, że od lat nie żyje. Wygląda, jakby miała co najmniej setkę na karku”[2]. 

Cóż, może i wygląda, ale intelektualnie pozostała sprawna – wciąż jest mistrzynią w „dostrzeganiu zła, wyobrażaniu zła, podejrzewaniu zła i ruszaniu do bitwy ze złem”[3]. Dlatego wymarzony pobyt napełnia ją niepokojem. Coś w hotelu Bertram jest nie w porządku. To miejsce wprost zbyt idealne, bardziej wykreowane niż prawdziwe. Oto fragment jej rozmowy z pewnym policjantem: 

„– Oceniała pani ten hotel.  
– Tak. Wydaje się w porządku, ale nie jest. To mieszanina ludzi prawdziwych i nierzeczywistych. Nie zawsze można ich odróżnić. 
– Co pani rozumie przez »nierzeczywistych«? 
– Są tu wojskowi w stanie spoczynku, ale wśród nich tacy, którzy wyglądają, jakby nigdy nie byli w wojsku. I duchowni, którzy nie są duchownymi. Admirałowie i kapitanowie, którzy nigdy nie służyli w marynarce. (…) Nawet Rose, pokojówka, taka miła – pomyślałam, że może nie jest prawdziwa. 
– Jeśli to panią interesuje, jest byłą aktorką. Dobrą aktorką. Dostaje tu lepszą pensję niż kiedykolwiek na scenie. 
– Ale za co? 
– Głównie jako część dekoracji. Może zresztą jest w tym coś więcej. 
– Jestem rada, że wyjeżdżam stąd — powiedziała panna Marple. Przeszedł ją lekki dreszcz. – Zanim się coś wydarzy. 
– Czego się pani spodziewa? – spytał.  
– Czegoś złego — powiedziała stara dama”[4]. 

Intuicja nie zawodzi panny Marple. Chwilę później dochodzi do strzelaniny. W bohaterskiej obronie pewnej młodej kobiety ginie Michael Gorman, portier hotelowy. Kto pociągnął za spust? Co stoi za wcześniejszym zniknięciem wiekowego kanonika? Co właściwie dzieje się w tym szacownym 
hotelu? 
„Hotel Bertram” wydaje mi się powieścią trochę niedocenioną. To prawda, że nie jest to szczytowe osiągnięcie Agathy Christie – jak większość tych powieści, w których pojawia się motyw przestępczości zorganizowanej (gangi, przemyt, działania zbrodnicze na skalę międzynarodową). Jest to jednak pozycja nieco nietypowa w jej dorobku, a przez to dość interesująca. Przez większą część książki nie wiadomo, co się właściwie dzieje, do czego zmierza akcja. Fragmenty opisujące przestępczą działalność/śledztwo mieszają się tu z wybornymi scenkami rodzajowymi z życia hotelu. Bardzo ciekawy jest też wątek Elwiry Blake (młoda dziewczyna, bardzo zdecydowana – być może najlepiej nakreślona przedstawicielka młodzieży, jaka wyszła spod pióra Christie) oraz Bess Sedgwick – nieokiełznanej skandalistki, kochającej niebezpieczeństwo i mężczyzn (znów – to jedna z najciekawszych dorosłych kobiet stworzonych przez Królową Kryminału). Książka ma też bardzo mroczny klimat. A poza tym – świetnie się to czyta. 

Podczas lektury ze zdumieniem stwierdziłem, że tej powieści bardzo blisko do całkiem współczesnych kryminałów – które często mają więcej wspólnego z powieściami sensacyjnymi, a sama intryga kryminalna nie jest misterna, sprowadza się raczej do zaskoczenia czytelnika na ostatnich stronach. Mamy tu wiele wątków, bogate tło społeczne, mroczne tajemnice, trochę faktów z życia detektyw (wiedzieliście, że matka panny Marple miała na imię Klara?) i wreszcie – nieoczekiwane rozwiązanie. Mam wrażenie, że Agatha Christie tym razem przełamała sprawdzone schematy, starała się zaprezentować nową jakość. Efekty są różne, ale zdyskwalifikowanie tej powieści byłoby niesprawiedliwe. 

Myślę, że warto zatrzymać się w hotelu Bertram. Czy będą to wymarzone wakacje? Sądzę, że dla miłośników kryminałów przynajmniej satysfakcjonujące. 
------------
[1] W tłumaczeniu Krystyny Bockenheim autorką „Cranford” (powieści u nas znanej również pod tytułem „Panie z Cranford”) jest Mary [!] Gaskell. Nie jest to jedyny błąd tłumaczeniowy. W książce panna Marple nagle staje się „ciotką żony” Raymonda Westa – podczas gdy była ona jego ciotką! 
[2] Agatha Christie, „Hotel Bertram”, przeł. Krystyna Bockenheim, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000, s. 8. 
[3] Tamże, s. 193. 
[4] Tamże, s. 175–176. 


Recenzja pochodzi z serwisu BiblioNETka, autorem jest Misiak297.